Logo Przewdonik Katolicki

Generalna klapa

Michał Bondyra
Fot.

Założenie było takie, że mieliśmy wygrać to spotkanie umiejętnościami przeciwko charakterowi Irlandii mówił Artur Boruc, wracający do bramki biało-czerwonych po ponad dwóch latach nieobecności. Z założeń nic nie wyszło, a próbę generalną przed arcyważnym spotkaniem z Ukrainą Polacy w Dublinie oblali z kretesem.

Założenie było takie, że mieliśmy wygrać to spotkanie umiejętnościami przeciwko charakterowi Irlandii” – mówił Artur Boruc, wracający do bramki biało-czerwonych po ponad dwóch latach nieobecności. Z założeń nic nie wyszło, a próbę generalną przed arcyważnym spotkaniem z Ukrainą Polacy w Dublinie oblali z kretesem.

 
Mecz w Dublinie jako próba generalna przed kluczowym dla Polski w marcu starciem z Ukrainą w ramach eliminacji do mistrzostw świata miał dać odpowiedź na kilka pytań nurtujących trenera Waldemara Fornalika: „Czy wreszcie odblokuje się w swojej strzeleckiej niemocy supersnajper Borussii Dortmund Robert Lewandowski?”, „Jak po powrocie między słupki spisze się enfant terrible polskiej kadry Artur Boruc?”, „Jak zastąpić na pozycji defensywnego pomocnika pauzującego za kartki Eugena Polańskiego?”, „W jakiej formie są <> Sebastian Boenisch, Ludovic Obraniak czy Damien Perquis?”. I tylko na dwa pytania polski selekcjoner po meczu w Dublinie może odpowiedzieć z uśmiechem na ustach.
 
Na plus tylko bramkarze
Artur Boruc po prawie dwuipółletnim rozbracie z kadrą, po słynnej już aferze alkoholowej przypominał bramkarza, który ratował reprezentacji punkty podczas mistrzostw świata w 2006 r. oraz mistrzostw Europy rozgrywanych dwa lata później. Choć w pierwszej połowie nie miał dużo pracy (pierwszy celny strzał Irlandczycy oddali dopiero w 35 min.!), to jedną instynktowną obroną pokazał dlaczego tak jak kiedyś kibice Celticu Glasgow, tak i teraz uwielbiają go fani Southampton. Znakomity niegdyś bramkarz Józef Młynarczyk doliczył się u niego aż 90 proc. celnych wznowień nogą, które mogłyby być zaczynem dobrych akcji polskiego zespołu. Boruc wystrzegał się także głupich błędów, które cechowały go jeszcze w poprzednich eliminacjach do mistrzostw świata (mecze ze Słowacją w Bratysławie i z Irlandią Płn. w Belfaście). Utracie gola nie zapobiegł, ale przy dziurawej jak szwajcarski ser obronie nie zrobiłby tego żaden bramkarz świata. Postawa „bramkarskiego banity” to dobra informacja dla Fornalika, który przy dobrej grze podstawowego goalkeepera Arsenalu Londyn i do niedawna reprezentacji Polski Wojciecha Szczęsnego (dobre drugie 45 min. z Irlandią) daje mu na tej pozycji kłopot bogactwa. – Decyzja o tym, kto jest nr. 1, zapadnie w marcu – zdaje się potwierdzać to przekonanie sam trener. Mecz z topornymi, acz szalenie walecznymi Irlandczykami dał też chyba odpowiedź na to, kto zastąpi w pojedynku z Ukrainą Eugena Polańskiego. Dobrze na tej pozycji sprawdził się w spotkaniu w Dublinie młokos z warszawskiej Legii – Damian Łukasik. – Zagrał poprawne spotkanie – stwierdził jednak enigmatycznie selekcjoner.
 
Osiemset minut „Lewego”
O pomstę do nieba woła jednak postawa tzw. farbowanych lisów (wyjątkiem jest wracający do formy Sebastian Boenisch), a więc piłkarzy, którzy dzięki polskim korzeniom jeszcze za kadencji Franciszka Smudy zadebiutowali w koszulkach z orłem na piersiach. Ani brylujący w pomocy Bordeaux Ludovic Obraniak, ani tym bardziej grający wreszcie w obronie Betisu Sewilla Damien Perquis nie potrafią (nie chcą) swoich wyczynów z piłki klubowej przełożyć na grę w kadrze. Pierwszy zamiast dynamizować akcje Polaków w środku pola, zwalniał je, drugi na środku obrony grał tak, jakby znalazł się tam przez przypadek. – Nie można powiedzieć, że nic się nie dzieje, jeśli chodzi o tracone gole. Dziś padały w sytuacjach, w których zwykle nie padają – denerwuje się Fornalik. Trudno mu się dziwić, bo nie dość, że w tylnych formacjach błędów jest co niemiara, to jeszcze największa strzelba Polaków – Robert Lewandowski, regularnie zdobywający gola za golem w Bundeslidze czy Lidze Mistrzów, od prawie 800 minut w meczach kadry nie zdołał trafić do siatki rywali. Lewandowski z Irlandczykami miał co najmniej dwie sytuacje, by swoją fatalną statystykę poprawić. W obu na jego drodze stanął bramkarski rzemieślnik z Millwall David Forde. – Na pewno niemoc strzelecka w reprezentacji mnie boli. Liczę, że ten okres wkrótce się zakończy – mówi Lewandowski, dodając, że ma nadzieję na przełamanie w meczu z Ukrainą. Oby tak było, bo w innym przypadku już w marcu możemy pożegnać się z wyjazdem na mundial. Kibice z pewnością nie zaśpiewają wtedy „nic się nie stało, Polacy nic się nie stało”.
 

Irlandia – Polska 2:0
Bramki: dla Irlandii – Ciaran Clark (35), Wes Hoolahan (75).
 
 
Powrót Boruca
 
Jego powrót po dwuipółletnim rozbracie z kadrą narodową był pełen znaków zapytania. Z jednej strony genialny, brawurowo broniący bramkarz, jak choćby w meczach podczas mundialu w Niemczech czy mistrzostw Starego Kontynentu w Szwajcarii i Austrii, z drugiej rozkojarzony, popełniający żenująco proste wręcz błędy, jak te dwa lata temu w meczach w Bratysławie czy Belfaście. Artur Boruc – uwielbiany za swoją genialną postawę w bramce, ale i charyzmę i liczne prowokacje z okresu gry w Celticu Glasgow, cichutko pracujący na swoją pozycję nr 1 we włoskiej Fiorentinie, ale i niepotrafiący się odnaleźć w angielskim przeciętniaku z Southampton. Człowiek kontrowersja. Butny „Holie Goalie” niestroniący od imprez i używek (został za nie wyrzucony przez Franciszka Smudę z narodowej kadry) dziś dojrzał. – Ostatnio życie niemiłosiernie nauczyło mnie pokory – mówił niedawno. Zamiast imprez w końcu zajął się ciężką pracą, która w krótkim czasie zaowocowała pewnym miejscem między słupkami „Świętych” z Southampton i interwencjami, które – tak jak ta po strzale van Persiego z Manchesteru United – znów zjednują mu wielbicieli. Co ważne, otworzyły mu też drogę do kadry. Pomocną dłoń Waldemara Fornalika potrafił docenić – Wróciłem do reprezentacji zupełnie inny, odmieniony i bardziej dojrzały. Przyznam szczerze, że przed meczem rozpierała mnie duma, gdy usłyszałem hymn – mówił po spotkaniu w Dublinie. Oby teraz Mazurka Dąbrowskiego słuchać mógł już regularnie.
 
 
Krystyna Pałka biatlonową wicemistrzynią świata w biegu na dochodzenie!
Złoty medal w Novym Mescie znakomicie biegnąca 29-letnia Polka przegrała z Norweżką Torą Berger na ostatnim strzelaniu zaliczając jedno pudło (raz przestrzeliła też przy trzeciej obecności na strzelnicy). Trzecia na metę przybiegła Ukrainka Olena Pidgruszna. Srebro Pałki to największy sukces w historii kobiecego biatlonu w Polsce i najlepszy start naszego biatlonisty na mistrzostwach świata od „srebra” Tomasza Sikory wywalczonego 9 lat temu w Oberhofie. Urodzona w Zakopanym Polka trenuje w Katowicach pod okiem Adama Kołodziejczyka. Jedynymi jej wcześniejszymi sukcesami były złoto i srebro mistrzostw świata juniorów rozgrywanych w 2004 roku w Mińsku.
 
 
 
 
 

 

 
 

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki