Logo Przewdonik Katolicki

Być jak Putin

Jacek Borkowicz
Wśród rosyjskich twórców nie brakuje takich, którzy sławią zalety Władimira Putina. Jednym z nich jest Aleksiej Sergienko, twórca obrazu fot. MAXIM SHIPENKOV/Pap-Epa

Jeśli jego plan wypali, będzie rządził Rosją do 2036 r. Przy okazji zagwarantował sobie i swoim bliskim immunitet od spraw karnych po zakończeniu urzędowania.

Pamiętam wrażenie, jakie robiła na ludziach ta piosenka – wysłuchana po raz pierwszy w Rosji. Był rok 2002, a kraj pod niedługimi jeszcze rządami następcy Jelcyna stanowił dla zewnętrznego obserwatora jedną wielką zagadkę. Dekada tak zwanej transformacji, czyli pierwsze lata po rozwiązaniu ZSRR, w pamięci Rosjan zapisała się zdecydowanie źle. Wokół sowieckiego topielca natychmiast zaczęły krążyć rekiny prywatyzacji, z nieskrępowaną niczym agresją wyszarpujące sobie co lepsze kawałki tego, co nadawało się do pożarcia. A na gruzach największego państwa świata nadawało się jeszcze bardzo wiele. Jelcynowska dekada to okres najbardziej wyrazistych nierówności społecznych, czas szybkich i złotych karier nielicznych cwaniaków, połączony z powszechnym brakiem stabilizacji całej olbrzymiej reszty społeczeństwa. Przeciętny Rosjanin, nigdy niegrzeszący nadmiernym bogactwem, ale godzący się z tym stanem rzeczy w imię jakiegokolwiek wyższego porządku, tym razem poczuł się głęboko upokorzony. A tego uczucia Rosjanie bardzo nie lubią. I właśnie wtedy, zaledwie rok z okładem po przekazaniu najwyższej władzy w nowe ręce, Moskwa (wraz z piszącym te słowa) oraz cała reszta kraju usłyszała refren owej piosenki: „Chcę takiego jak Putin. Pełnego siły, takiego który by nie pił, nie poniżał, który by mnie nie opuścił”.

Program minimum
Autor tych słów, o nazwisku, nomen omen, Kałasznikow, opisywał dziewczynę, która odeszła od niewiernego i nadużywającego alkoholu chłopaka. Chyba każdego, kto nie zna Rosji, zastanawiać może minimalizm zawartych w przeboju oczekiwań. Gdy w innych krajach panienki marzą o superbohaterze, trzy młode Rosjanki naraz deklarują, że w zupełności zadowoliłby je każdy partner, byle niepijący i niepomiatający kobietami. Ale to właśnie okazało się strzałem w dziesiątkę. Trio „Śpiewające razem”, w rytmie dochodzącej wtedy do głosu „popsy” (rosyjska wersja disco polo), opiewało sprawy bliskie sercu zwykłego, szarego obywatela, który doskonale wiedział, że nie dla niego przeznaczone są rozkosze prywatyzacji. A takich były dziesiątki milionów – od Smoleńska po Władywostok. Dla tych ludzi hasła wolności i demokracji były pustymi sloganami, nieskończenie ważniejsza była dla nich kwestia, czy w tym miesiącu dotrze do nich wypłata. Za Jelcyna bywało z tym krucho. W przypadku kobiet dochodziła jeszcze świadomość katastrofalnego stanu rosyjskich rodzin, połączonego z powszechnymi w takich sytuacjach patologiami, jak alkoholizm, rozwody czy plaga aborcji.
Prezydent Władimir Putin w swoich pierwszych posunięciach postawił właśnie na osiągnięcie owego socjalnego minimum. I trzeba przyznać, że mu się to udało. Pensje i emerytury, choć nadal niewielkie, wreszcie zaczęły przychodzić na czas. Nie mogło się to nie odbić na relatywnej poprawie codziennego życia w najmniejszych społecznych komórkach. Stąd popularność piosenki, która zrosła się z popularnością prezydenta.

Najlepszy przyjaciel rapera
Trzeba tu podkreślić, że nikt nie kazał panu Kałasznikowowi napisać tych słów, żaden oficjalny czynnik nie sponsorował też owych trzech śpiewających panienek. Piosenka, choć artystycznie mierna, powstała i osiągnęła niebywałą popularność, bo była szczerym wyrazem oczekiwań, które podzielały miliony Rosjan.
Tak było wtedy. Bo chyba żadna władza z czasem nie pozostaje nieczuła na podobne sygnały. Szczególnie taka, która zrobi wszystko dla propagandy. A ta z biegiem lat jest Putinowi coraz bardziej potrzebna.
Gdy w 2018 r., po piątych już, kolejno wygranych wyborach prezydenckich (kadencji premiera nie licząc), Putin zaprosił na Kreml wspierających go w kampanii artystów, podczas toastu nie omieszkał zaznaczyć, że gdy inni kandydaci opłacali „swoich” piosenkarzy, „jego” piewcy robili to całkowicie za darmo. Może robili, może nie. Nawet jeśli za darmochę wychwalała „wujka Wowę” (jak pieszczotliwie mówi się w Rosji o prezydencie) część zgromadzonych w empirowej sali – ta z odleglejszej prowincji, zachwycona niepowtarzalną okazją do wychylenia kieliszka szampana z ubóstwianym przywódcą – dobrze wiedziała, co robi. Jak raper Timati, który swój przebój pod tytułem Mój najlepszy przyjaciel – to prezydent Putin wypuścił na kanale YouTube w dzień urodzin swojego bohatera. Część zdjęć do wideoklipu nagrywano na placu Czerwonym, co już samo w sobie może zastanawiać, zważywszy, że podobno mamy tu do czynienia ze „zbuntowanym” rapem.

Opuści, nie opuści…
Wybory 2018 r. były ostatnią, jak dotąd, erupcją złotej fali popularności Putina, na którego głosowało wówczas, przynajmniej oficjalnie, prawie 80 proc. obywateli. Wtedy jego sławę niosły jeszcze echa aneksji Krymu oraz dział spod Donbasu. Trudno jednak utrzymywać 150 milionów ludzi w nieustającym imperialnym amoku. Pozostaje oczywiście wspomniany już „program minimum”, gwarantujący Putinowi jakie takie poparcie ze strony dwóch trzecich obywateli, w państwie autorytarnym, jakim jest Rosja, jest to jednak nadal niebezpiecznie mało. Zwłaszcza że osobisty antybohater urzędującego prezydenta, Aleksiej Nawalny, dziwnym trafem żyje i to nawet na państwowym wikcie.
5 kwietnia Putin podpisał ustawę, która gwarantuje mu w przyszłości start w siódmej i ósmej kadencji. Jeśli tego dokona, w 2036 r. (zakończenie ósmej) będzie rekordzistą, starszym nawet niż obecny prezydent USA. Ale sam Putin chyba w to nie wierzy, gdyż razem z ową ustawą podpisał inną, nadającą jemu oraz jego rodzinie immunitet od spraw karnych po zakończeniu urzędowania. Tak nie robi ktoś, kto spodziewa się, że będzie rządził do końca życia.
Dziesięć lat po sukcesie „Śpiewających razem” ich przebój próbowała odświeżyć blond-gwiazdka o scenicznym imieniu Natali. Jej wykonanie piosenki, przepełnionej celebryckim szpanem oraz ociekającą seksualnymi aluzjami choreografią, nie miało już jednak nic wspólnego z pierwowzorem. Poza jednym: uwielbieniem składanym przywódcy. Ale Natali się na tym trochę przejechała. Tym razem moskiewska publika oglądała występ z minami, przy których – pozwolę sobie zacytować przedwojennego polskiego oficera – „nie wiadomo, czy stawać na baczność, czy walić w mordę”. Dość, że obecnie „artystka” nie wspomina o tym wypadku w swojej dyskografii.
„Chcę takiego jak Putin – który by mnie nie opuścił?” – skomentował to wtedy proroczo jeden z internautów. „Nie bój się, on nas na pewno nie opuści. Aż do 2036 roku, a może i dłużej…”.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki