Logo Przewdonik Katolicki

Zapach minionej epoki

Marzena Gursztyn

Oglądając filmy historyczne, podziwiamy przede wszystkim piękne stroje i wnętrza. A jak ludzie jeszcze 200 lat temu, nie mając współczesnych nam udogodnień, dbali o własną higienę?

Polska specjalność
Polska słynęła jednym z najwstrętniejszych przesądów higienicznych, zwanym w Europie  „warkoczem znad Wisły” lub „polskim kołtunem” i była to niestety przypadłość nie tylko zamierzchłych czasów, bo sięgała nawet początku XX w. Dotykała nie tylko nieświadomego prostego ludu, ale też zamożnych i dobrze wykształconych warstw: kryła się pod perukami i dopinkami eleganckich dam na salonach, wstydliwie ukrywała pod chustkami panienek z dworków. Plica polonica, czyli kołtun polski, był wcale nierzadka przypadłością. „Zakaźna, samoistna choroba całego organizmu” – tak określał kołtun w 1815 r. prof. Józef Frank. Osoby „chore na kołtun” radził więzić, żeby nie zarażali, zakładać dla nich specjalne szpitale kołtunowe i kształcić kołtunowych specjalistów-medyków. W 1839 r. sekundował mu rządowy lekarz Jan Oczapowski, który w swoim Praktycznym wykładzie chorób kołtunowych napisał, że jest to choroba „z działań miejscowych przyczyn wynikająca, nieskończoną liczbą dolegań i wad gatunkowych odznaczająca się”. Ludzie zaś wierzyli, jak możemy przeczytać w Ziemiance, że „kołtun powstaje z choroby całego ciała, że to rodzaj reumatyzmu, który z ciała przechodzi we włosy, gdy kołtun dojrzeje i odpada, i  choroba z nim razem, a jak za wcześnie go odciąć to choroba wróci do ciała i powykręca je”. Dopiero w 1877 r. praca dr. Henryka Dobrzyckiego nazywa rzecz po imieniu: choroba z brudu; jedyna metoda na jej wyeliminowanie to mydło, woda, grzebień.
 
Włosy, zarówno u kobiet jak i u mężczyzn były poczytywane za oznakę zdrowia i witalności, toteż dbano o nie bardzo, jednak do mycia tej części ciała było przekonać niezmiernie trudno.
Lucyna Ćwierczakiewiczowa, ówczesna  „perfekcyjna pani domu”,  głosi na łamach „Bluszczu”:
„U wielu ludzi pocenie skóry na głowie bywa słabe (...) a codzienne czesanie grzebieniem czystość utrzymuje tak, że żadnego mycia nie potrzebują”. Takie poglądy pokutowały przez kolejne dziesięciolecia. Kiedy prekursor i gwiazda światowego fryzjerstwa Antoni Cierplikowski czesał najważniejsze głowy świata kultury i rozrywki, wielokrotnie dochodziło między nim a klientami do spięć. Wprowadził bowiem w swoim salonie zwyczaj mycia włosów przed czesaniem, co dla wielu osób jeszcze w Europie XX w. było dziwactwem nie do zrealizowania, bo „włosów się przecież nie myje”.
 
Częste mycie skraca życie
W nie tak odległych przecież czasach kąpiel była wręcz logistyczną operacją. Po pierwsze nie dla każdego: w „Kłosach” z 1869 r. czytamy, że lekarze zwalniają niektórych od konieczności kąpieli, szczególnie tych, którzy cierpią na choroby piersiowe lub „wrodzony już od dzieciństwa wstręt do mycia ciała”. Wprost doskonałe alibi dla brudasów.
 
Książka Tomasza Dziekońskiego z 1828 r. jest kompendium wiedzy dla tych, którzy chcą korzystać z dobrodziejstw kąpieli i... ustrzec się niebezpieczeństw z nimi związanych. Autor zaznacza pozytywne aspekty częstego kontaktu z wodą: „Czystość za pomocą częstych kąpieli i umywań utrzymywana, dzielenie się przykłada do nadania ciału przyzwoitej czerstwości i mocy”. Jednak tak naprawdę potrzebna jest „recepta” na kąpiel, bo zażywana nieumiejętnie może zaszkodzić. „Zimne kąpiele nad kilka minut trwać nie powinny. Ciepłe mogą być nieco dłuższe. Nigdy jednak ponad pół godziny przechodzić nie mają. W każdey kąpieli należy pamiętać o częstem polewaniu głowy i szyi”. Ekspert tygodnika „Bluszcz” dr Roman Pląskowski w swoich pogadankach na łamach pisma opowiadał o groźnych skutkach uchybień przy kąpielowych procedurach. Były to nawet przypadki „śmierci gwałtownej” i „ciężkiej nieuleczalnej choroby”. Za niebezpieczne uchodziły kąpiele ciepłe, które według lekarzy miały „pomnażać ilość oddychań, wzburzać krew, (...) wpływać na zawroty głowy, znużenie, skłonność do snu a nawet i apopleksji (...) i w najwyższym stopniu, sprzyjać zniewieściałości”. Kąpieli nie należało zażywać po spożyciu posiłków mięsnych, zabroniona była także na czczo. Szczególnie groźna mogła okazać się ta poranna: „bóle głowy, zaduszanie w piersiach, czkawkę i kurcze przepony” – te przypadłości mogła sprowadzić na kąpiącego się poranna toaleta, dlatego też lekarze radzili kąpać się po południu.
 
Blanche Staffe w swoim uznanym poradniku z 1894 r. pisze: „Najmniejsze zaniedbanie pod względem czystości jest naganne. Natura karze prędzej czy później za to «przestępstwo» zsyłając choroby i starość przedwczesną”. Takich głosów było coraz więcej, niestety należały raczej do teorii. Praktyka, którą opisywali lekarze wyższych warstw społecznych, wpędzała w rozpacz. W numerze „Zdrowia” z 1899 r. czytamy, że w Polsce panuje „brak przeświadczenia o konieczności systematycznego mycia się, nie jest ono w codziennym zwyczaju”. Dalej dr Moszyński opowiada: „Wiele leży w brudnym barłogu. Obrzydliwość bierze, zbliżać się do nich w chorobie, chociaż na co dzień noszą wymyślną, zbytkowną odzież wierzchnią”. Najlepiej chyba podsumowuje to higienista dr Józef Tchórznicki: „Granica pomiędzy pojęciem czystości i brudu jest tak niestałą, że śmiało twierdzić można – ilu jest ludzi, tyle jest pojęć o czystości”.
 
Brudni z natury
Dr Henryk Łuczkiewicz w swojej wypowiedzi dla „Kłosów” z 1869 r. podaje przykłady rażących zaniedbań higienicznych, występujących nagminnie wśród warszawskich elit. „Brud kilkuletni na skórze spokojnie spoczywający (...) a w uszach błoto”, a nobliwe damy i dystyngowani panowie zgłaszają się do doktora z egzemami i niedosłuchem. Praca u podstaw niewiele chyba dawała, bo w 1877 r. „Bluszcz” zwraca konsekwentnie uwagę na potrzebę mycia uszu: „tzw. szmelc uszny nagromadziwszy się w znacznej ilości twardnieje i jako obce ciało na organizm i ucho oddziaływa”. 
 
Nadal powszechną praktyką „utrzymywania czystości” była... zmiana bielizny, która w pierwszej połowie XIX w. uchodzi za zabieg toaletowy. Wśród socjety krąży „higieniczna” anegdota. Młodzieniec całuje wyciągniętą do niego dłoń starej hrabiny i zauważa z odrazą, że jest potwornie brudna. „Madame, jakież pani ma brudne dłonie?! – konstatuje z zaskoczeniem. „Młody człowieku, gdyby pan zobaczył moje stopy” – odpowiada ze spokojem staruszka. Badania Warszawskiego Towarzystwa Hygienicznego z 1900 r. nie nastrajają optymistycznie: „przeciętny mieszkaniec Warszawy miał się kąpać w wannie raz na 28 miesięcy, w łaźni raz na 10 miesięcy, w ogóle raz na 7,5 miesiąca”. W skali Europy nie odbiegaliśmy od statystyk. Za zachodnią granicą było podobnie: niemiecki higienista Max von Pettenkofer narzekał, że Niemcy „przyzwyczajeni są do posyłania do kąpieli bielizn zamiast skóry”, natomiast Juliusz Simon pisze o Francuzach, że „są z natury brudni” – statystyczny mieszkaniec Paryża w tamtych czasach zaliczał 2–3 kąpiele rocznie.
 
„Pan Bóg tworzył cnotę i wodę, a ludzie honor i piwo (...). W życiu prywatnym zastosujemy przede wszystkiem honor i piwo, a unikamy cnoty i wody (...) Mycie nie potrzebuje żadnych szczególnych przyrządów, ani wydatków, jest dla wszystkich możliwem, czemuż jednak nie jest obowiązującem? I czemu nie dokonywamy go w całości?” – zastanawia się autorka w „Dobrej Matce” z 1905 r. Rzeczywiście dbanie o higienę jest fragmentaryczne: piękne zęby, białe dłonie, łabędzia szyja, a reszta ciała... Niezapomniana Madzia Kossak wspomina z właściwą dla siebie bezpośredniością:
„Owa czystość moralna szła zadziwiająco w parze z brudem fizycznym i «anielice» nosiły czarne i brudne gorsety, nigdy sie na noc nie myły, załuszczone włosy splatały w dwa grube warkocze i pewne swojej «czystości» klękały do wieczornego pacierza”. Dlatego do pracy u podstaw mocno zabrały się dziennikarki pism dla kobiet. Jednym ze sposobów propagowania higieny były konkursy z ... łazienkowymi akcesoriami. W 1912 r. Skrzynka do Listów „Ziemianki” publikuje pełen entuzjazmu list zwycięzcy konkursu, Błażeja Stolarskiego: „Właśnie odebrałem przysłaną do żony w nagrodę umywalkę i ucieszyliśmy się z niej bardzo. Mamy to sobie za największą nagrodę, bo już  nie raz zamyślałem o kupieniu takiej umywalki dla czystości ciała (…) Aż teraz, kiedyśmy tę umywalkę dostali, zaraz wykąpaliśmy się ja, żona, dwóch chłopaków, parobek i byliśmy zadowoleni;  i sąsiedzi przyobiecali na przyszły tydzień skorzystać”.
 
Jednak stare przyzwyczajenia się nie zmieniały. W czasopiśmie „Przebudzenie” z 1910 r. pewna charyzmatyczna niewiasta wypowiada się w ten sposób: „Moja babka nie kąpała się nigdy, moja matka również – to i ja nie będę”.
 
Gdzie się da
Warszawa była niestety bardzo brudnym miastem, m.in. z powodu kiepskiego zaopatrzenia w wodę. Pierwszy nowoczesny wodociąg wybudował Henryk Marconi w latach 1852–1855. Do tamtej pory korzystano głównie z usług woziwodów. Ci, czerpiąc wodę z płytkich, zanieczyszczonych studni, przyczyniali się nie do poprawy stanu higieny, ale do wybuchu kolejnych epidemii cholery i tyfusu.
Wyglądało to dokładnie tak, jak w trakcie spaceru Stanisława Wokulskiego po Powiślu.
 
W 1869 r. oddano wodociąg praski, który dostarczał niefiltrowaną wodę z Wisły. Ujęcie wybudowano wprost  irracjonalnie: poniżej wylotu kanału, którym płynęły ścieki z rzeźni i targowiska, a także fabryki. Sytuacja kanalizacji w mieście była wręcz tragiczna. Bolesław Prus opisywał w Kronikach makabryczny proceder „oczyszczania kanałów”, kiedy te do wysokości poziomu ulicy wypełniały się zalegającym, cuchnącym szlamem. Wówczas pojawiała się komisja składająca się ze znawców przedmiotu, którzy oceniwszy sytuację, przystępowali do działania.
„Jeden  z nich rozebrawszy sie do naga, włazi w kanał i stamtąd rękami wygarnia błoto, a jego towarzysze to samo błoto układają na powierzchni ulicy”. Dlatego powierzchnia ulic była brudna, a zapach – delikatnie mówiąc – bardzo przykry.
 
W 1884 r. Bolesław Prus pisał ironicznie: „Zbudowanie Warszawy na pagórku śmieci pochodzi stąd, że ludność tutejsza ma tak szlachetne instynkta, iż z największym wstrętem unika zajmowania się rzeczami brzydkimi. (...) Z tego samego powodu Warszawa posiada tylko dwa czyste miejsca ustępowe, ogół zaś mieszkańców swoje poziome potrzeby zaspokaja gdzie sie da i jak się da. Co, lubo nie wpływa na doczesną czystość, świadczy jednak o wzniosłości ducha tego rzadkiego ludu”. Prawda bowiem była taka, że w XIX w. Warszawie nadal były ulice, gdzie nie było nawet rynsztoków (o wychodkach nie wspominając), toteż zawartość nocników lądowała bezpośrednio na podwórkach i ulicach. Na początku lat 60. XIX wieku Karol Gregorowicz pisał, że większość wychodków była wybudowana na tzw. dołach lub beczkach, niezabezpieczona, z wylewającą się zawartością, która przeciekała do gruntu i skażała podskórne wody. A te z kolei przeciekały do studni, którymi posługiwali się mieszkańcy. Stąd cyklicznie nawracające epidemie.
 
Dopiero w 1893 r. władze miasta oddały pierwsze „przyzwoite”, zdaniem Prusa, publiczne toalety.
Sytuację zmieniło dwóch panów. Generał-gubernator Sokrates Starynkiewicz uzyskał zgodę i finansowanie (9 mln rubli) na wprowadzenie kanalizacji w Warszawie (przed Moskwą i Petersburgiem!), a autorem projektu był William Lindley. Okazało się jednak, że reakcje mieszkańców nie były wcale entuzjastyczne. Oprotestowano na przykład fakt, że aby przeprowadzić łącza kanalizacyjne, trzeba było rozkopać Ogród Saski. Prus nie zostawiał na warszawiakach suchej nitki. Pisał w Kurierze Warszawskim: „Ludzi trapią: tyfus, błonnica, ospa itp. (...), które przez kanalizowanie miasta można zmniejszyć (...) lecz mimo to nie dotykajcie nam Ogrodu Saskiego, gdyż jest on «ozdobą miasta»”. Miasta, którego sytuacja „toaletowa” wyglądała tragicznie.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki