Logo Przewdonik Katolicki

Rodzice, przebudźmy się!

Piotr Jóźwik
Fot. Freepik

Rozmowa z Elżbietą Lachman, redaktor naczelną portalu Polskie Forum Rodziców

Zamieszanie wokół zajęć z edukacji seksualnej w szkołach przyniosło jeden pozytywny skutek: przypomniało rodzicom, że ich dziecko to ich sprawa.
– I nadal trzeba o tym przypominać, bo bywa, że rodzicom wydaje się, że sami nie wychowają swoich dzieci i potrzebują do tego pomocy specjalistów. A to na ogół nie jest  prawdą. Pomijając skrajne przypadki, to rodzice najlepiej wiedzą, co jest dobre dla ich dziecka. Oczywiście, korzystajmy z najnowszej wiedzy pedagogicznej i psychologicznej, porad ekspertów itp., ale nie dajmy się zwariować.
 
Zajęcia z edukacji seksualnej dobre nie są?
– Zapytaliśmy o to samo ekspertów. Przeprowadziliśmy szereg rozmów, które są zamieszczone na naszym portalu. I tak, lekarz seksuolog Bogdan Stelmach powiedział, że jasno trzeba sobie uświadomić, że „tzw. edukacja seksualna, wywodząca się z pewnych określonych środowisk, tak naprawdę nie jest edukacją seksualną”, a Barbara Nowak, małopolska kurator oświaty, przestrzegała przed jej skutkami, mówiąc: „Badania naukowe prowadzone w USA wykazały, że taka edukacja powoduje wzrost w szybkim tempie liczby osób niepewnych swojej tożsamości seksualnej, ale także deklarujących się jako homoseksualne. Jeśli pozwolimy na działania niszczące harmonijny rozwój naszych dzieci, to staniemy się odpowiedzialni za destrukcję zdrowej struktury rodziny i społeczeństwa”. 
Podobny scenariusz przerobili już Niemcy. Edukacja seksualna stała się obowiązkowa, a rodzice zdziwili się, gdy zobaczyli, co znalazło się w jej programie. Ale wtedy było już za późno. Dziś za wypisanie dziecka z tych zajęć grożą kary. Takiej rewolucji w historii świata jeszcze nie było. Rodzice chcą dobra swoich dzieci, dlatego liczę na to, że się przebudzą.
 
To, co w tematyce wiedzy o seksualności człowieka proponuje dziś szkoła, jest wystarczające?
– W szkole są dziś nieobowiązkowe zajęcia z wychowania do życia w rodzinie, biologia, są lekcje wychowawcze. WDŻ skupia się na przekazaniu dzieciom i młodzieży wiedzy o relacjach, w przeciwieństwie do edukacji seksualnej. A relacje, według seksuologa Bogdana Stelmacha, są podstawą edukacji seksualnej – „jeśli chcemy mówić o edukacji seksualnej, to nie możemy jej oderwać od relacji rodzinnych, od relacji z drugim człowiekiem – tłumaczył we wspomnianym już wywiadzie. – (…) Prawdziwa wiedza, którą powinni dostać, to jest wiedza dotycząca umiejętności budowania relacji z drugim człowiekiem”.
Kluczowe jest także to, co powiedział w rozmowie z naszym portalem minister edukacji narodowej Dariusz Piontkowski, mianowicie, że „dodatkowe zajęcia tylko z edukacji seksualnej nie są potrzebne, gdyż jest już przedmiot (Wychowanie do życia w rodzinie), który oprócz zagadnień dotyczących seksualności człowieka, mówi całościowo o rozwoju społecznym, emocjonalnym, fizycznym i psychicznym człowieka, pokazuje rolę i znaczenie rodziny oraz miłości”.
Szkoła jest tak naprawdę usługodawcą dla rodziny. Jej głównym zadaniem jest edukacja, a wychowywanie, także w sferze seksualności, leży przede wszystkim w gestii rodziców.
 
Ale współpraca między rodzicami a szkołą jest niezbędna.
– Oczywiście, że musimy – i chcemy – współpracować. Ale jako rodzice musimy też pilnować, żeby w szkole dzieci i młodzież uczyły się tego, co jest zapisane w programie nauczania.
Od 20 lat działam w radach rodziców i na własne oczy widzę zachodzące w szkołach zmiany. Jeszcze 10 lat temu nikomu się nie śniło, żeby władze samorządowe wydawały dla nauczycieli „pomocnik” dydaktyczny. Dydaktyka zarezerwowana jest przecież dla organów zajmujących się oświatą, czyli ministerstwa edukacji narodowej i kuratorium. To nie jest zadanie samorządu. Samorząd jest od tego, by budować i remontować szkoły i zapewnić uczniom jak najlepsze warunki do nauki i rozwoju. To, że dzisiaj władze lokalne pozwalają sobie na przygotowywanie poradników dydaktycznych, już samo w sobie jest groźne. Także dla nauczycieli, bo oni również są wprowadzani w błąd.
 
