Na wstępie trzeba jasno powiedzieć, że do niedawna – przy czym zwrot odnosił się do czasów Polski Ludowej – funkcjonowało w świadomości zbiorowej znacznej części społeczeństwa polskiego dawne ludowe wyobrażenie o chorobie umysłowej. Zwłaszcza długo rejestrowano je na wsiach. Odium szaleństwa przypisywano w tym świecie nie tylko osobom chorym psychicznie, ale także ludziom z niepełnosprawnością intelektualną, podobnie jak cierpiącym na problemy nerwowe, epilepsję, autyzm, a niekiedy nawet dokuczliwe inwalidztwo różnej maści. Ludzie ci reprezentowali obcość. „Szaleni” byli też ludzie jaskrawo odbiegający od normy, a na przykład bezżennych i niezamężne wręcz nazywano wariatami. Oczywiście w wykładni ludowej nasuwają się od razu motywy opętania szalonych ludzi przez Złego, uwidacznia się wskutek czego potrzeba egzorcyzmów, niemniej jednak ludowa wizja problemów psychicznych nie odnosiła się tylko do zła i napiętnowania. Pozwolę sobie tutaj tylko na kilka spostrzeżeń w tej materii.
Poza kategoriami zwykłego świata
Antropologiczna interpretacja szaleństwa nie jest jednoznaczna, albo inaczej: jest jednoznaczna w charakterystyce zjawiska niejednoznacznego. Bowiem ludzie z problemami psychicznymi różnie byli odbierani, i to przez pryzmat wartości skrajnych. „Obłąkany uosabia to, co niepoznawalne, nieprzewidywalne, wymykające się kategoriom, w jakich pojmuje się zwykły świat – pisał Piotr Kowalski. – W ich świetle szaleniec to ktoś, kto błądzi, nie respektuje praw rzeczywistości. Jego życie oddaje topos wędrówki bez celu, ‘kołowania’, zagubienia, ‘otumanienia’, ‘mylenia’, ‘zapadnięcia w mrok’. Człowiek ze zmąconym rozumem nie ma możliwości porozumiewania się, tracąc język, tylko majaczy i bredzi. Głupota okazać się może ‘mądrością Tamtego Świata’ (głupcy, którzy unikają niebezpieczeństw). Obłąkany reprezentuje więc sacrum, i to zarówno w znaczeniu negatywnym, jak i pozytywnym, może być opętanym przez demony szaleńcem albo też doświadczającym ekstatycznych przeżyć świętym”. Tak rozumiany człowiek szalony wyrywa się spośród norm zwykłego życia i popada w chaos, jego zachowania są nieuporządkowane, groźne, bywa, że obrazoburcze.
Jednostka szalona była pożądana
Ale należy pamiętać, że chaos to też obraz świata sprzed jego powstania, zanim nałożono na rzeczywistość określoną taksonomię, zanim różne elementy świata nazwano, dokonano waloryzacji i kategoryzacji. Ten chaos był potrzebny, życiodajny, kreacyjny. Stąd w niektórych sytuacjach rytualnych pewien element szaleństwa był niezbędny, zwłaszcza gdy mitycznie restytuowało się kosmiczny chaos początków i szukało się wsparcia z „tamtej strony”, np. w chorobie, zmianie położenia społecznego, byciu w żywiole święta czy zabawy, wreszcie w egzystencjalnie doniosłych sytuacjach losowych. Szczególnie faza liminalna obrzędów przejścia (w ujęciu Arnolda van Gennepa nazywana też okresem przejściowym, marginalnym) była otwarta na szaleństwo, gdyż eksponowała życie na opak, występowanie przeciw normom i porządkowi społecznemu. Ponieważ na pomoc w powyżej wymienionych sytuacjach granicznych było zapotrzebowanie, zdarzali się ludzie szaleni, którzy mogli poszczycić się rozlicznymi działaniami magicznymi. A że rzecz mogła być gdzieniegdzie intratna, pojawiali się wręcz oszuści obłęd symulujący. Ludowe realia były jednak bardzo złożone. Olga Zadurska podkreśla niesamowitość XIX-wiecznych szaleńców (znachorów, mądrych) podczas leczenia: „Zachowania znachorów zdradzających objawy niedyspozycji psychicznych (lub obłęd udających) musiało robić na chłopach nie lada wrażenie, zwłaszcza gdy wiejscy uzdrowiciele zdawali się widzieć to, co niedostrzegalne dla innych, lub rozmawiać z istotami pozostającymi poza możliwością percepcji przeciętnych chłopów”. Z kolei Tomasz Kalniuk podkreśla: „Jednostka szalona była pożądana, podobnie jak zabawa i święto, i równie, a może jeszcze bardziej – ze względu na stałość swojego szaleństwa – niebezpieczna”. Niewątpliwie przed tym niebezpieczeństwem odczuwano lęk. Szaleństwo nie miało dość długo sygnatury medycznej w dzisiejszym rozumieniu, bardziej natomiast doszukiwano się jego przyczyn w ówczesnym ładzie społecznym i porządku ponadzmysłowym. Było też łączone z grzechem, zawinieniem osoby na nie cierpiącej (czy jej bliskich). W świecie magicznym mogło być wreszcie pokłosiem zauroczenia, sprowadzenia zła na nieszczęśnika przez zawistnego kogoś innego.
Wiejskie głupki, ludzie Boży, poddani działaniu Złego
Dość powszechnie określano człowieka z problemami psychicznymi jako „głupka”. Była cała kategoria osób nazywanych w dawnej społeczności chłopskiej jako „wiejskie głupki”. Mówiono do nich na ty”, żartowano sobie z nich, nawet małe dzieci to robiły, biegały za nieszczęśnikami i się im psociły. W kulturze polskiej elementy szaleństwa napotykano w postawach pustelników, mądrych, znachorów, wróżów, dziadów, odmieńców. „Głupi” byli częstokroć artyści ludowi – zajmowali się sztuką, zamiast na poważnie gospodarować na roli. Niekiedy ceniono wiejskich „matołków”, innym razem szykanowano, żartowano sobie z nich czy nakładano na nich i ich zachowania tabu. Powiadano o takich: „Poznać głupiego po śmiechu jego”. Określenia takie jak idiota, kretyn, wariat często były pod ich adresem formułowane. Osoby cierpiące na choroby psychiczne miały sobie przypisane miejsca odosobnienia – obrzeża wsi, pustkowia, specjalne „komórki”, niekiedy ulokowane na strychu czy nawet w pomieszczeniach gospodarczych. Z nimi nie odwiedzało się innych ani w ich obecności nie przyjmowano gości, dostawali liche ubrania i gorsze jedzenie, w celach doprowadzenia ich do porządku byli łajani słownie, bici, poniżani, niekiedy krępowani sznurem, przywiązywani siłą. Oczekiwano też od „głupich” niewymagającej pracy, której mogliby sprostać, np. pilnowania i wypasu bydła, karmienia drobiu, sprzątania obejścia, pielenia itp. Społeczność wiejska funkcjonowała jakby osób upośledzonych nie było – w wywiadach etnograficznych czy zebranych – już współcześnie – technikami oral history zaobserwowano, że osoby leciwe opowiadające o swoim życiu skrywały fakt, że miały chore dziecko, brata, siostrę. Co nie znaczy, że nie było też miłości ku owym osobom chorym. Ludzie na wsi dość długo pozbawieni byli wsparcia zewnętrznego. Bezpłatna opieka lekarska, przypomnijmy, to dopiero czasy gierkowskie. Utrzymanie osoby niepełnosprawnej było wręcz wyzwaniem, szczególnie dla starych rodziców. Jedna z moich rozmówczyń z okolic Kruszwicy powiedziała mi, że jej siostra miała cierpiącego syna i dzień w dzień chodziła do miejscowego wiejskiego kościoła w Sławsku Wielkim, zanosząc korną modlitwę, aby jej chore a dorosłe już dziecko umarło przed nią, bo wiedziała, że tylko ona może się o syna zatroszczyć. Tak więc w sylwetki osób z niepełnosprawnością intelektualną i chorych psychicznie był wpisany bardzo widoczny tragizm.
Ale mówiono o owych osobach także „ludzie Boży”. Jak pisze Andrzej Perzanowski: „głupota może być znakiem boskiego błogosławieństwa”. Inspirujące były dla ludowej wyobraźni zwłaszcza słowa św. Pawła z Pierwszego Listu do Koryntian: „Jeśli ktoś spośród was mniema, że jest mądry na tym świecie, niech stanie się głupim, by posiadł mądrość. Mądrość bowiem tego świata jest głupstwem u Boga”. Czyli Pismo Święte stwarzało preteksty do widzenia mądrości w postawach ludzi cierpiących psychicznie, innej wiedzy niż ta wyuczona i osadzona w porządku społecznym. Owi „najmniejsi” podobali się Bogu. Czasami rejestrowano przeświadczenie, że osoby z niepełnosprawnością intelektualną lub problemami psychicznymi pójdą prosto do nieba. Niemniej kultura ludowa na ziemiach polskich nie miała swoich „szaleńców Chrystusowych” w takiej randze jak znani w kręgu prawosławnym jurodiwi (wpisani w teologię apofatyczną Wschodu). Z drugiej jednak strony, jak pokazały badania wspomnianego Andrzeja Perzanowskiego, lud widział w cierpiących psychicznie wyrazicieli innych form racjonalności niż te ogólnie przyjęte, czasami nawet form bardziej skutecznych, przemyślanych, sprytnych, szlachetnych, ofiarnych i heroicznych. Bowiem ludzie z problemami psychicznymi, bliżej poznani, niekiedy włościanom wręcz imponowali.
Co nie znaczy, że szaleństwo nie było przede wszystkim dokuczliwym stygmatem. Doszukiwano się u osób z problemami psychicznymi (w szerokim wiejskim spektrum szaleństwa) bardzo często działania Złego. Nieprzypadkowo, jak podkreśla Krzysztof Zamorski, Diabeł nazywany przez lud mianem „kaduka” (od łac. caducus – upadły) był pod tym określeniem też staropolską nazwą epilepsji. Jeszcze w latach 70. XX wieku. Czesław Robotycki rejestrował wśród mieszkańców spiskiego Jurgowa: „Nietrudno (…) spotkać się z opinią, że ‘jurgowianie to ciemne ludzie, w kościele jak jeden dostał padaczki, to wszyscy pouciekali, bo – mówili – diabeł go opętał’”. Jak widać, tutaj rozmówca etnografa miał już głos krytyczny i z dystansem odniósł się do wydarzenia w miejscowym kościele, ale dzięki tej relacji można rozczytać ówczesną trwałość pewnych uprzedzeń.
„Grzeszność” czy choroba?
W okresie Polski Ludowej niewątpliwie ludowe tabu szaleństwa zostało silnie podważone. Oddziaływanie takich osób jak psychiatra Antoni Kępiński z Krakowa czy stopniowy rozwój psychoterapii czyniły, zauważalny coraz bardziej, wyłom także w świecie tradycyjnym. Ale mimo tych pozytywnych zmian ciągle obecny był wówczas lęk przed nieznanym, które nosiła w sobie choroba – już teraz profesjonalnie zdiagnozowana. Ludzie cierpiący z powodu problemów psychicznych bardzo często się bali – z jednej strony tego, co w nich się działo, z drugiej – tego, jak inni ich odbierali. Szukali pomocy. W wielu listach do sanktuarium w Kalwarii Zebrzydowskiej widziałem nadzieje i korne prośby o modlitwę takich osób. Znalazłem między innymi szokujące świadectwo kobiety ze Słubic – miasteczka, dziś w województwie lubuskim. Kilkukrotnie ponawiała ona swoje prośby do bernardynów o modlitwę, spowiedź, duchową pomoc w cierpieniu. Pozwolę sobie zacytować fragment jej jednego listu z 1973 roku: „Zwracam się do Was (ojców bernardynów) o pomoc. Otóż jestem w ciężkim położeniu. Od najmłodszych lat nawiedzają mnie ciężkie prześladowania duchowe. Żadne modlitwy mi nie pomagają. Pokusy nawiedzają mnie nie tylko w dzień, ale i w nocy. Czasami nie mogę spać. Nie wiem co robić. (…) Mam (…) pytanie, czy człowiek, który jest prześladowany może przystąpić do Komunii Świętej. Bardzo proszę o odpowiedź. Chciałabym posłać na msze Gregoriańskie i na ofiarę do Klasztoru. Gdyby mi ustąpiły te pokusy bym była wam bardzo wdzięczna. Błagam o gorące modlitwy może mi Klasztor pomoże te prześladowania ustąpią. Jest tu dużo ludzi, których prześladują ciężkie pokusy, ale wstydzą się przyznać księdzu, bo myślą, że tylko ludzi grzesznych prześladują pokusy”. Widać cały czas z jednej strony umocowanie cierpienia psychicznego w grzechu, z drugiej tak silną tabuizację choroby psychicznej, że ludzie nawet boją się o niej powiedzieć podczas spowiedzi czy spotkania z kapłanem. Nawet autorytet księdza w lokalnym społeczeństwie tym samym nie daje gwarancji dla cierpiących, unaocznia się zaś tu bycie odrzuconym, ludzie chorzy zasklepiają się jeszcze głębiej w swoim lęku, boją się swojej, opacznie rozumianej, „grzeszności”.
Mieszkańcy równoległego świata
Niby rzeczywistość tutaj opisana przeszła już do historii, niby dzisiaj szeroka jest pomoc psychoterapeutyczna, a ludzie na masową skalę biorą leki psychotropowe czy urlopy na podratowanie zdrowia. I dobrze, że w przypadku osób z problemami tak jest. Niemniej wciąż można napotkać dawne wyobrażenia, lęki i stereotypy. Z postępującą medykalizacją amputowano niestety współcześnie również szereg pozytywnych konotacji szaleństwa w dawnej kulturze chłopskiej – na przykład reprezentowania twórczego chaosu w święcie i zabawie, widzenia w postawach „wiejskich głupków” Bożego planu czy dostrzeganie innych form racjonalizacji świata – czasami lepszych niż te „normalne”. Pomiędzy zdrowymi (Goffmanowskimi normalsami) a osobami cierpiącymi psychicznie wciąż są mury i przemożna chęć podtrzymywania owej izolacji. Tomasz Kalniuk w tym kontekście pisze, że współcześnie „pomimo przeprowadzanych kampanii społecznych stosunek do cierpiących np. z powodu schizofrenii nie ulega znaczącym przeobrażeniom zakładanym przez organizatorów. W dalszym ciągu upośledzeni intelektualnie, psychicznie są jak gdyby mieszkańcami świata równoległego”. Istotnie, nie można nie dostrzegać tej brutalnej rzeczywistości, gdzie usiłuje się uznać wyłącznie normalność, porządek i zdrowie oraz fenomeny te sterylnie zabezpieczyć. Tylko że na dłuższą metę to się nie uda. A jeśli nawet, to zawsze z powieleniem strat, dalszą replikacją cierpienia i ułudy. Będzie to zresztą tylko repetycja przeszłości mniej lub bardziej świadomie umotywowana.
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!













