Logo Przewdonik Katolicki

To twardzielstwo mnie przeraża

Piotr Zaremba
fot. Magdalena Książek

Pierwsze znaki były jak w katastroficznym filmie. W autobusach miejskich w Warszawie kabiny prawie wszystkich kierowców oddzielone od pasażerów dodatkową barierką. Sami pasażerowie siadają prawie zawsze pojedynczo, czemu sprzyja zresztą permanentny brak tłoku.

Idę z awizo na pocztę. Okazuje się, że urząd zamknięto do odwołania. Z tabliczki wynika, że pojawił się tam klient z podejrzeniem koronawirusa. Nie odbiorę poleconych. Pierwszy symptom rwania się społecznych linków.

Kiedy to będziecie czytać, Polsce przybędą dziesiątki, a może setki zarażonych. Ja wiem o piątce zmarłych. I wzdrygam się, oglądając na autobusowej wiacie zajawkę serialu Juliusza Machulskiego Mały zgon.

Wędruję już po ostatnich zarządzeniach po pustej Promenadzie, galerii handlowej naprzeciw mojego mieszkania. Łukasz Warzecha miał może i rację: decyzja o zamknięciu sklepów w  galeriach handlowych nie ma wielkiego sensu – poza gastronomią. Duże przestrzenie sprzyjają unikaniu kontaktu z ludźmi, bardziej niż mniejsze sklepy, zwłaszcza że Promenada opustoszała już kilka dni wcześniej.

Warzecha połączył wszakże to spostrzeżenie z szerszą tezą. Zadał pytanie, czy stawka na restrykcje tak radykalne ma sens. I czy za kilka tygodni nie zacznie doskwierać ludziom, dziś entuzjastycznie zamykającym się w mieszkaniach, „żeby powstrzymać zarazę”.

Padł przykład Anglii, gdzie premier Boris Johnson unika zamykania czegokolwiek, stawiając dobro gospodarki ponad strategię szybkiego powstrzymania wirusa. Wiem, że Mateusz Morawiecki opierał się już pierwszym zamknięciom, m.in. szkół. Przekonali go lekarze z ministrem zdrowia na czele. W polskich warunkach każdy błąd polityka w takiej sprawie to błąd sapera. Ja wolę nie kwestionować twierdzeń lekarzy, zwłaszcza patrząc na Włochy. Choć myślę ze smutkiem o różnych grupach – od właścicieli knajp i ich pracowników, z reguły na śmieciówkach, po aktorów czy muzyków. No i okaże się, czy Anglicy nie wyjdą z tego z podobną liczbą zmarłych, ale ze zdrowszą gospodarką.

Wojna wokół dostępności Mszy św. podzieliła nawet świat katolicki. Twardzielstwo na pokaz zwolenników trwania, jakby nic się nie stało, mnie raziło. I podejście tych, których główną troską było wykazanie się gorliwością w przeszkodzeniu wiernym w kontaktach z ich świątynią. To właściwie dwa różne światy w obrębie tego samego wyznania.

Ale gdybym miał wybierać…. Przecież wizja, że wszystkich zamknie się w domach na 24 godziny, jest nadal utopią. Przechodzę obok apteki i widzę – już po ostatnich zarządzeniach – kolejkę. Po co ci ludzie stoją? Mają poczucie, że potrzeba im leków, bo mogą dodać im odporności. Czy kontakt z Najświętszą Ofiarą nie jest takim wzmocnieniem odporności?

Zakaz zgromadzeń do 50 osób jakoś ten dylemat rozstrzygnął. Pewnie należało od początku szukać pogodzenia naturalnej potrzeby z regułami bezpieczeństwa. Ale wręcz satysfakcja, z jaką przystąpiono do wyganiania ludzi z kościołów, raziła mnie.  Sporo w tym prymitywnych uprzedzeń ludzi, którzy patrzą na Msze jak na puste obrzędy. A niektórzy katolicy też się nie popisali.
Odnotuję zarazem biadania tych kręgów, które najwcześniej postawiły na przebywanie w domu. One z kolei wygrażały restauracjom i kawiarniom. Robiły to mniej natarczywie i ideologicznie niż ci, którzy urągali otwartym kościołom. Ale było w tym coś z cywilizacyjnej „wojny światów”. Może i trzeba było pozamykać wszystko, ale pasja, jaką wkładały w wołanie o rygory dla jednych, a już nie dla drugich, pewne grupy, takie wzajemne bicie się po „stylach życia”, to coś charakterystycznego dla obecnej Polski.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki