Logo Przewdonik Katolicki

Dobry owoc złego zamętu

Michał Szułdrzyński
fot. Magdalena Bartkiewicz

Chwaląc zakon, że sam wyszedł z inicjatywą wyjaśnienia grzechów z przeszłości, nie tylko sam poczułem się oszukany, ale jeszcze nieświadomie oszukałem czytelników 

Zdarzają się chwile w pracy komentatora, gdy pojawia się informacja, a on po chwili namysłu wyrabia sobie o niej zdanie. A nawet napisze na ten temat felieton. Później jednak na światło dzienne wychodzą nowe fakty, nieznane opinii publiczności ani komentatorowi, które całkowicie zmieniają kontekst pierwotnej informacji. I sprawiają, że stawiana przez niego teza wydaje się problematyczna.
Mnie również zdarzają się takie sytuacje. Jedna z nich dotyczy felietonu, który ukazał się na tych łamach, winien jestem więc czytelnikom wyjaśnienia. Pisząc go, nie miałem wiedzy, która dopiero później stała się publiczna. Chodzi o tekst, w którym pochwaliłem polską prowincję dominikanów za to, że zamiast chować stare sprawy dotyczące nadużyć seksualnych w szafie, postanowiła wezwać wszystkich, którzy czują się skrzywdzeni przez któregoś z ojców, by zgłosili się ze swym świadectwem, a otrzymają wsparcie. 
Sprawa ma swój początek we Wrocławiu, gdzie w latach 1996–2000 duszpasterstwo prowadził ojciec Paweł M., i właśnie do ofiar ojca M. zaapelowali wrocławscy dominikanie, ich prośbę zaś poparły władze zakonne, prosząc o kontakt wszystkie jego ofiary, ale też innych członków zakonu. 
Kłopot w tym, że pięć dni przed tym, jak dominikanie wystosowali swój apel, prokuratura wszczęła postępowanie w sprawie gwałtów, jakich miał dokonać ojciec M. w latach 2011 i 2018. O tym dowiedzieliśmy się dopiero po paru tygodniach. Ojcowie wiedzę opinii publicznej sączyli jak kroplówkę. 20 marca, dwa tygodnie po apelu, w „Gazecie Wyborczej” ukazał się wywiad z prowincjałem o. Pawłem Kozackim, który opowiedział, jak pod koniec lat dziewięćdziesiątych ojciec M. stworzył sektę, w której na porządku dziennym była przemoc, a on sam miał wykorzystywać seksualnie podopieczne. Opowiedział, jak ówczesny prowincjał o. Maciej Zięba sprawcę od młodzieży odsunął, ukarał, lecz ofiary M. uznawały sprawę za otwartą. Choć wywiad ukazał się trzy tygodnie po wszczęciu sprawy ojca M. przez prokuraturę (kilka dni później duchowny trafił do aresztu), o nowych grzechach współbrata obecny prowincjał, za czasów którego zostały one popełnione, się nie zająknął. Mniejsza o to, że wyglądało to na próbę zrzucenia winy na nieżyjącego już o. Ziębę. Problem w tym, że to zachowanie, gdy kilka dni później Paulina Guzik na portalu Więzi opisała gwałty, jakich dopuszczać się miał M. w ostatnich latach, uderzyło w wiarygodność wszystkich wcześniejszych deklaracji zakonu. A ja chwaląc zakon, że sam wyszedł z inicjatywą wyjaśnienia grzechów z przeszłości w felietonie sprzed kilku tygodni, nie tylko sam poczułem się oszukany, ale jeszcze nieświadomie oszukałem czytelników. 
Ale kwestia wciąż nie jest zamknięta. 30 marca dominikanie powołali niezależną od zakonu komisję (na jej czele stanął dr Tomasz Terlikowski), która do końca czerwca ma wyjaśnić sprawę ojca M. oraz odpowiedzialności jego zwierzchników. I choć zamęt, który w ostatnich tygodniach zafundowali nam dominikanie, bardzo mnie zasmucił, to powołanie niezależnej komisji jest dobrym ruchem. Choć czują, że mają coś na sumieniu, proszą osoby z zewnątrz, by sprawę od podszewki wyjaśniły. I w tym sensie mogą rzeczywiście ustanowić dobry precedens do wyjaśniania spraw w Kościele. Mimo iż okoliczności jego powstania były dwuznaczne. 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki