Logo Przewdonik Katolicki

Ekumenizm po poznańsku

Błażej Tobolski
fot. Robert Woźniak/PK

W Poznaniu pojawił się oryginalny pomysł na ekumenizm. Duchowni różnych wyznań nie tylko ze sobą współpracują, ale i przyjaźnią się. Wzajemna sympatia powoduje, że słuchają siebie inaczej.

Szczególnym wyzwaniem jest, wbrew pozorom, budowanie wspólnoty między uczniami Jezusa. Tymi należącymi do różnych wspólnot i Kościołów powstałych w ciągu ponaddwutysiącletniej historii chrześcijaństwa. Pierwszym krokiem na wspólnej drodze jest modlitwa, czyli ekumenizm w praktyce: katolicka katedra, nabożeństwu słowa wspólnie przewodniczą prymas Polski, biskup ewangelicki i prawosławny. To, co jeszcze pół wieku temu byłoby nie do pomyślenia lub wprost niemożliwe, dzisiaj nikogo już nie dziwi. Przynajmniej w Poznaniu, który przoduje w naszym kraju w dialogu ekumenicznym.
 
Słoń i mysz
Fakt, na co dzień w Poznaniu, w którym działa kilkadziesiąt parafii katolickich, nie licząc kościołów zakonnych, trudno dostrzec chrześcijan innych wyznań. – To miasto zupełnie inne ekumenicznie niż na przykład Cieszyn czy Białystok, gdzie istnieje pewna równowaga między rzymskimi katolikami a odpowiednio ewangelikami czy prawosławnymi. Tu jesteśmy zdecydowanymi mniejszościami wyznaniowymi, co wcale nie ułatwia współpracy. Jesteśmy bowiem w stosunku do katolików, jak ta mysz przy słoniu: ta mała boi się, że ten duży zrobi jej krzywdę, a duży nie wie do końca, z kim rozmawiać, bo tej małej prawie nie widać – przyznaje ks. Jan Ostryk z tutejszego Kościoła ewangelicko-metodystycznego.
Bogactwo tej wyznaniowej różnorodności widać dopiero podczas takich wydarzeń, jak obchodzony w styczniu Tydzień Powszechnej Modlitwy o Jedność Chrześcijan. Jedno z licznych w tym czasie nabożeństw odbywa się w zborze zielonoświątkowym – użyczonym przez miasto drewnianym baraku. Większość miejsca zajmuje w nim przestronna sala z mnóstwem krzeseł. Wieczorna modlitwa zaczyna się uwielbieniem w wykonaniu zielonoświątkowego zespołu młodzieżowego w iście rockowym klimacie. Mocne uderzenie na początek. Psalm wykonuje franciszkanin, a Ewangelię śpiewa duchowny prawosławny. Jeszcze tylko kazanie luterańskiego pastora wyjaśniającego usłyszany wcześniej fragment Słowa Bożego i wspólna modlitwa w stylu baptystów, którzy mówią, że trzeba się tak modlić, żeby jeden drugiego słyszał i mógł odpowiedzieć na tę modlitwę: „Amen!”. Na zakończenie odmawiamy razem Modlitwę Pańską, a wszyscy obecni duchowni udzielają po kolei błogosławieństwa.
Kiedy następnego dnia gościmy u metodystów, uderza prostota, a zarazem głębia modlitewnej formy, skoncentrowanej wokół Biblii. Cerkiew prawosławna z kolei, choć niewielka, ujmuje bogactwem wystroju wnętrza i liturgii. Śpiew scholi – zachwycający! Nic dziwnego, że niektórzy porównują go do przedsionków nieba. Najważniejsze jest jednak to, że wszędzie możemy się razem modlić.

Iść czy nie iść?
Taki stan rzeczy to efekt wielu lat współpracy, wzajemnego poznawania się, wręcz uczenia się siebie i, jak to się mówi, budowania mostów pomiędzy poszczególnymi Kościołami. Pierwsze nieśmiałe próby zbliżenia podejmowano, kiedy o ekumenizmie niewiele się jeszcze mówiło. Powstawały dopiero kościelne dokumenty poruszające kwestie dialogu, a do rozwiązań praktycznych dochodzono na zasadzie prób i błędów. – Pamiętam, że kiedy byłem mały, a było to dobre kilkadziesiąt lat temu, katolickie dzieci przezywały nas od „kociej wiary”. Myśmy rewanżowali się im, przyrównując Kościół rzymski do przedstawionego w Apokalipsie obrazu Babilonu i wielkiej nierządnicy, o czym nas wówczas uczono w szkółce niedzielnej – wspomina ks. Ostryk. Podobne doświadczenia ma Piotr Wisełka, pastor zboru zielonoświąkowego w Poznaniu. – Urodziłem się na Śląsku Cieszyńskim, w kolebce protestantyzmu, gdzie katolicy byli wówczas w mniejszości. Dla nas ludzie dzielili się na wierzących i światowych, czyli katolików właśnie. Dopiero studiując w Poznaniu, poznałem pierwszych księży katolickich. Wiele rzeczy mnie wtedy dziwiło, ale w sumie okazało się, że to całkiem normalni ludzie – śmieje się pastor.
Konkretne zmiany przyniósł przełom tysiącleci, kiedy w Poznaniu pojawił się „klimat” sprzyjający ekumenizmowi. Pastor Wisełka pamięta zdziwienie, kiedy pierwszy raz otrzymał od arcybiskupa poznańskiego zaproszenie na ekumeniczne spotkanie opłatkowe dla duchownych. – Zastanawialiśmy się wśród naszych starszych: iść czy nie iść? W końcu poszedłem i było bardzo miło – przyznaje. – To było pierwsze spotkanie ekumeniczne, w którym uczestniczyłem. Zupełnie się wtedy jeszcze nie znaliśmy – wspomina to wydarzenie ks. dr Tomasz Siuda, który w grudniu 2001 r. został ustanowiony referentem ekumenicznym w poznańskiej Kurii, gdzie powstała także, zalecana zresztą przez Sobór Watykański II, Komisja Ekumeniczna. – Pamiętam też, że zrodziło się w nas wówczas przekonanie, że musimy zrobić coś więcej. Mobilizujące było tu m.in. wezwanie Jana Pawła II, który w kontekście rozpoczynającego się Trzeciego Tysiąclecia Chrześcijaństwa zachęcał, aby maksymalnie zbliżyć się do siebie – zaznacza ks. Siuda.
Duchowni przyznają jednak, że początki wcale nie były łatwe. Dopiero z czasem przyszły przyjaźnie, które łączą ich dzisiaj. – Powoli nabieraliśmy do siebie szacunku. Pamiętam taką rozmowę z ks. Tomaszem na pl. Bernardyńskim o kulcie Maryi, której rolę inaczej postrzegamy niż katolicy, choć jest dla nas jedną z najważniejszych osób w Bożym planie zbawienia. Krótko się wówczas znaliśmy. Byłem wtedy trochę jak ten jeż, którego się bierze do ręki, taki nastroszony. Myślałem sobie: „Weźmie mnie, to się pokłuje”. Ale ks. Tomasz się nie przestraszył, a rozmowa była bardzo spokojna i rzeczowa. Okazało się też, że w sumie wiele nas łączy – opowiada ks. Ostryk.
 
Wiara, która łączy
Przełomowe były obchody Tygodnia Powszechnej Modlitwy o Jedność Chrześcijan w styczniu 2002 r. – Zaproponowano mi wówczas wygłoszenie kazania w jednym z kościołów katolickich. Przyznam, że na początku gubiłem się w katolickiej liturgii, ale podpowiadano mi dyskretnie, gdzie mam przejść, kiedy usiąść, a kiedy wstać – mówi pastor Wisełka. – Już wówczas mieliśmy w sobie jakiś wewnętrzny niepokój, który nas połączył i popychał do działania, a przede wszystkim do tego, żeby się razem modlić. Wiedzieliśmy też, że ekumenizm nie może ograniczać się tylko do Tygodnia Modlitw – dopowiada metodysta.
Rozpoczęli więc wspólnie planować październikowe obchody pierwszego w Poznaniu Ekumenicznego Święta Biblii, a jednocześnie szukać odpowiedniej formuły dla działalności ekumenicznej. – Nie chcieliśmy tworzyć kolejnej instytucji, powstała więc mniej formalna, ale za to bardziej otwarta grupa, w której skład wszedł Kościół rzymskokatolicki i Kościoły skupione w poznańskim oddziale Polskiej Rady Ekumenicznej: prawosławni, ewangelicy augsburscy, metodyści i Kościół polskokatolicki. Dołączyli do nas również zielonoświątkowcy, a dwa lata temu baptyści. Arcybiskup Stanisław Gądecki pobłogosławił całemu projektowi i tak to się zaczęło – tłumaczy ks. Tomasz Siuda.
Takie były początki Poznańskiej Grupy Ekumenicznej, w ramach której duchowni różnych wyznań od 15 lat regularnie gromadzą się na spotkaniach modlitewno-roboczych, co jest ewenementem również w Europie. Przeżywają też wspólnie rekolekcje i przede wszystkim, jak podkreślają, otwarci na Ducha Świętego chcą być świadkami tego, że wiara w Jezusa Chrystusa powinna łączyć, a nie dzielić. To działania prekursorskie w skali kraju, bowiem zazwyczaj w lokalnych obchodach Tygodnia Modlitw uczestniczą jedynie dwa-trzy Kościoły. Z tych doświadczeń od kilku lat korzysta także Szczecin, gdzie powstało Forum Ekumeniczne, a poznańska działalność stała się inspiracją do powstania dwóch regionalnych oddziałów Polskiej Rady Ekumenicznej: w Kaliszu i w Kielcach.
W Poznaniu nikomu nie przeszkadza, że do kościoła metodystów przychodzi dość regularnie małżeństwo katolików, żeby posłuchać rozmów o Piśmie Świętym. – Nikt tam nie pracuje nad nimi, żeby dokonali konwersji. Ufam natomiast, że przez tę ekumeniczną modlitwę, stają się bardziej świadomymi katolikami – zapewnia ks. Jan Ostryk. – Nie robimy tu też żadnego uniwersalnego Kościoła. Nie oczekuję, że katolicy zmienią swoje dogmaty. Natomiast poznaliśmy się i nauczyliśmy się szanować jedni drugich – stwierdza pastor Piotr Wisełka. – Nie widzę więc problemu, kiedy jestem u katolików, żeby z szacunku zatrzymać się i skłonić przed tabernakulum, choć my wierzymy, że Pan jest w niebie.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code
  • awatar
    Wellingtones
    30.11.2018 r., godz. 15:17

    Na przełomie XX i XXI wieku w łonie Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego tylko na ziemiach polskich pojawiła się ciekawa myśl, by członkowie tej społeczności religijnej pozdrawiali się słowami: "Niech was Bóg błogosławi co dnia". To pozdrowienie przeszło także do poznańskich Metodystów, choć praktycznie jest nieznane u Baptystów, Adwentystów, w Świeckim Ruchu Misyjnym "Epifania", a także u Świadków Jehowy. Późniejszą sprawą było dodanie melodii nieznanego autora, by ów utwór muzyczny, w stylu przebudzenia amerykańskiego, zagrać na ślubie w Kościele Katolickim, lub na uroczystości dostojnej rocznicy ślubu w aranżacji muzykologa ks. prof. Heronima Chamskiego z diecezji płockiej. Wszystko jest bardzo piękne, tyle, że Kościół Katolicki w tym przypadku zamienia się w sektę cukierkowych piosenek, które, choć bardzo ładne, nie oddają tego co najważniejsze: pozostania Katolikiem do końca... Przecież w Kościele nikt nie będzie śpiewać ładnych piosenek Glenna Milera, Armstronga, Franka Sinatry, czy Edith Piaf.

  • awatar
    Joseph Henri
    22.09.2018 r., godz. 11:10

    Znacząca przewaga technologiczna świeckiego świata względem idei religijnych, rozwój zdrowotności ludzi poprzez sport (także ten osiedlowy) odebrał głos Kościoła i innych organizacji religijnych, także w sferze ekumenicznej w głoszeniu nowinek religijnych. W tym miejscu sekciarze jako ludzie poronieni umysłowo również zaniemówili względem świata świeckiego, choć byli oni powołani przez mędrców tego świata właśnie do tego by być religijnymi nowinkami względem Kościoła, a tutaj pozostały same niewypały, które jak takie klamoty zawadzają będąc jedynie balastem niechcianej przeszłości nie mając żadnego rozsądnego widoku na jakąkolwiek przyszłość. Po prostu ekumeniczna tragedia starszych dziadków, którzy tylko spotykają się przy kawie, by śpiewać sentymentalną pieśń "Wołga, Wołga"... Pieśń bardzo piękna, choć ile można śpiewać jedno i to samo???

  • awatar
    Herbert
    15.02.2018 r., godz. 10:16

    W kultowym już filmie zatytułowanym "Stawka większa niż życie" ukazany został w jednym z ostatnich odcinków problem działalności naukowej profesora Glassa z miasta Tolberg, którego doświadczenia wykorzystywane były przez III Rzeszę. W ostatnim momencie odcinka filmu zrozpaczony niemiecki profesor, wierny systemowi jaki ówcześnie panował w jego kraju, nadaremne wzywa pomocy polskich żołnierzy, którzy w dużej ilości przechodzili koło budynku, w którym został zatrzymany przez Hermanna Brunnera. Osoba profesora i jego badania naukowe nie miału już znaczenia właściwie dla nikogo, choć chwilę wcześniej jego osoba była warta bardzo dużo, skoro Brunner powiedział do Klossa: mam w ręku profesora Glassa, którego mogę oddać aliantom w zamian za własną wolność. Tak też niestety jest w chrześcijaństwie z ekumenizmem. 50 lat temu, gdy problem ekumenizmu był jeszcze świeży, był dla chrześcijaństwa bardzo atrakcyjny i może nawet perspektywiczny. Niestety "długie zęby" wielu starych biskupów spowodowały, że sprawa zaczęła się przeciągać w nieskończoność, tak, że dzisiaj ekumenizm jest jedynie starym kotletem nikomu do niczego już nie potrzebnym. Owszem: kultowe filmy może i mają jeszcze historyczne znaczenie, tyle, że kogo dzisiaj z młodzieży może obchodzić jakiś tam profesor Glass i jego badania nad bombami V2, gdy dzisiaj świat z techniką poszedł już o wiele dalej. Ekumenizm to jest zjazd starych weteranów w Monte Carlo, gdy nie jedna syrenka na ostatnich nogach dojechała do celu, naprawiana po drodze ze dwadzieścia razy, stawiając wielu Niemców, Włochów, czy Francuzów w osłupienie takim dziwactwem na nowoczesnej zachodniej autostradzie.

  • awatar
    Johannes
    13.02.2018 r., godz. 16:36

    Podczas wizyty papieża Jana Pawła II w Drohiczynie dnia 10.VI.1999 r. przedstawiciel Prawosławnych, nie bacząc na zaproszonych gości z różnych wyznań, zauważył, że miedzy wyznawcami Chrystusa były czasami nieporozumienia, jakby ta wiadomość podniesiona do rangi najwyższej, miała mieć w ogóle jakiekolwiek znaczenie akurat w momencie wizyty dostojnego gościa jakim był papież. Myślę, że nietaktów religijnych jest więcej, gdy w momencie śmierci papieża Jana Pawła II kilku przedstawicieli Prawosławnych miało swoje nie do końca jasne spostrzeżenia co do działalności Katolików w Rosji, jakby ta informacja miała być również akurat najważniejsza w chwili, gdy papież był jeszcze nie pochowany. A tak z innej strony: czy kogoś z Katolików obchodziły wizyty grekokatolickich papieży w Polsce: Grzegorza III Lahama z Kościoła Melchickiego z Antiochii w 2015 r., Bartłomieja I z Konstantynopola w 2010 r., czy Cyryla z Moskwy w 2012 r.? Tak więc ekumenizm w Polsce jest tylko chwilowym epizodem, który, po chwilowym zachwycie, musi odejść do lamusa historii. Wszelkie deklaracje pojednania są tylko miłym wspomnieniem pięknego spotkania religijnego, które po czasie nie będzie już przez nikogo pamiętane (niby kto miałby takie wydarzenia pamiętać i właściwie po co???).

  • awatar
    Elli
    04.01.2018 r., godz. 11:11

    Na ekumenizm należy spojrzeć jeszcze z innej strony. Oto spotykają się różne wyznania przy kawie, czy na modlitwie, właściwie nie wiadomo po co (chyba tylko po to, by media odnotowały "cudaczne i przepiękne spotkanie", na którym więcej wiatru hulało niż było uczestników). Przecież podpisuje się tylko wzajemne bez znaczenia prawnego deklaracje mówiące o tym, że wszyscy się szanują, ale nikt tak na prawdę nie dąży by była jakakolwiek realna jedność. Czy można wyobrazić sobie, by pięć różnych wyznań spotkało się w jednej świątyni by odprawić jedno doktrynalne nabożeństwo? Powiesz: marzenie przyszłości. Ja uważam, że poza pustymi deklaracjami, podpisywanymi bez końca, kiedy to archiwa będą zapchane nikomu nie potrzebnymi i nie czytanymi papierzyskami, nie dojdzie do żadnego kroku dalej, a wszystko na zasadzie, że każdy sobie własne życie skrobie (inni mnie nie tak naprawdę nie interesują i nich sobie żyją na własny rachunek). Tylko czy tak ma wyglądać ekumenizm?... Przecież to jest komedyjka kiedy to na przykład w jednym z kościołów kazanie głosi pastor, który tak naprawdę bardziej zna się na naprawie samochodów niż na teologii, a w innym kościele pastor opowiada, że jest znawcą tematu teologicznego nie dodając, że jego doświadczenie z teologią jest praktycznie żadne, a jego organizacja religijna w skali całego kraju liczy jakieś 100 osób (no dobre i to!!!). Albo młoda pastorowa - kobieta uczy starych dziadków przed śmiercią, że są niedokształceni, że powinni iść jeszcze do szkoły, nie dodając, że taka mówczyni sama powinna nauczyć się szacunku dla starszych, którzy ogłupieni przez życie zostali ochrzceni w bardzo sędziwym wieku, nie patrząc na stan ich życiowej świadomości. To jest tak, jakby w wojsku szeregowiec chciał pouczyć generała jak ma strzelać z pistoletu, dodając, że jak się nie zna, to niech się douczy... Ciekawa byłaby reakcja dowódcy jednostki względem podwładnego - ja wolałbym takiej sytuacji nie przeżywać! Dlatego też dojdzie zapewne do takich czasów, gdy stare papierzyska z archiwów posłużą jedynie za opał z paryskim metrze, by ogrzać bezdomnych, nie wnikając w szczegóły, co było w tych papierach zapisane w dobie jednej wielkiej cyfryzacji, która zniknie, gdy prąd się skończy.

  • awatar
    Engelbert
    07.12.2017 r., godz. 11:03

    Najbardziej braki z dziedziny ekumenizmu uwidoczniły się w Gnieźnie. Oto idę główną ulicą miasta - ul. Bolesława Chrobrego i widzę poniemiecki Kościół Garnizonowy a na nim niemieckie napisy. Pytam się starszych mieszkańców Gniezna: czy znacie treść napisów na tutejszych ewangelickich medalionach? Odpowiedź jest żadna, a nawet wielu woli nie patrzeć na ten zabytek stojący jak na wyciągnięcie ręki. Dalej: nawet księża nic nie mówią na temat tego zabytku podczas kazań, a mówi nam on przecież co mam zrobić by się nawrócić by zostać ostatecznie zbawiony. A więc najpierw muszę uznać Pana Jezusa za mojego zbawcę - pierwszy medalion z lewej strony od góry. A dalej jadąc w dół: mam się modlić przy drzwiach kościoła za króla, jego poddanych i wszystkich pozostałych którzy modlili się za moje nawrócenie. Ostatecznie mam przyjąć chrzest nota bene także w pięknej zabytkowej chrzcielnicy na której anioł czyta słowa Pisma św. Z prawej strony od góry dowiaduję się, że po chrzcie św. mam moralny obowiązek podziwiać przybytki Zebaoth, czyli Pana Zastępów w jego świątyni, a dalej słowami św. Pawła mam wysławiać Pana Jezusa w Psalmach, hymnach i pieśniach pełnych ducha - to ma być moja modlitwa. Ostatecznie dowiaduje się, że żyję jeszcze w nocy wiary, tak jak Nikodem przybył do Jezusa by dowiedzieć się, że kto nie ochrzci się z wody i ducha, ten nie wejdzie do Królestwa Bożego. Gdy nadejdzie Dzień Pański, moja wiara zniknie, a wszystko w co wierzyłem stanie się moją rzeczywistością w Panu. Pomyślmy: jaka piękna jedna myśl teologiczna? Zagadka ewangelicka sprzed lat zapisana w języku niemieckim, której całe szczęście Rosjanie nie zniszczyli w 1945 r. W tym wypadku niedokształcenie Rosjan wyszło nam na dobre, tyle, że niemieccy ewangeliccy turyści cieszą się, że pozostał tak piękny zabytek z niemieckiego Gnesen z 1913 r. A czy Polacy - katolicy i do tego księża umieją docenić ten zabytek?... Tragedią jest to, że zasłona milczenia istnieje w Grodzie Lecha i to w czasach, gdy mamy ekumenizm i gdy żyjemy w strefie Schengen, gdy nie ma już granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej. Pocieszające jest tylko to, że identyczne drzwi istnieje także w Kościele w Berlinie Wschodnim, w dzielnicy Mitte. a więc jeszcze w DDR. Przy dawnym Ministerstwie Spraw Zagranicznych Honeckera istnieje Friedrichswerdersche Kirche, w którym to miejscu nabożeństwa były odprawiane tylko w latach 1983-1987, a tamtejszy ewangelicki proboszcz miał pod sobą aż trzy berlińskie parafie (wiernych niestety zabrakło). Ów proboszcz też w Berlinie nie zapamiętał religijnego znaczenia pięknego zabytku.

  • awatar
    Johann Elli
    29.07.2017 r., godz. 15:15

    Artykuł jest napisany całkiem przyzwoicie, choć pewne szczegóły mogą człowieka drażnić. Szkoda, że na początku nie przypomniano sytuacji z 1972 r. kiedy to pastorzy: Jan Walter [Kościół Ewangelicko-Augsburski], Jan Kus [Kościół Ewangelicko-Metodystyczny] i Stefan Rogaczewski [Kościół Chrześcijan Baptystów] spotkali się ekumenicznie po raz pierwszy u poznańskich Dominikanów, co zapisało czasopismo "W drodze" w 1974 r. Jadąc ul. Grunwaldzką widać jak na dłoni kościoły innych wyznań. Chyba tylko człowiek niedokształcony nie zwróciłby uwagi na omawiany przez nas problem. Prawdą jest, że przed II Soborem Watykańskim wszystko co niekatolickie uznawane było za "kocią wiarę". Natomiast określenie "Babilon" w stosunku do Kościoła Katolickiego słyszałem nie tak dawno jeszcze u Świadków Jehowy. Możemy dodać tylko potężną laicyzację w Wielkopolsce, gdzie spada znacznie ilość wiernych niemalże wszystkich wyznań, szczególnie wśród członków Świeckiego Ruchu Misyjnego "Epifania", Baptystów czy Stowarzyszenia Badaczy Pisma św. (w skali całej Polski te procenty są nieco inne). Najbardziej podoba mi się kaplica cmentarna w Parku Manitiusa przy ul. Grunwaldzkiej 48, gdy wspomnę, że w tej starej kaplicy byli przecież Ewangelicy augsburscy, Katolicy rzymscy Parafii św. Jana Kantego, Katolicy Parafii Polskokatolickiej, a ostatnio Ewangeliczny Kościół Reformowany. Powstaje na koniec tylko jedno pytanie: kogo to wszystko właściwie może jeszcze obchodzić? Młodzież? Bądź poważny i zapomnij człowieku o sprawie! Młodzież woli iść na piwo, mecz piłkarski, czy kupić telefon komórkowy, nowy model spodni jeansowych (szczególnie panienki muszą ładnie wyglądać na dyskotece). Robotnicy z fabryk? Człowieku - ty chyba za siebie nie możesz! Przecież robotnik mający na utrzymaniu rodzinę, po wielu godzinach pracy położy się prędzej do łóżka po wypiciu piwa, niż miałby zająć się ekumenicznymi dywagacjami, które zawsze będą mu obce, do niczego nie potrzebne w codziennym życiu. Tak więc raczej chrześcijański ekumenizm skazany jest na śmierć. Przecież wielu duchownych pamięta jeszcze czasy komuny, kiedy to wszystko musiało być pod kontrolą Urzędu do Spraw Wyznań. Także spotkania ekumeniczne musiały być przecież pod odpowiednią kontrolą. O tym dzisiaj już się nie pisze. Dodajmy, że wielu młodych chrześcijan dąży w kierunku ewangelikalnym i przyjmowania sakramentu chrztu w wieku dojrzałym, co szczególnie podoba się ruchom badackim. W świecie katolickim coraz więcej dzieci jest nieochrzconych, nie znających podstawowych zasad swojej wiary, gdy nawet zrobienie znaku krzyża zaczyna być problematyczne. A gdzie tu ekumenizm?...

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki