Ciocia, co sobie męża nie brała

Samotne kobiety na wsi tradycyjnej nie miały łatwego życia. Z czasem jednak znajdywano dla nich miejsce. Już nie jako „stare panny”, a „ciocie”, pomagały w opiece i wychowywaniu dzieci i młodzieży. I były za to doceniane.
Czyta się kilka minut
Kobieta łemkowska z dzieckiem, 1935 r.
Kobieta łemkowska z dzieckiem, 1935 r.

Badania etnograficzne Stanisława Ciszewskiego opublikowane w latach 20.  XX wieku wskazywały, że kobieta odbierana była na wsi tradycyjnej jako stworzenie upośledzone (stworzenie, a nie w pełni człowiek!). Kalać kobietę miały: menstruacja, współżycie seksualne z mężczyzną (co było sprośne i grzeszne), wreszcie niewiasta miała odbywać połogi, które w mentalności wiejskiej były aktami wielce nieczystymi. Pisał Ciszewski: „kobieta wydaje na świat dziecię, poczęte przez nią w chwili plugawego stosunku z mężczyzną i z tej racji uchodzące również za płód nieczysty, owoc grzechu […]”.

Kobiety były obce, bo przychodziły do rodziny męża spoza wspólnoty domowej. Przypisywano im miano „niemoty” – stosowne było ich milczenie i swoiste wycofanie. Małżonek reprezentujący żonę na zewnątrz często nie zwracał się do niej po imieniu. Ona do niego zwracała się uniżenie i niebezpośrednio. Szeroko znana była na terenie Słowiańszczyzny praktyka, by mówić do kobiet nie poprzez ich imiona chrzcielne, ale nowe imiona po zamążpójściu, łączące się ze wsiami, z których przybyły, czyli z ich stronami rodzinnymi. Podobnie mąż mówił o żonie zamiennie: „gospodyni”, „baba”, „moja baba”, „kobieta”, „matka”, „ona”.

Dwa światy

Wszystkie te znamiona, podobnie jak przypisanie kobiecie kontaktu z Naturą, w przeciwieństwie do mężczyzny poruszającego się rzekomo w świecie Kultury, ograniczenie kobiecości do spraw domowych, w kontrze do funkcjonującego w szerszych relacjach społecznych męża, powodowały przypisanie kobiecości tabu. Pisze Inga Kuźma, że owa „kobiecość tabuiczna” w kulturze chłopskiej paraliżowała swoją ambiwalencją, bliskością sacrum, faktem, że w niewieście uosabiał się potencjał życia i śmierci.

Kobieta jako partycypująca w tych tajemnicach była tym samym personą łączącą dwie rzeczywistości: zmysłową i pozazmysłową, stąd jej udział w magii, ale też sztuce czy artystycznym wyrobnictwie (by wspomnieć metaforę przędzenia jako kontynuację odwiecznej kreacji). Jak pisze Beata Walęciuk-Dejneka, tak rozumiana femina była ambasadorką i wyrazicielką dwóch światów: realnego i pozazmysłowego, poprzez nią w zasadzie w każdej sytuacji życiowej mógł się unaocznić dialog pomiędzy oboma tymi porządkami.

W szeregu kultur utrwalone były wyobrażenia kobiety-medium, poprzez którą objawia się to, co sakralne. Pod tym względem przewyższały one mężczyzn. Pisze w tym kontekście Jean-Paul Roux: „Sacrum objawiać się może wszędzie, we wszystkim, aczkolwiek z różnym natężeniem. Tak ma się rzecz z ludźmi: mężczyzna, na ogół zaabsorbowany raczej sprawami materialnymi, bardziej jest osadzony w profanum niż kobieta, która – przeciwnie – sama będąc źródłem życia, ma ściślejsze związki z nadprzyrodzonym i tak głęboko zanurzona jest w sacrum, że nie tylko staje się jednym z uświęconych obiektów, lecz także jednym z najbardziej znaczących”. Kobiecość silnie odcisnęła się na kulcie, w warunkach polskich zwłaszcza w religijności ludowej tak głęboko przecież maryjnej.

Panna na wydaniu

Na tle tego porządku lokowała się na wsi polskiej kobieta samotna, która rodziny nie założyła. Samotność była na wsi przywilejem, ale tylko w okresie dojrzewania do założenia rodziny. Panny były wówczas adorowane przez kawalerów. Kochano się w nich, zabiegano o nie. Panna na wydaniu to kapitał rodziny, to skarb. Ona może odrzucać adoratorów, popadać w konflikty z rodziną, może sobie pozwolić na swawolę, a nawet bezwstyd. Ona okazale stroi się na niedzielną sumę i dystyngowanie niesie obraz w procesjach maryjnych. Uosabia swoją postawą witalność wiosny. Domaga się, by upatrywano w niej potencjalną dawczynię życia. Wręcz jego erupcję, kwintesencję seksu, pożądania, ale i siłę tworzenia, kształtowania, a nawet dalej: kontynuacji Boskiej kreacji, zapoczątkowanej w Raju. Trzeba powiedzieć, że w tym świecie patriarchalnym posiadała młoda kobieta niezwykłą wręcz sprawczość. Była adorowana. Nawet, w realiach aranżowanych przecież związków, miała szerokie pole manewru – i to trzeba jasno podkreślić – włącznie z sabotowaniem decyzji rodzinnych i odrzuceniem niechcianego przez siebie adoratora.

Sytuacja zmieniała się wraz z zamążpójściem. Wtedy kobieta stawała się panią domu, ale też już wyraziście podlegała pod małżonka i jego rodzinę. Na XIX-wiecznym zachodzie Polski, gdzie dominowały małe rodziny, ten przełom z reguły miał miejsce w połowie trzeciej dekady życia. Na Kresach Wschodnich, gdzie małżeństwa zawierano wcześniej i dominowała wielka rodzina, wychodzono za mąż wraz z osiągnięciem dojrzałości seksualnej wieku nastoletniego.

Kara za staropanieństwo

Ale były jeszcze kobiety, które wówczas nie ślubowały. Te miały kilka lat na namysł, by zmienić swój stan. W stosunku do nich stosowano szereg rytuałów, aby skłonić je do zawarcia małżeństwa. Rytuały te były formą piętna. W Polsce  zachodniej, gdzie były one łagodniejsze, najczęściej ograniczały się do presji słownej (by wspomnieć zabawy taneczne i pochody przez wieś przebierańców przy okazji podkoziołka, czy wielkanocne kujawskie przywoływki). Były to zachowania metaforyczne, ulokowane w pewnej werbalnej przenośni, bazujące na symbolice słów i gestów, ograniczone najczęściej do słownego zniesławienia.

W Polsce centralnej, południowej i wschodniej były to już inne praktyki rytualne – metonimiczne (styczne, „dotkliwe”). Wiązały się z cielesnym poniżaniem, szykanami, rękoczynami, chuligaństwem, szkodami na mieniu. Osławiony kloc – kłoda popielcowa z przełomu karnawału i Wielkiego Postu – jest chyba zachowaniem najbardziej przemawiającym. Szykany te dotyczyły też mężczyzn stanu wolnego, aczkolwiek to kobiety znacznie bardziej obrywały. Kłoda łączona jest przez niektórych badaczy z karami dawnego prawa zwyczajowego. To sytuacja, kiedy ludzi nieżonatych i niezamężnych przy śmiechu całej gromady zmuszano do ciągnięcia kawałka drewna przez wieś, zazwyczaj w Środę Popielcową. Niekiedy ich jeszcze przy tym uderzano, popychano, rubasznie zniesławiano, śpiewano poniżające przyśpiewki i ferowano pod adresem ofiar dokuczliwe żarty. Rytuał kończył się zwykle w karczmie, gdzie poniżeni musieli się jeszcze wykupić, zamawiając u karczmarza alkohol i częstując nim swych oprawców. Zazwyczaj „bawiono” się tak, podkreślmy to wyraźnie, głównie z kobietami. Gnębicielkami były, prócz mężczyzn, też kobiety – zamężne „baby”, co chyba jeszcze lepiej widać podczas innego obrzędu: babskiego combru.

„Zachęta” do małżeństwa

Etnografowie podkreślają, że prócz zdystansowania się od staropanieństwa, stanu bezpłodności, „kloc” był również magiczną formą ożywienia przyrody, urodzaju, triumfu życia nad martwotą zimy i oczekiwaniem już teraz tylko płodności. Tak o zachowaniach ze wsi podlasko-kurpiowskiej pisała wybitna etnolożka Anna Zadrożyńska: „Do dziś na płotach okalających domy zbyt wybrednych dziewczyn w środę popielcową chłopcy malują krocoki albo mazuchy, wkładając w nie niespotykaną inwencję. Te czarną farbą lub smołą mazane obrazki przedstawiają nieprzyzwoite części męskiego ciała, jakby szydzące z niewieściej skromności i niechęci do zmiany stanu. Szyderstwo to może mieć głębsze znaczenie. Przecież zapusty, ten czas chaosu, miały sens dopiero wtedy, gdy podczas ich rozgardiaszu, powstawały zalążki nowego ładu. Takim nowym uporządkowaniem rozhukanej młodzieży powinno być założenie rodziny. Zatem ci, co siebie wybrali, mogli śmiało wkroczyć w następne świąteczne etapy, wiodące ku codzienności. Ale samotnice, grymaśnice i panny wybredne (zawsze przecież panna była winna) zasługiwały jedynie na przyganę i ośmieszenie, bo przez nie właśnie mogła się nie powieść cała magia dobrego początku”. Owa magia dobrego początku to zapoczątkowane w Wigilię i wielokrotnie powtarzane później zaklinanie urodzaju. Kulminacja piętnowania samotnych przypadała na przełom zapustów i Wielkiego Postu, a także czasu śródpościa, a gdzieniegdzie jeszcze samej Wielkanocy. To okres zmagania się żywiołów, triumfu życia nad śmiercią, celebracji umniejszenia, męczeństwa i zmartwychwstania Zbawiciela.

Tak więc ludzi stanu wolnego poniżano na dwa sposoby: w Polsce zachodniej słownie – metaforycznie, w Polsce centralnej, południowej i wschodniej – metonimicznie, cieleśnie. W obu przypadkach wszystko działo się przy śmiechu, rubaszności i żartach gawiedzi. O cierpieniu i reakcji na poniżenie ze strony samotnych niewiele wiemy.

Winna

Czyli już wejście w staropanieństwo obarczone było poniżeniem. Zastanówmy się nad samym określeniem „stara panna”. Powyżej ukazałem, jakie pozytywne przymioty miała kobieta w okresie panieńskim, czyli w byciu adorowaną „panną”. Na to słowo, kojarzone z gotowością na zawarcie związku, z pożądaniem, a także sprawczością, nakładano epitet „stara”. Tak tworzono zbitkę groteskową, bo oto osoba otwierająca się na życie połączona zostawała ze starością. Starcy to wszak, jak pisze Beata Walęciuk-Dejneka, raczej „przewodnicy po zaświatach”, osoby partycypujące na ziemi w tajemnicy śmierci; byty hybrydyczne poniekąd jeszcze aseksualne. Starość to czas wycofania. Nawet na wsi jeszcze feudalnej praktykowane nadawanie wolności osobistej starym spracowanym chłopom w przewrotności swojej w istocie oznaczało dla nich pójście na żebraczy szlak i degradację (nędzę, chłód gościńca, imanie się żebractwa). O ludziach starych, schorowanych okrutnie mówiono, że są „zgrzybiali”. Stary mężczyzna dość często wręcz był określany jako dziad, kobieta zaś to wiejska starucha. Kobiety ponadto po menopauzie były już bezpłodne – traciły dotychczasowe przymioty swej społecznej pozycji i stawały się niedookreślonymi hybrydami (swoją drogą jako byty graniczne nabywały predyspozycji zielarek, uzdrowicielek, mądrych, szeptuch, czarownic, a nawet postaci demonicznych).

Wracając do głównego tematu: pokraczną zbitką „stara panna” uobecniano tutaj niedopasowanie kobiet stanu wolnego do świata. Stanowiło to jakiś niesmaczny żart, kaprys losu, formę kpiny. Taka kobieta była nie do końca swoja i przewidywalna. Potencjału życia nie podjęła, stała się „jałowa”, kiedy jeszcze mogła być płodna, nie otworzyła się na miłość, obraziła Naturę i Stwórcę zarazem. Była zarówno komiczna, jak i skalana, by nie powiedzieć w swej odmowie dawania życia wręcz obrazoburcza. Słowem: zawiniła.

Doceniane wsparcie

I tutaj zaskoczenie: stare panny określano też dość pozytywnie na wsiach jako „ciocie”. To inna „ciocia” niż ciocia – członek rodziny (chociaż samotna ciocia w wiejskim świecie również może być ciocią poprzez pokrewieństwo lub powinowactwo z miejscowymi). To osoba miła, oddana, poświęcająca się w braku własnej rodziny dla innych. Ona często angażuje się przy kościele, pomaga chorym, chodzi swobodnie z plotkami od domu do domu. Co najwyżej w gestii praw osobistych podlega pod rodzinę rodzeństwa, która roztacza tutaj swą kuratelę i kontrolę. Bowiem praw majątkowych i swobody ekonomicznej ciocia w tym świecie za wiele nie posiada. Ciocia równa się po prostu starej pannie – bardziej to ciepłe i przyjazne określenie. Kiedy podczas badań Ingi Kuźmy pytano już współcześnie osobę starszą na jednej z wsi południowej Małopolski: „Jak się nazywa niezamężne kobiety?”. Padła powielana potem odpowiedź: „No to «ciocia», tak się nazywa te, co sobie męża nie brały”.

To określanie mianem cioci – a więc bliskiej krewnej – osoby, do której zwracało się zdrobnieniem, pokazuje, że nawet w tak patriarchalnym świecie, jakim wydawała się wieś polska, pozycja samotnej kobiety nie była tylko obciążona piętnem. To familiarne określenie cioci wpisywało się w świat wiejski, gdzie właściwie wszyscy byli klasyfikowani jako członkowie gromady, na sposób jednej rodziny (mogło to być echem dawnego już wymieszania się poszczególnych rodzin na terenie wsi, bo mówiono często do osób niekoniecznie spokrewnionych: ciociu, wujku, babciu, dziadku, kuzynie itp.; ważna była też forma łączenia różnych rodzin poprzez bycie czy to rodzicami chrzestnymi, czy świadkami na ślubach).

Ciocia stała też na straży wartości moralnych, dbała o stosowne zachowanie zwłaszcza młodych dziewcząt. Liczyły się z nią dorastające panny, szczególnie w rodzinach bogatych kmieci. Ona wychowywała często dzieci innych członków rodziny, prowadziła je do kościoła, pomagała rodzinom czy to w sytuacjach życiowych (np. w opiece nad położnicą, posprzątaniu domostwa po czyjejś śmierci), czy to organizowaniem obrzędów przejścia (chrztów, ślubów, prymicji, pogrzebów). Tak więc ciocia ogrywała ważną quasirodzinną funkcję. Tak pisze o pozycji przyszywanej cioci (czyli cioci – starej panny) już przytaczana Inga Kuźma: „Określenie to [ciocia] przesuwa znaczenie, w które wyposażone jest rozumienie terminu ‘kobieta samotna’, w stronę niemal macierzyńską, w sensie – wychowawczą, opiekuńczą i dającą oparcie emocjonalne”.

Tym samym choć na wsi tradycyjnej od samotności się odżegnywano, a ludzi takich na siłę starano się zawczasu zmusić do zamążpójścia, to z czasem i im stwarzano ważną rolę w życiu, zwłaszcza emocjonalnym, uczuciowym, wychowawczym. Kobiety samotne nie miały realnych praw majątkowych, znaczenia na forum gromady, doświadczały stygmatyzacji, ale zyskiwały jako osoby czułe, spolegliwe i pomocne dla innych, łączone z altruizmem i poświęceniem. Tu trzeba jeszcze dodać, że kobiety takie to osoby cechujące się niezwykłą wręcz i bardzo pogłębioną duchowością i częstokroć wzorcową postawą religijną, choć czasami przechodzącą w bigoterię, a przy tym również dostojną statecznością i ogładą usposobienia na co dzień.  

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 7/2026