To, co Pani mówi, jest bardzo ważne, bo w dyskusji wokół edukacji seksualnej dyrektorów szkół i nauczycieli przedstawiano jako tych, którym nie można do końca ufać i przeciwstawiano w ten sposób rodzicom.
– Nauczyciele mają sporo obowiązków, więc rozumiem, że mogą nie mieć czasu ani chęci na to, by dokładnie analizować każdą organizację pozarządową, która usiłuje wprosić się do szkoły. Taką analizę mogą przeprowadzić jednak rodzice. Musimy się wzajemnie uwrażliwiać na pewnie procesy, które zaczynają mieć miejsce w szkołach. Jestem przekonana, że wielu dyrektorów i nauczycieli ma dobre intencje, ale diabeł tkwi w szczegółach. Tymi szczegółami trzeba się zainteresować.
 
Jak może to wyglądać w praktyce? Zabiegani nauczyciele, nie mniej zabiegani rodzice…
– To prawda. Na dodatkowe zadania związane ze szkołą brakuje nam czasu i energii. A warto. Podam przykład. W jednej ze szkół, w której uczyło się moje dziecko, poinformowano rodziców, że będą się odbywać zajęcia antydyskryminacyjne i równościowe. Gdy zainteresowałam się nimi, dowiedziałam się, że to autorski pomysł nauczycielki. Ale konkretnego programu jeszcze nie było. Miałam wyrazić zgodę na zajęcia, co do których nie miałam wystarczającej wiedzy? Zaczęliśmy rozmawiać z innymi rodzicami, którzy znaleźli wtedy czas. Dziś nie jest to trudne: są telefony komórkowe, internet.
 
Mam wrażenie, że dobrze się stało, że zaczęliśmy przy okazji tematu edukacji seksualnej rozmawiać o prawach rodziców. Ale to problem znacznie szerszy niż kwestia zgody na dodatkowe zajęcia w szkole.
– Mimo pozytywnych zmian nasza polityka prorodzinna odstaje od tego, co dzieje się w niektórych państwach Europy Zachodniej. Tam celem jest polityka… czasu. Okazało się, że szczęśliwy jest ten człowiek, który możliwie dużo czasu spędza z rodziną. A więc jeśli społeczeństwo ma być szczęśliwe, to ludzie powinni jak najwięcej czasu spędzać ze swoimi bliskimi.
Cztery lata temu razem z przedstawicielami władz i organizacji pozarządowych mojego miasta odwiedziłam Hanower. Pokazano nam wtedy przedszkole, którego pani dyrektor deklarowała, że jej placówka jest gotowa zapewniać opiekę całodniową. Zapytaliśmy: co to znaczy „całodniową”? Odpowiedziała, że do godziny… 15.00, może nawet 16.00. Dodała, że rodzicom, którzy odbierają swoje dzieci o godz. 14.00 zadaje pytanie: jak to jest, że są rodzicami i zostawiają swoje dzieci na cały dzień w przedszkolu?
 
Sam bym się na taką rozmowę „na dywaniku” w przedszkolu załapał…
– Bo tak wygląda nasza polska rzeczywistość. Nie chodzi o to, żeby umieszczać dzieci w żłobkach czy przedszkolach od godz. 7.00 do 17.00, ale żeby wyrośli z nich szczęśliwi, wartościowi ludzie. Ostatnio tłumaczyłam z języka niemieckiego dwa artykuły. Pierwszy był autorstwa eksperta, który doradzał kanclerz Angeli Merkel. Sugerował on odejście od polityki żłobkowej, bo do trzeciego roku życia dziecku niezbędny jest indywidualny kontakt z dorosłym, najlepiej oczywiście rodzicem. W drugim artykule porównano wyniki badań nastolatków, które chodziły i nie chodziły do żłobków. Okazało się, że te, które były w żłobku, miały niższy iloraz inteligencji: pół procenta mniej za każdy miesiąc spędzony w placówce. A my w Polsce staramy się teraz o to, by miejsc w żłobkach było coraz więcej. Europa od tego już odchodzi.
 
Tylko jak to zrobić?
– Na Zachodzie kobietom oferuje się zatrudnienie na pół albo trzy czwarte etatu, w krajach najbogatszych to często ledwie 8 godzin w tygodniu. Oczywiście, że tamte kobiety mogą sobie na to pozwolić, bo zarobki są wyższe niż Polsce, ale to powinien być nasz cel. Dlaczego Polacy wyjeżdżają za granicę? Bo warunki życia są tam lepsze. Jeden z rodziców jest w stanie utrzymać całą rodzinę. A jeśli kobieta chce pracować – i żeby była jasność: ma do tego prawo – to może również na część etatu. W Polsce takiego wyboru najczęściej nie ma, bo żeby utrzymać standard życia, muszą pracować oboje rodzice, i to na cały etat. W efekcie własne dziecko widują jedną, dwie godziny dziennie.
 
 ---------
Elżbieta Lachman
Redaktor naczelna portalu Polskie Forum Rodziców; autorka wielu publikacji (w tym o tematyce rodzinnej); inicjatorka powstania i współautorka koncepcji Centrum Inicjatyw Rodzinnych w Poznaniu; członek Rady Rodziny przy Wojewodzie Wielkopolskim, a także Rady Rodziny Dużej przy Prezydencie Miasta Poznania I i II kadencji; mama siedmiorga dzieci w wieku od 5 do 22 lat

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki