Logo Przewdonik Katolicki

Mediacje szansą na pojednanie

Dorota Niedźwiecka
Fot. Dorota Niedźwiecka

Rozmowa z Manuelą Pliżgą-Jonarską, mediatorem rodzinnym

Czy w momencie, gdy zaczynamy się zastanawiać nad rozwodem lub jesteśmy już w trakcie postępowania, warto skorzystać z mediacji?
– Dla mnie mediacja jest spokojnym, bezpiecznym, neutralnym miejscem do rozmowy i wzięcia odpowiedzialności za swój związek. Jeśli dwie osoby chcą, lecz nie wiedzą, w jaki sposób się porozumieć, a podejmowane przez nich próby nie przynoszą skutku – warto. Mediacja to pomoc osoby, która umożliwi spojrzenie „z boku”  na sprawę, zobaczenie jej z innego punktu widzenia, pokaże nowe przestrzenie do rozwoju. Często także zwróci uwagę na potrzeby dzieci, słabo dostrzegane przez rodziców w konflikcie.
 
Mediacja to zdecydowanie coś innego niż terapia. A mówi Pani o podobnych efektach – dotyczących poprawy komunikacji. W jaki sposób osiąga się te efekty?  
– Małżonkowie rozmawiają przez mediatora: to pomaga ostudzić emocje i doprecyzować przekaz, nazwać swoje potrzeby, zaproponować rozwiązania. Zadanie mediatora polega na słuchaniu każdej ze stron i nazywaniu tego, co słyszy, innymi słowami. Zwykle stronom łatwiej jest przyjąć treści od kogoś niezaangażowanego w konflikt. Osoba, która mówi, ma okazję „usłyszeć siebie” w innym kontekście i sprawdzić, czy wypowiada dokładnie to, o co jej chodzi. Zadając pytania, mediator pomaga ustalić, co jest ważne, a co mniej ważne w konflikcie, odkryć, czy w omawianym problemie chodzi mi o wyrzucanie śmieci czy o wartości życiowe, o czas spędzany razem, o dzieci czy o sprawę sprzed dwóch lat, która jeszcze mnie boli.
 
To metoda podobna do coachingu?
– Jest dużo elementów wspólnych. To, w jakim dokładnie stylu pracuję, ustalam ze stronami. Niektórzy oczekują bardziej dyrektywnego prowadzenia (dotyczy to głównie tych, którzy z usług mediatora korzystają, by ustalić elementy ważne dla zawarcia ugody w sądzie), inni – wolą prowadzenie rozmowy polegające na udzielaniu informacji zwrotnej.
 
Rozumiem, że w praktyce wygląda to tak: para siada po jednej stronie, Pani po drugiej…
– Małżonkowie mówią, zwracając się do mnie. Moim zadaniem jest „bezstronność” lub – może precyzyjniej – „wielostronność”.
 
Wielostronność, czyli?
– Czyli zrozumienie wszystkich stron: także nieobecnych a zaangażowanych w sprawę, np. dzieci. Moim zadaniem jest prowadzenie rozmowy tak, by  potrzeby wszystkich stron zostały uwzględnione i żeby strony same doszły do rozwiązań (ja ich nie podsuwam). Wierzę, że strony są ekspertami, wiedzą najlepiej, jakie mają potrzeby i możliwości. Pracujemy na potrzebach świadomych.
 
Otwieranie się przed obcą osobą dla wielu może nie być łatwe.
– To, co najważniejsze: praca z mediatorem jest poufna do tego stopnia, że w momencie, gdy mediacja się nie powiedzie, nie możemy powołać mediatora na świadka przeciwko sobie nawzajem w procesie cywilnym. To, o czym rozmawiamy, zostaje w czterech ścianach. Wyjątek stanowi pisana do sądu ugoda – którą współredagują małżonkowie.   
Drugą zasadą pracy jest dobrowolność. W każdym momencie każdy z małżonków może z niej zrezygnować lub na jakiś czas zawiesić – nawet jeśli zostaliby skierowani do mediacji przez sąd. Każdy z nich sam decyduje: czy ufa mediatorowi i jak długo bierze udział w mediacjach. Może być tak, że skorzysta tylko z pierwszego, objaśniającego spotkania. Ta metoda broni się sama: uczestnicy mają możliwość samodzielnie się do niej przekonać. Praktyka pokazuje, że jest to jeden z najbardziej skutecznych sposobów trwałego rozwiązywania konfliktów rodzinnych.
 
Jaka jest skuteczność mediacji?
– Od 75 do 90 proc. w zależności od formy badania – tyle uczestników na świecie jest zadowolonych z mediacji. Jeśli małżonkowie wezmą udział w 2–3 spotkaniach, to są w stanie rozwiązać 70 proc. kwestii spornych – wyliczyła moja koleżanka z Irlandii Północnej. Co ważne, sprawy są rozwiązywane szybko, bo na termin u mediatora nie czeka się długo.
 
„To wracanie do przeszłości”, „rozdrapywanie ran”, „niepotrzebna autoanaliza” – wyobrażam sobie, że mogłabym mieć takie uprzedzenia.
– Istotne jest, że podczas mediacji nie szukamy winnego. Nie patrzymy wstecz: kto, gdzie zaczął i jak zawinił. Nie ma też „grzebania w przeszłości”. Wychodzimy z założenia, że dziś jest pierwszy dzień nowego życia pary, która ustala, jak chce, by jej przyszłość wyglądała. Para robi konkretny plan: ustala, co i kiedy wykona, żeby można było się tego trzymać. Ten moment pracy lubią szczególnie panowie.
 
W Polsce nie ma prawnego obowiązku podjęcia mediacji przed rozwodem.
– Zgadza się. Natomiast sąd może skierować do mediacji, jeśli widzi, że jest szansa na pojednanie. Mediacje małżonkowie przeprowadzają na własny koszt.
 
Kiedy najlepiej przyjść na mediacje?
– Jak najszybciej, zanim jeszcze złożymy pozew. A w wielu wypadkach może okazać się, że do rozwodu nie dojdzie.


Manuela Pliżga-Jonarska – mediator m.in. w sprawach rodzinnych. Jest autorką i koordynatorką międzynarodowych projektów dotyczących mediacji i rozwiązywania konfliktów, trenerem kompetencji mediacyjnych, autorem studiów podyplomowych Mediacje Rodzinne i Małżeńskie, wykładowcą na wrocławskim Uniwersytecie SWPS.
 
 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki