Długotrwałe konsekwencje

Wojna w Iranie winduje ceny ropy. Rządząca większość przegłosowała ustawę obniżającą ceny paliw, którą błyskawicznie podpisał prezydent. Choć na stacjach benzynowych ma być taniej, grożą nam niedobory i „turystyka paliwowa”, a na horyzoncie majaczy bolesny koniec ery taniego tankowania.
Czyta się kilka minut
Tyle trzeba było zapłacić za paliwo 31 marca, już po wejściu w życie ustawy obniżającej ceny paliw fot. Dawid Wolski/ East News
Tyle trzeba było zapłacić za paliwo 31 marca, już po wejściu w życie ustawy obniżającej ceny paliw fot. Dawid Wolski/ East News

Wojna w Iranie to jeden z najdziwniejszych konfliktów od wielu dekad. Została rozpoczęta przez USA bez żadnego wyraźnie nakreślonego celu. Pytany o to prezydent USA Donald Trump wielokrotnie zmieniał zdanie – raz chodziło o zmianę reżimu, innym razem o pacyfikację Iranu, a jeszcze innym o destrukcję jego potencjału jądrowego, chociaż podobno został on już zniszczony podczas „wojny dwunastodniowej” w 2025 roku. Co gorsza, wypowiedzi Trumpa i sekretarza wojny Pete’a Hegsetha były momentami wręcz infantylne.

Rządowe maksimum

Najgorsza jednak jest kompletna niespójność przekazu Białego Domu, którego komunikaty są zresztą regularnie dementowane przez Teheran. W związku z tym ceny ropy skaczą, jakby były na trampolinie. W pewnym momencie wyraźnie przebiły granicę 120 USD za baryłkę, trwale jednak sadowiąc się na poziomie około 100 dolarów, czyli znacznie wyższym niż przed wojną (ok. 70 USD). Co gorsza, nawet zatrzymanie działań zbrojnych w Iranie niekoniecznie przełoży się na szybki powrót do poprzednich cen.

W związku z globalnymi zawirowaniami na rynku ropy i rosnącymi kwotami widocznymi na pylonach przy stacjach większość rządowa przegłosowała ustawę obniżającą ceny paliw. Prezydent Karol Nawrocki podpisał ją błyskawicznie, i to w samolocie, gdyż wybierał się na konferencję amerykańskich konserwatystów CPAC w Teksasie. Ustawa wprowadza szereg zmian, które powinny przełożyć się na rachunki płacone przez kierowców. Stawka VAT na paliwo spadła z 23 do 8 proc., natomiast stawka akcyzy spadła do najniższego poziomu możliwego w UE – w przypadku benzyny oznacza to spadek o 29 groszy, a diesla o 28 groszy za litr. Poza tym uruchomiono bardzo kontrowersyjne rozwiązanie, czyli cenę maksymalną. Włącznie z podatkiem VAT w okresie obowiązywania ustawy cena maksymalna za benzynę PB95 to 6,16 zł za litr, PB98 to 6,79 zł, a oleju napędowego 7,60 zł (takie stawki obowiązywały 31 marca i będą regularnie aktualizowane).

Kwota maksymalna jest kontrowersyjna, gdyż ogranicza swobodę ustalania cen przez sprzedawców, a tym samym może prowadzić do niedoborów, ewentualnie reglamentacji paliw, jeśli ich sprzedaż stanie się nieopłacalna. Rząd postanowił jednak ją uruchomić, by spółki paliwowe oraz właściciele stacji nie skonfiskowali korzyści płynących z ograniczenia podatku i akcyzy.

Cała ustawa grozi również tzw. turystyką paliwową, czyli przyjazdem osób z zagranicy, szczególnie Niemiec, w celu zatankowania swoich pojazdów do pełna, a może i nawet kanistrów. Dla mieszkających przy granicy z Polską obywateli Niemiec czy Słowacji, gdzie ceny ustalane są w znacznie droższym euro, taka wycieczka mogłaby być opłacalna. To również mogłoby się przełożyć na niedobory, poza tym oznaczałoby to pośrednie finansowanie przez polski budżet obywateli innych państw. Premier Donald Tusk zapowiedział więc, że Ministerstwo Energii będzie monitorować tę kwestię, by ewentualnie móc na czas wprowadzić odpowiednie restrykcje. Pytanie tylko jakie, skoro w UE jest wspólny rynek i wolny przepływ towarów i ludzi.

Powrót do lat 70.

Aktualna sytuacja przypomina drugą połowę XX wieku, i to nie tylko dlatego, że rząd wprowadził rozwiązanie rodem z PRL-u. Przede wszystkim mamy do czynienia z kryzysem paliwowym przypominającym dwa tego typu wydarzenia z lat 70., po których cena baryłki ropy skoczyła ponad dziesięciokrotnie. Jeszcze na początku lat 70. kosztowała ledwie trzy dolary. W 1973 roku miała jednak miejsce wojna Jom Kippur Izraela z Egiptem i Syrią. Państwa arabskie wydały wtedy embargo na sprzedaż ropy wszystkim państwom wspierającym Tel Awiw. Gdy wydawało się już, że sytuacja się uspokoiła, w 1979 roku miała miejsce rewolucja w Iranie, po której władzę przejął reżim niechętny sprzedaży surowców energetycznych USA i ich sojusznikom. Finalnie cena baryłki ustabilizowała się na poziomie około 40 dolarów, co było szokiem dla całej globalnej gospodarki, której wzrost do tamtej pory napędzała ekstremalnie niska cena oleju naftowego. Doprowadziło to do szeregu zmian, takich jak zmniejszenie sprzedaży samochodów osobowych czy rozwój transportu publicznego w krajach Zachodu.

Według analizy głównego ekonomisty Pulsu Biznesu Ignacego Morawskiego obecna sytuacja bardzo przypomina szoki paliwowe z lat 70. i 80. Wojna w Iranie dotychczas wywołała spadek dostaw ropy o około 10 proc. Wciąż można je niwelować zużywaniem zapasów, więc per saldo konflikt z Teheranem skutkuje spadkiem dostępnego paliwa o 6 proc. Wojna Jom Kippur zmniejszyła podaż surowca o niespełna 7 proc., a rewolucja w Iranie o ponad 4 proc. W 1980 roku miała miejsce wojna między Irakiem a Iranem, która doprowadziła do spadku podaży o 4 proc., natomiast wojna w Zatoce Perskiej z 1990 roku o równe 6 proc. Tegoroczna wojna w Iranie trwa jednak dopiero ponad miesiąc, tymczasem skutki wymienionych wyżej wojen trwały znacznie dłużej. W przypadku wojny Jom Kippur, która trwała niespełna miesiąc, jeszcze pół roku później podaż ropy była niższa o 2 proc. Po rewolucji w Iranie wróciła do wcześniejszego poziomu dopiero po pół roku. Pozostałe konflikty skutkowały spadkiem podaży trwającym tylko kwartał.

Koniec epoki ropy

Według Ignacego Morawskiego odpowiedzialny rząd powinien nie tylko zainterweniować na rynku paliw, ale też zacząć uświadamiać obywateli, by zaczęli ograniczać jej zużycie. A to dlatego, że wzrost jej ceny oraz problemy z dostawami zostaną już z ludźmi na długo, a może i trwale. Tym bardziej, jeśli wojna się przedłuży.

W momencie pisania tekstu Donald Trump miota się od ściany do ściany. Z jednej strony przerzuca siły lądowe, przygotowując się do inwazji, a z drugiej zapowiada, że wymiksuje się z wojny nawet wtedy, gdy cieśnina Ormuz nie zostanie otwarta przez Iran. Oznaczałoby to, że ten ostatni trwale przejmie kontrolę nad żeglugą przez przesmyk, która dotychczas była swobodna i nie wiązała się z żadnymi opłatami. Teheran wśród swoich żądań stawia zresztą warunek, że zakończy ostrzał sąsiadów, jeśli będzie mógł pobierać opłaty od każdego tankowca. Obecnie nieoficjalnie mówi się, że przepuszcza statki, które zapłacą 2 mln dolarów. Dla wypełnionego po brzegi tankowca nie jest to szczególnie znacząca kwota, jednak sam fakt, że Teheran będzie mógł decydować, kto przepłynie bez przeszkód, a kto „dostanie z drona”, już w ogromnym stopniu komplikuje dostawy z Zatoki Perskiej, czyli globalnej stacji benzynowej.

Unia Europejska nie sprowadza znaczącej ilości ropy przez cieśninę Ormuz, robią to głównie państwa azjatyckie. Jednak na ceny paliw wpływa globalna sytuacja na rynku i światowych giełdach. Przecież ceny na polskich stacjach wzrosły błyskawicznie, mimo że dostarczano im paliwo z wypełnionych niemal w całości magazynów. Po prostu spółki paliwowe wyznaczają bieżące ceny na podstawie aktualnych warunków rynkowych, nawet jeśli sprzedają benzynę rafinowaną znacznie wcześniej.

Według raportu Forum Energii Transformacja energetyczna w Polsce. Edycja 2025 ropa odpowiada za 27 proc. zużycia energii pierwotnej w Polsce. Jej udział w miksie w ciągu dekady wzrósł o 2,5 pkt. proc. Według Międzynarodowej Agencji Energii (IEA) waga ropy będzie jednak spadać, gdyż za energetykę w coraz większym stopniu odpowiadać będzie prąd. Ma to związek z rosnącym znaczeniem wielkich centrów danych dla usług chmurowych, instalowanych na potęgę również nad Wisłą, ekspansją samochodów elektrycznych oraz tzw. internetu rzeczy. To niekoniecznie jest pocieszające, gdyż polska sieć energetyczna wymaga jak najszybszej modernizacji. Zanim do tego wreszcie dojdzie, lepiej zacząć oszczędzać na paliwie. Wyjdzie to na zdrowie nawet wtedy, jeśli skutki wojny w Iranie zanikną jeszcze w tym roku.  

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 15/2026