Wielki Post i następująca po nim Wielkanoc to ważny czas dla zachowań obrzędowych ludu. To najpierw okres ogołocenia, powściągnięcia zmysłów i wyrzeczenia, a następnie radosnej celebracji Zmartwychwstania Pańskiego. Treści głęboko chrześcijańskie przenikały się wówczas z magicznymi, nierzadko o proweniencji pogańskiej. Była to bowiem kulminacja szeregu kumulacji: to męczeństwo Jezusa i Jego Zmartwychwstanie, ale także okres triumfu dnia nad nocą i życia nad śmiercią, wegetacji nad martwotą, to czas zastąpienia groźnej zimy obiecującą, witalną wiosną, to wreszcie czas nędzy bezmięsnego przednówka i hucznej celebracji obfitującej w mięsiwo Wielkanocy. Święta Wielkanocne nade wszystko wyrażały szczególnie doniosłą w chłopskim świecie wartości prawdę o Zmartwychwstaniu, bez którego nie sposób zrozumieć szerszych i donioślejszych fenomenów: rozpasanego karnawału i ascetycznego postu.
Z jednej strony płodna wiosna, z drugiej powściągliwy post w mentalności włościan skupiły się na osobach stanu wolnego. Wyrazem tego były uwłaczające ich pozycji obrzędy ludowe. Na przełomie zapustów i Wielkiego Postu były to: podkoziołek, targi dziew, kłoda popielcowa, babski comber, a w okresie samej Wielkanocy: siuda baba i przywoływki dyngusowe. Żarty wobec samotnych były wyrazem zdystansowania od stanu niepożądanego, jakim była bezpłodność. Samotni – jałowi, niezakładający rodziny – byli wysoce niepożądani, samotni w średnim i starczym wieku oczywiście. Natomiast młodych samotnych, ociągających się z ożenkiem lub zamążpójściem, należało do małżeństwa przymusić i poprzez rytualne wyśmianie we wspomnianych obrzędach wyperswadować im dalsze życie w pojedynkę.
Kloc na sznurze
W Środę Popielcową popularny był zwyczaj ośmieszania publicznie panien poprzez przyczepianie do płaszczy tzw. klocków, np. kurzej nogi, skorupek jaj, indyczej szyjki, gałązki drzewa, głowy od śledzia, papierków i marchwi, co wzbudzało śmiech postronnych i stanowiło dla nich świetną okazję do zabawy kosztem nieświadomej ofiary wyszydzenia. Zwyczaj ten ma w istocie dawną genezę. Zachowania te pierwotnie były bowiem poprzedzone przez formę bardziej rozbudowaną i stosunkowo dobrze udokumentowaną – to osławiona „kłoda popielcowa”, inaczej „kloc”.
Polegał on na ciągnięciu po wsi konaru drzewa (czasami dużych rozmiarów, przekraczających metr) przez niezamężne i kawalerów – te obrzędowo-magiczne czynności znamionowały rozbudzenie płodności i wegetacji. „Kloc” to istotnie archaiczny obrzęd najprawdopodobniej będący kontynuacją wożenia pnia, który symbolizował płodność (niektórzy jego genezy doszukują się w średniowiecznym prawie zwyczajowym i stosowanych wówczas karach). „Kloc” był bardzo popularny w okresie staropolskim (także w innych warstwach społecznych, wśród mieszczan; nawet inscenizowano ów obrzęd na dworze króla Władysława IV). W XIX w. stopniowo obrzęd ten zanikał, ale żywotny wyjątkowo długo pozostawał na wiejskich terenach południowej Polski (Wielkopolska, zabór pruski i zachodnie regiony Królestwa Kongresowego raczej hołdowały tradycji podkoziołka, poprzez którą kojarzono tam pary czy zmuszano do rytualnej ekspiacji samotnych).
Oskar Kolberg, opierając się na materiale z połowy XIX w., tak pisał o zachowaniach włościan z terenów Krakowskiego: „We wstępną Środę [czyli w Środę Popielcową – BG] przed karczmą, mają baby duży kloc uwiązany na sznurze, i gdy jaki parobek lub dziewka tamtędy przechodzi, to go zatrzymują, uwiążą mu ten kloc u nogi albo ręki, i tak do kloca przywiązanego ciągną do karczmy. Tam, aby się od kloca okupić, winien pochwycony parobek lub dziewka, częstować owe baby wódką”.
Były liczne pieśni, przyśpiewki, porzekadła i zagadki, w których roztrząsano te praktyki i słownie komentowano. Rytuał polegał na ośmieszeniu samotnych, czasami wręcz ich pohańbieniu, zniesławieniu i fizycznym zranieniu w przestrzeni publicznej, a potem zakończeniu szykan poprzez… zamówienie gnębicielom wódki w karczmie przez osoby zaprzęgnięte do kłody. Pognębieni musieli więc jeszcze służyć gnębicielom! Oczywiście nie był to tylko rytuał szykan, należy brać pod uwagę ówczesny kontekst społeczny. Obrzęd przyzywał dojrzałość, pełnoletniość, pomyślność i płodność. Istniało przekonanie, że młoda kobieta, która ciągnęła kłodę, szybko wyjdzie za mąż i będzie miała tak pożądane dzieci. Ważna była w ówczesnych realiach identyfikacja kobiety z przyrodą, która na wiosnę się ożywia, jest płodna, rodzi. Tutaj niezamężne swoim postępowaniem szkodziły, mąciły niejako rytm natury – sprzeciwiały się bowiem tak pożądanej kreacji. Kłoda popielcowa była więc karą.
Zainteresowani oblaniem
Z obrzędowością wielkanocną szkalującą samotnych – głównie samotne – na wsi tradycyjnej wiązały się również przywoływki dyngusowe (nazywane też gdzieniegdzie przywołówkami).
Te najbardziej rozwinęły się na Kujawach, zarówno pruskich, jak i rosyjskich. Na tych pierwszych (zwłaszcza w Szymborzu pod Inowrocławiem) miały charakter uroczystości, gdzie obok aranżowania relacji matrymonialnych liczyć zaczęły się tradycje patriotyczne, narodowe – zwłaszcza podczas Kulturkampfu. Natomiast na Kujawach rosyjskich w tych obrzędach utrwalił się bardziej porządek pańszczyźniany, stanowy.
Przywoływki przypadały zawsze na wieczór Niedzieli Wielkanocnej. Tradycję tę poświadcza szereg etnograficznych relacji z tak cennymi zapisami Kolberga na czele. Były to głównie obrzędy kojarzące pary. Kawalerowie wywoływali panny wierszowaną rymowanką, ogłaszając z centrum wsi, dachu karczmy, drzewa czy specjalnej drewnianej ambony, że są zainteresowani daną dziewczyną i oto mają monopol na poddanie jej praktykom dyngusowym (polania w Poniedziałek Wielkanocny wodą).
W jednej ze swych relacji tak Kolberg scharakteryzował te obrzędy (odnosząc się do połowy XIX w.): „We wsi Tuczno (pow. Inowrocławski) w niedzielę Wielkanocną wieczorem zapowiadają Dyngus w następujący sposób: Dwóch parobków wchodzi na dach naprzeciw siebie stojących budynków, pierwszy z nich woła: Podaję do wiadomości, że np. Żowka, ponieważ nieładnie się ubierała, w chałupie porządku nie trzymała, do roboty nie chodziła, z wszystkimi się pokłóciła, dostanie taki dyngus: sto beczek wyleją na nią wody, sto fur wysypią piasku, sto rózg jej dadzą. Na to odpowiada drugi z drugiego dachu: Żowka się nie boi, bo np. Jasiek z wódką za nią stoi”.
Ważną rolę, podobnie jak w ciągnięciu kloca, odgrywał alkohol. Obrzędy te stały się istotnym aspektem zalotów młodych kawalerów do panien. Niezwykle bogatą dokumentację tej zanikającej tradycji znaleźć można w książce Heleny Przesławskiej: Przywoływki dyngusowe na Kujawach. Z jej zapisów sprzed półwiecza korzystając, wiemy dzisiaj chociażby, jak przed wojną wywoływano pannę w okolicach Brześcia Kujawskiego:
„Pierwszy numer ode dwora
Jest tam Marysia ładno, urodno.
Do róży podobno.
A niech się nie boi
Bo za nióm Wojtek stoi.
Cztyry kubły wody
Do jeji urody”.
Piętnujący charakter
Niestety obrzędy te miały również charakter prześmiewczy, pastwiący się nad starymi pannami (mającymi od 25 do 50 lat; nie nękano już osób starych). Pannom przypisywano nieatrakcyjnych kawalerów (często też samotnych, niezadbanych, złośliwych, cierpiących na problemy psychiczne, z niepełnosprawnościami), a same kobiety wręcz zniesławiano. Odnotowała chociażby Przesławska, że tak dawniej przywoływano dziewczynę uznaną za nieatrakcyjną w Pikutkowie pod Włocławkiem:
„Drugi numer ode dwora
Jest tam dziewczyna brzydka,
Nieurodna, do świni podobna!
Trzeba dla niej beczkę wody
Dla jej urody
Furę pyżu dla jej hanyżu
Worka do wycierania
Zgrzebło do czesania
Niech się niczego nie boi
Bo za nią jej koślawy stoi!”.
Najgorszy los spotykał jednakże tzw. przeskoczkę, czyli pannę z dzieckiem, owocem związku pozamałżeńskiego. Pod Strzelnem wywoływano taką słowami:
„Potrzeba dla niej wody zimnej ze dwa kubliska
dla umycia pyska.
Niech się niczego nie boi,
bo za nią sąsiadów kundel stoi”.
Związek z takową porównywalny był do parzenia się psów. Pozamałżeńskie stosunki na wsi włościańskiej nazywano „psim weselem”, a kobietę w relacje takie się angażującą – „suką”.
W międzywojniu przywoływki zaczęły zanikać. Kobiety bowiem upominały się wówczas o swoje prawa i wnosiły sprawy do sądów o zniesławienia. Po II wojnie światowej przywoływki ostały się tylko w inowrocławskim Szymborzu, gdzie od lat 60. XX w. przestały mieć już definitywnie charakter piętnujący. Pozostawiono ich wymiar ludyczny oraz miłosny (jako wyraz uczuć, już teraz w konwencji romantycznej). Zmieniono formułę, żartując także z samych kawalerów. Współcześnie są to uroczystości niezwykle wysublimowane, wręcz szarmanckie. Tradycję wzbogacił udział orkiestry górniczej z miejscowej kopalni soli, obecność przyjezdnych widzów i regionalnych mediów.
Pożądany porządek
Taka obrzędowość wpisywała się w kulturę ludową, która była silnie powiązana z tradycjami chrześcijańskimi, ale niekiedy również z tradycjami odległymi od chrześcijaństwa. Powyższe obrzędy przypadały niewątpliwie na czas dla chrześcijan szczególny i ich intensyfikacja w tym momencie roku liturgicznego nie była przypadkowa.
Wspomniane zabawy ludowe nie miały oczywiście legitymizacji w Kościele, były to obyczaje gminu. Jednakże tworzyły one swoisty rodzaj jedności z zachowaniami lansowanymi przez Kościół: związki małżeńskie jako jedyna przestrzeń kontaktów seksualnych, płodność, rodzina, wizja kobiecości, ówczesne pojmowanie grzechu i grzeszności, rozumienie błogosławieństwa i błogosławienia, wreszcie, o czym nie można zapomnieć, zarezerwowanie przywileju bycia honorowanym celibatariuszem dla duchownych i osób konsekrowanych. To był też inny Kościół – jeszcze w duchu trydenckim – silnie osadzony na katechizmie jako drogowskazie, na rejestrze nakazów i obowiązków, na surowym i wymagającym prawie, stawiający sobie za cel egzekwowanie postaw moralnych tak duchowieństwa, jaki i wiernych. Dodajmy też, że Kościół, który szereg ludowych brutalnych zachowań na wsiach wówczas zwalczał, wyznaczał inne standardy: niektóre obrzędy stopniowo zastępował odpowiednikami już niemającymi tak dotkliwej wymowy. Jednakże, przy całej złożoności, kultura ludowa miała swój rejestr zestrojony z ówczesną chrześcijańską koncepcją rodziny. Obrzędy takie jak kłoda popielcowa czy przywoływki dyngusowe, choć od religii instytucjonalnej wydawały się odległe, były częścią jednego porządku sterującego życiem. Porządku szczególnie lansującego określony wzorzec godziwości, pod który samotni – bezżenni mężczyźni i zwłaszcza niezamężne kobiety – nie pasowali.
Dopełnieniem tych publicznych rytuałów była podległość samotnych rodzinom (a konkretnie tym członkom rodziny, którzy stworzyli własne małżeństwa), ich praktyczny brak praw majątkowych, ubóstwo, zaniedbanie, wygłodzenie i szereg szykan ze strony bliskich oraz postronnych na co dzień. O samotnych mówiono „wariaci” (i bardzo często rozciągano na nich kalkę choroby psychicznej, bycia „głupimi”).
Paradoksem jest to, że, jak dziś wiemy i co poświadcza szereg źródeł historycznych, samotni mieli bardzo rozbudzone życie religijne, działali przy Kościele. Zarazem niejednokrotnie odmawiano im i w nim szerszych praw. Byli elementem świata w dużym stopniu ciągle jednak feudalnego, przy czym zajmowali potulnie miejsce na dnie drabiny społecznej. Stąd znamienne, że podczas sumy niedzielnej w XIX-wiecznych wiejskich kościołach stali i modlili się zgodnie z oczekiwaniami gromady przed świątyniami, jako niegodni, co korespondowało niezwykle wymownie z ich ówczesną społeczną pozycją.
Niespełnienie samotnych
Gdzieniegdzie, np. na Kresach, spotkać się można było jeszcze z przekonaniem, że samotni nie zaznają – jako niespełnieni, niedotykający znoju tej ziemi (określanej też mianem „tego padołu”), niedoświadczający małżeńskich trosk i namiętności – szczęścia po śmierci, że nie będzie im dane wręcz osiągnięcie nieba.
Pewnym echem tych ludowych przekonań są dobrze znane słowa Dziewczyny (panny zawieszonej po śmierci między doczesnością a zaświatami, która wcześniej odrzucała za życia adoratorów i nie spełniła się erotycznie), pochodzące z drugiej części Dziadów Adama Mickiewicza:
„Bo słuchajcie i zważcie u siebie,
Że według Bożego rozkazu:
Kto nie dotknął ziemi ni razu,
Ten nigdy nie może być w niebie”.
Co prawda finalnie Guślarz roztoczy przed nieszczęśliwą Dziewczyną wizję nieba w niedalekiej przyszłości osiągalną, nie mniej jednak Mickiewicz, jak mało kto, oddał istotę przesądów ludowych o niespełnieniu samotnych, które to przesądy dość długo w kulturze ludowej pokutowały.
I teraz możemy wrócić do obrzędów „kłody popielcowej”, a także „przywoływek dyngusowych” – można bowiem ich interpretacje ująć specyficznie. Lud poprzez wyśmianie i napiętnowanie wywierał wpływ na samotnych, aby weszli w związki małżeńskie (i aby inni mieli na uwadze, że celem dla nich ma być kiedyś własna rodzina), żeby tym samym doświadczyli „normalnego” życia, trosk „tego padołu łez” a w przyszłości, po śmieci, jeszcze raz przywołując słowa Mickiewicza, mogli „stanąć za niebieskim progiem”.
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!













