Zmartwychwstanie Chrystusa to centralne wydarzenie w dziejach zbawienia. Od wieków bogatym przeżyciom liturgicznym Wielkiego Tygodnia towarzyszą w Polsce malownicze zwyczaje i obrzędy ludowe, z których część przetrwała do naszych czasów.
Fenomen bóstw umierających, a potem powracających do życia, występował już w legendach przedchrześcijańskich ludów starożytnych. Ich śmierć następowała, zazwyczaj - stosownie do cyklu pór roku - jesienią, a powstanie z martwych na wiosnę, w okresie gdy przyroda budzi się do życia. Religioznawcy do grona owych bóstw zaliczają m.in.: greckiego Dionizosa, sumeryjskiego Tammuza, perskiego Mitrę, egipskiego Ozyrysa, babilońskiego Bel-Marduka, fenickiego Adonisa, czy frygijskiego Attisa.
Ale dla nas najważniejszym odniesieniem jest...
święto Paschy
Dla Żydów było ono wspomnieniem wyjścia z niewoli egipskiej. Święto to obchodził Pan Jezus i apostołowie, a także pierwsi chrześcijanie. Od II w. Pascha nabrała dla wyznawców Chrystusa innego wymiaru i przybrała postać święta uobecniającego mękę, śmierć i zmartwychwstanie Zbawiciela, dzięki czemu przeszliśmy z niewoli grzechu do wolności dzieci Bożych.
Spór o datę obchodzenia Wielkanocy toczył się przez wiele lat. Dopiero Sobór Nicejski w 325 r. ustalił, że Wielkanoc należy obchodzić po pierwszej wiosennej pełni Księżyca, a więc pomiędzy 22 marca a 25 kwietnia. Są to więc święta ruchome, wyznaczające terminy innych świąt ruchomych: Zielonych Świątek, Bożego Ciała czy Trójcy Przenajświętszej.
Bywają lata, w których Święta Wielkanocne zbiegają się z pierwszymi dniami wiosny...
kiedy lud przepędzał zimę
Jej personifikacją - a także prasłowiańskiego demona śmierci - była słomiana kukła, nazywana „marzanną”, albo „śmiercichą”. Obnoszono ją po całej wsi, a potem palono albo topiono w wodzie. Kościół uważał, że to rytuał pogański, toteż w 1420 r. synod poznański apelował do kapłanów: „Nie dozwalajcie, aby w niedzielę, która zwie się Biała, Laetare, odbywał się zabobonny zwyczaj wynoszenia jakowejś postaci, którą śmiercią nazywają i w kałuży topią”. Na przełomie XVII i XVIII w. kukłę zaczęto więc nazywać „judaszem”. Zrzucano ją w Wielką Środę z wieży kościelnej, wleczono przez wieś na postronku, obijając kijami, a potem palono albo topiono.
Wielki Tydzień pobudzał wszystkich wiernych do większej pobożności. Przykład dawali czasem możni, jak choćby małżonka króla Zygmunta III, Konstancja Austriaczka, o której Gołebiewski pisał, że: „przez cały Wielki Tydzień zwiedzała ubogich i chorych, udzielała wsparcie, a w Wielki Piątek obchodziła groby i całą noc przepędzała w kościele, aż do zaśpiewania w Sobotę o północy Alleluja!”
Dawnym zwyczajem w Wielką Środę po ciemnej jutrzni - kiedy to odmawianiu psalmów towarzyszyło wygaszanie kolejnych świec w kościele – księża uderzali...
brewiarzami i psałterzami o ławki
Miało to upamiętniać zamęt, jaki nastał na świecie po śmierci Chrystusa. Zdarzało się, że do kościoła wtargnęła grupa niesfornych młodziaków i – naśladując dobrodziejów – tłukła kijami o ławki tak długo, aż ich kościelny nie pogonił. Podobnie bywało w Wielki Czwartek: gdy w kościele brzmienie dzwonów zastępował dźwięk kołatek, młokosy „przepędzały judasza”, hałasując na drogach grzechotkami i trajkotkami.
W tym czasie po domach wypiekano już chleby, kołacze i ciasta świąteczne, a jeśli kto nieproszony zajrzał do kuchni był przepędzany, aby nie zauroczył wypieków. Tego dnia wypieki zanoszono na groby, a na rozstajach dróg rozniecano ogniska, aby zmarli mogli się ogrzać. O poranku w Wielki Piątek smagano się nawzajem rózgami, pokrzykując: „Za Boże Rany biją dziś barany!”. W domach wszystkie lustra i obrazy zasłaniano czarnym płótnem, a w kierunku kościołów - w których trwały kwesty – ciągnęły procesje kapników i biczowników.
Gdy nadchodziła Wielka Sobota gospodynie już od świtu uwijały się...
przy paleniskach
Przygotowywały wędliny, mięsiwa, mazurki i „agnuski”, czyli baranki wielkanocne. Potem wszystko stroiły obficie bukszpanem i potrawy zanoszono do poświęcenia. Obyczaj nakazywał, aby wszystkie prace przedświąteczne zakończyć do południa. Wtedy bowiem wygaszano paleniska i rozniecano je dopiero ogniem wziętym w czasie rezurekcji ze świecy paschalnej. Gospodarze przygotowywali w tym czasie karmę dla zwierząt na święta, a chłopaki wyprawiały pogrzeb obrzydłym specjałom wielkopostnym. Garniec żuru wylewano do dołu, symulując lamenty, zaś śledzia wieszano na suchym konarze.
Dziewczęta zaś ślęczały nad zdobieniem pisanek, kraszanek, malowanek i naklejanek. Podanie głosiło, że św. Maria Magdalena głosząca apostołom, że Pan powstał z martwych, wręczała im jajka, które w jej koszyku zabarwiły się na czerwono. A potem wykluły się z nich pisklęta, które pofrunęły w świat niosąc..
wieść o Zmartwychwstaniu
W Niedzielę Wielkanocną o poranku wszyscy podążali na Rezurekcję, bo zgodnie z przysłowiem: „W Wielkanoc nawet największy ciura idzie do kościoła”. Okazałą liturgię wielkanocną wieńczyła uroczysta procesja wokół świątyni, ze śpiewem radosnego: „Alleluja!”, po której urządzano autentyczną kanonadę. Każdy strzelał na wiwat przy użyciu tego, co wcześniej przygotował: armatki, strzelby, pistoletu, albo „z klucza”. A kiedy salwy ustały z pośpiechem wracano do domów, pieszo albo zaprzęgami, aby jak najszybciej zasiąść przy suto zastawionych świątecznych stołach.
Zaczynano od modlitwy, życzeń i dzielenia się święconym jajkiem, a biesiadowanie trwało długie godziny. Skorupy chowano, bo wierzono, że dla ludzi będą lekiem do okadzania przy bólu zębów, a dom i obejście uchronią przed gryzoniami. Kości zaś miały być dla psów i kotów ratunkiem przed wścieklizną. W przerwach między jedzeniem bawiono się, najczęściej w wybitki, czyli pojedynki na jajka; kto po uderzeniu jednym o drugie zachował całą skorupkę ten wygrywał – oczywiście jajko. Inna zabawą było toczenie jaj po desce do otworów. A najbardziej dorodne święcone jajo chowano, aby po jakimś czasie położyć je na łanie pszenicy, co miało zwiastować, że ziarno osiągnie podobną wielkość. Natomiast w miastach kultywowano zwyczaj pielgrzymowania do siedmiu kościołów, w celu nawiedzenia grobów Pańskich.
W Poniedziałek Wielkanocny trwał...
śmigus i dyngus
Woda lała się wszędzie przez cały dzień, toteż nazywano go także „oblejem”, albo „świętym lejkiem”. Gospodarz o świcie skrapiał wodą święconą pole, używając kropidełka z poświęconych palemek. W pałacach i dworkach panicze polewali młode damy perfumami z flakonów, zaś po wsiach młodziaki dokazywały z wiadrami, a niejedna pannica z piskiem wylądowała w strumieniu albo stawie. Całe to mokre szaleństwo miało upamiętniać rozpędzanie wodą przez Żydów uczniów Jezusa rozprawiających z przejęciem na ulicach Jerozolimy o Jego zmartwychwstaniu. A może było reminiscencją wiosennych obrzędów oczyszczających z czasów pogańskich? Ksiądz Benedykt Chmielowski na łamach „Nowych Aten” wywodził, że lany poniedziałek to pamiątka po Wandzie co Niemca nie chciała: „A że damy jej froncymeru, za panią żałując, wodą się polewały co rok, stąd w Polszcze zwyczaj polewania się na Wielkanoc wniesiony...”
Śmigusowi towarzyszył dyngus. Otóż chłopaki wyruszały po dyngusie, odwiedzając chatę po chacie z drewnianym barankiem, albo kurkiem, wyśpiewując: „Przyszli my tu po dyngusie, zaśpiewamy o Jezusie/ W Wielki Czwartek, Wielki Piątek/ cierpiał Pan Bóg za nas smętek/ Za nas smętek, za nas rany, a boć my to chrześcijany!”. W niektórych regionach „dynguśnicy” wyruszali już kilka dni wcześniej, np. w Krakowskiem był to chłopak siedzący na kiju nazywany „konikiem” albo „puchernikiem”, a w Radomskiem – żak osmalony sadzami.
We wtorek dziewczęta brały odwet na chłopakach i to oni umykali przed strumieniami wody. A potem stroiły świecidełkami oraz barwnymi wstążkami gałązkę świerku albo sośniny i wędrowały po wsi z zielonym gaikiem. W Krakowie zaś trwała „rękawka”, podczas której mieszczanie ze szczytu kopca - legendarnej mogiły Kraka – spuszczali poświąteczne pęta kiełbasy, jabłka i rozmaite łakocie, zaś u podnóża żacy i parobczaki starali się je pochwycić.
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!













