Poprawka z klimatu

Wzrost wydatków na bezpieczeństwo sprawił, że Unia Europejska postanowiła dokonać rewizji swojej polityki klimatycznej. W szczególności dotyczy to Europejskiego Systemu Handlu Emisjami.
Czyta się kilka minut
Gwałtowna burza z gradobiciem spowodowała znaczne szkody – widoczne połamane drzewa, Tymowa, Dolny Śląsk, 5 czerwca 2025 r. fot. PIOTR DZIURMAN/ REPORTER/east news
Gwałtowna burza z gradobiciem spowodowała znaczne szkody – widoczne połamane drzewa, Tymowa, Dolny Śląsk, 5 czerwca 2025 r. fot. PIOTR DZIURMAN/ REPORTER/east news

Zmiany klimatyczne jakie są, każdy widzi. Trzeba mieć klapki na oczach, by nie dostrzegać błyskawicznej ewolucji klimatu, który dostosowuje się do działalności człowieka jeszcze szybciej, niż człowiek u zarania dziejów zaadaptował się do niego. Zmiany klimatyczne bywają nazywane „globalnym ociepleniem”, co robi tematowi dużą krzywdę, gdyż sprowadza skutki tego zjawiska do wzrostu temperatur. W ten sposób wątpiący mogą snuć teorie o uprawianiu pomarańczy nad Wisłą, a każdy miesiąc z temperaturami niższymi od średniej kwitują „no i to jest właśnie to całe ocieplenie”, myląc klimat z pogodą.

Tymczasem zmiany klimatu mają znacznie dalej idące skutki, a czasem mogą objawiać się wręcz gwałtownym obniżeniem temperatury, gdyż znacznie częściej dochodzi do tzw. załamania pogody, a przy okazji do powodzi czy huraganów. Zmiany klimatu wywołują również fale migracji, gdyż kolejne obszary świata przestają się nadawać do zamieszkania. Pod palącym słońcem nie tylko trudniej jest funkcjonować na co dzień, ale też chociażby uprawiać żywność lub zapewniać sobie stały dostęp do wody.

Dotychczas forpocztą walki ze zmianami klimatu była Unia Europejska, której się za to obrywało od części Europejczyków. Zaostrzająca się rywalizacja międzynarodowa sprawiła, że pojawiły się nowe priorytety, takie jak wydatki zbrojeniowe. Dlatego też UE postanowiła dokonać rewizji swojej polityki w tym względzie, a w szczególności Europejskiego Systemu Handlu Emisjami (EU-ETS), który od 2028 roku miał zostać rozszerzony.

Coraz mniej brunatna

Październikowy szczyt Rady Europejskiej, składającej się z przywódców wszystkich państw członkowskich, miał kilka wiodących tematów. Jednym z nich była oczywiście wojna w Ukrainie i dalsza pomoc finansowa dla Kijowa. Żeby wygrać z Rosją, potrzeba jednak dużo pieniędzy, dlatego też głównym tematem szczytu stała się rewizja polityki klimatycznej. Dla wielu państw, szczególnie tych opierających energetykę na węglu i niemających dużego potencjału czerpania energii z wody, wiatru lub słońca, transformacja w kierunku dekarbonizacji już jest bardzo kosztowna, a koszty te jeszcze znacznie wzrosną.

Największym z tych państw jest Polska. Modernizacja polskiej infrastruktury energetycznej postępuje, ale wciąż zbyt wolno. Mimo wszystko znajdziemy w ostatnim czasie wiele pozytywnych informacji. Przede wszystkim w zeszłym roku udział węgla w miksie energetycznym spadł do najniższego poziomu w historii III RP. W 2024 roku wygenerowaliśmy z węgla kamiennego i brunatnego łącznie 56,2 proc. prądu wytworzonego w Polsce. Rok wcześniej było to niespełna dwie trzecie, a jeszcze kilka lat temu trzy czwarte. Spadło też nominalne zużycie węgla: pomimo zeszłorocznego wzrostu zużycia energii o 2 proc., węgla spalono o 14 proc. mniej niż w 2023 roku. Rekordowy był również udział OZE w produkcji prądu w Polsce. Z wiatru, słońca, a w mniejszym stopniu z wody i biomasy, wytworzyliśmy niespełna 30 proc. energii. Same farmy wiatrowe wniosły do miksu 14 proc., a fotowoltaika 9 proc. OZE po raz pierwszy prześcignęły węgiel brunatny, i to bardzo znacząco, gdyż spalanie tego najbrudniejszego paliwa zapewniło 21 proc. energii elektrycznej.

Wciąż największym źródłem jest węgiel kamienny (35 proc.), ale od OZE dzieli go już tylko ponad pięć punktów procentowych. Jest całkiem możliwe, że w którymś z najbliższych lat to OZE wdrapie się wreszcie na pierwsze miejsce, tym bardziej że przez Polskę budowana jest obecnie ogromna farma wiatrowa na Bałtyku. Ograniczanie udziału węgla będzie też wspierane poprzez rozwój energetyki jądrowej. Uruchomienie pierwszej dużej instalacji atomowej nad Wisłą to kwestia końca przyszłej dekady, ale polskie firmy podpisują już kontrakty na budowę małych reaktorów jądrowych (SMR) dla poszczególnych zakładów pracy czy grupy lokalnych podmiotów. Instalacja SMR jest znacznie mniej czasochłonna, więc w okresie przejściowym to one mogą znacząco odciążyć system. Tym bardziej, że wesprą one głównie energochłonny przemysł.

Wypływające pieniądze

Niestety są też złe informacje. Skutkiem ubocznym odchodzenia od węgla jest wzrost importu. W 2024 roku aż 45 proc. zużytych w Polsce surowców sprowadziliśmy z zagranicy. W 2014 roku było to 29 proc. Łącznie zapłaciliśmy za sprowadzane paliwa kopalne 112 mld zł, z czego prawie jedna trzecia popłynęła do Arabii Saudyjskiej, a po kilkanaście procent do Norwegii i USA. Rosja została już z Polski niemal całkowicie wyrugowana. Umiarkowanie istotne są już tylko dostawy gazu LPG, którego z Rosji pochodziła ledwie jedna setna zużycia. Jesteśmy też importerem netto energii wytworzonej. Dzięki zintegrowanemu systemu unijnemu Polska nieustannie sprzedaje i kupuje niewielkie ilości energii, zależnie od lokalnego zapotrzebowania. W 2024 roku sprzedaliśmy za granicę 13,25 TWh prądu, jednak kupiliśmy od sąsiadów (głównie Szwecja, Niemcy i Czechy) 15,21 TWh. Nasz deficyt w tym względzie wyniósł więc 1,96 TWh. Trzeba jednak pamiętać, że to jest zaledwie nieco ponad jeden procent całego rocznego zużycia (171,3 TWh).

Dekarbonizacja, jeśli nie ma się skończyć dalszym wzrostem importu surowców, czyli też dalszym wypływem pieniędzy z kraju, powinna zmierzać do ekspansji energii odnawialnej, szczególnie wiatrowej, gdyż w tym obszarze mamy największy potencjał. Trzeba też rozwijać energetykę jądrową, także małe reaktory SMR, gdyż zużywają one bardzo małe ilości surowca, a i sami posiadamy pewne złoża uranu.

Unia Europejska założyła ambitny plan dojścia do całkowitej neutralności klimatycznej w 2050 roku. Nie oznacza to, że w ogóle nie będziemy emitować CO2, bo byłoby to niemożliwe. Po prostu w każdym z krajów członkowskich wielkość emisji powinna się bilansować z lokalnym pochłanianiem dwutlenku węgla, dzięki krajowym lasom i coraz częściej rozwijanym technologiom wyłapywania CO2i składowania go, zwykle pod ziemią. Niedawno przeforsowano jednak cel pośredni, jakim jest ograniczenie emisji netto o 90 proc. do 2040 roku. Jednym z celów polskiego rządu jest rezygnacja z tego pośredniego etapu, by większy wysiłek czekał nas dopiero w piątej dekadzie, czyli „za pięć dwunasta”. Ten polski postulat ma realne szanse przejść, gdyż według premiera Donalda Tuska popierają go również Francja i Włochy (oczywiście premier może się też „mijać z prawdą”, co już przynajmniej kilka razy mu się zdarzyło).

Aaaa, kupię uprawnienia

Największe kontrowersje wzbudza jednak unijny system sprzedaży praw do emisji dwutlenku węgla. To jest tak naprawdę główny mechanizm dekarbonizacji, a cała reszta jest tylko jego uzupełnieniem. Twierdzenie przez prawicę, że to zielony komunizm, jest zupełnym niezrozumieniem tematu. Unijny system walki ze zmianami klimatu jest arcykapitalistyczny, gdyż UE oparła go na mechanizmie rynku handlu uprawnieniami do emisji, którymi można nawet spekulować w celu zarobienia na wzroście cen, co robi znaczna część występujących na nim podmiotów. Ta spekulacja jest zresztą głównym zarzutem wobec EU-ETS, gdyż może prowadzić do nagłych skoków cen.

Dotychczas EU-ETS obejmuje tylko przemysł, energetykę i lotnictwo komercyjne. Odpowiadają one jednak tylko za część emisji. Znaczną część wydzielają również ciepłownictwo i transport. Od 2028 roku rachunki za ciepło, paragony i faktury wystawiane na stacjach paliw oraz ceny surowców do spalania w domowych źródłach ciepła, według pierwotnych planów, powinny zostać obciążone zapłatą za emisję CO2. Cena tony węgla grzewczego mogłaby wzrosnąć o około 400 zł. O kilkadziesiąt złotych wzrośnie przeciętny rachunek na stacji paliw. Łączny koszt dla ciepłownictwa jest szacowany od 9,5 mld zł do niespełna 18 mld zł rocznie. Oznaczałoby to obciążenie gospodarki łącznie kwotą kilkudziesięciu miliardów złotych co roku. A jeśli dodać jeszcze do tego koszty termomodernizacji wynikające z towarzyszącej systemowi tzw. dyrektywy budynkowej, to rosną one już do setek miliardów.

Dla Polski byłby to gigantyczny wydatek, chociaż też inwestycja. Z czego to jednak sfinansować? Teoretycznie system powinien się bilansować, gdyż dochody ze sprzedaży uprawnień mają zostawać w kraju – głównie trafiają do budżetu na dalsze inwestycje klimatyczne, a reszta do tych firm, które skuteczniej ograniczają emisję, więc zostaje im nadwyżka do sprzedaży na rynku EU-ETS. Taki mechanizm ma przy okazji promować innowacyjne i nieszkodzące ekologii branże. Nie wszędzie da się jednak ograniczać CO2 w równym stopniu, więc wiele polskich firm musi dokupywać uprawnienia, czasem z zagranicy, więc netto dopłacamy do tego interesu kilka miliardów złotych rocznie.

„Jak obiecaliśmy, tak zrobiliśmy. ETS2 odłożony, a jego rewizję Komisja Europejska musi przygotować w najbliższym czasie” – napisał z dumą premier Tusk na X. W ostatniej kampanii Tusk raczej zapowiadał szybką dekarbonizację, a walka z ETS była domeną prawicy, więc wolta premiera jest naprawdę efektowna, ale szef rządu już przyzwyczaił do swobodnego operowania prawdą. Jak EU-ETS zostanie zmodyfikowane? Najprawdopodobniej bezpłatne uprawnienia do emisji przydzielane branżom będą hojniejsze, szczególnie dla takich krajów jak Polska. KE pracuje także nad wyrugowaniem części spekulantów, chociaż równocześnie wskazuje, że ich całkowite wyeliminowanie sprawiłoby mniejszą płynność na rynku, a więc też trudniejszy dostęp do uprawnień dla faktycznych emitentów. Mówi się też jednak o wprowadzeniu ceny maksymalnej, by nawet zorganizowana akcja spekulacyjna, jaka miała miejsce chociażby pod koniec 2021 roku, gdy ETS-y kosztowały w okolicach 100 euro za tonę, bijąc rekord za rekordem, nie doprowadziła do gwałtownego wzrostu rachunków. Obecnie cena wciąż jest dosyć wysoka, gdyż 4 listopada tego roku przebijała nieco granicę 80 euro za tonę ekwiwalentu CO2.

Każdy koszt ma dwa końce

Poza tym do końca dekady system EU-ETS w rozszerzonej formie będzie zapewne działać bezkosztowo albo bardzo łagodnie. Podobnie jak graniczny podatek węglowy CBAM, który teoretycznie już funkcjonuje, ale aktualnie firmy mają jedynie raportować wysokość należności, bez jej faktycznego uiszczania. Dzięki temu mają czas nie tylko na optymalizację kosztów, by się im CBAM zbilansował, ale też mogą spokojnie nauczyć się mechanizmów pobierania, rozliczania i przesyłania tej skomplikowanej należności. CBAM realnie wchodzi w życie od stycznia przyszłego roku i to się raczej nie zmieni, tym bardziej że jak każde cło wesprze on unijnych producentów. Data wejścia w życie EU-ETS 2 nie jest jeszcze znana, ale nawet jeśli nie uda się jej przesunąć do 2030 roku, to rząd wciąż może ugrać na tyle dużą liczbę bezpłatnych uprawnień dla ciepłownictwa, że przekroczy realne zużycie i ciepłownie nie tylko nie dopłacą, ale może nawet i trochę zarobią (albo zostawią na później, gdy parasol ochronny zostanie zdjęty). Może też wymóc wprowadzenie niskiego pułapu cenowego, na przykład na poziomie 50 euro za tonę CO2.

W obecnej sytuacji rząd nie ma wyjścia i musi próbować złagodzić unijną politykę klimatyczną, gdyż polski bilans finansów publicznych jest drastycznie obciążony już wydatkami zbrojeniowymi, które w żadnym kraju NATO nie są tak wysokie. Warto jednak pamiętać, że przesuwanie EU-ETS na kolejne dekady sprawi przy okazji, że w czwartej i piątej będziemy musieli wykonać znacznie większy wysiłek. Rozwiązaniem jest nie tylko rozwijanie OZE i atomu, ale też wprowadzenie mechanizmów ograniczenia zużycia energii. Tymczasem temat ograniczenia zużycia w Polsce niemal nie istnieje. Spór toczy się między tymi, którzy chcą wytwarzać dużo energii z węgla, a tymi, którzy też chcą wytwarzać jej dużo, ale z czego innego. Tymczasem każde zużycie energii obciąża środowisko, nawet jeśli jest z wiatru – ten wielki wiatrak i jego turbinę trzeba było przecież najpierw wyprodukować, sprowadzając podzespoły (o ile nie cały) z drugiego końca świata.  

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 46/2025