Zaskoczyło mnie zarówno to, że usiłowano tę sprawę politycznie wykorzystywać przeciwko tradycjonalistom – jak choćby, gdy wiceprzewodniczący Koalicji Obywatelskiej Roman Giertych zaatakował Grzegorza Brauna, twierdząc, że jako gorący zwolennik Bractwa Kapłańskiego Świętego Piusa X został ekskomunikowany i by powrócić do Kościoła, musi przejść przewidzianą prawem kościelnym procedurę. Uważam Brauna za szkodliwego radykała – o czym zresztą napiszę za chwilę – ale uważam, że zaprzęganie religii do politycznej batalii nie jest dobrym pomysłem.
I tu drugie zaskoczenie. Naprawdę nie spodziewałem się, z jaką łatwością wiele osób ze środowisk ultrakonserwatywnych czy tradycjonalistycznych zacznie sobie racjonalizować całą historię. Przypomnijmy, że mamy do czynienia z dość poważną sytuacją: mimo wyraźnego zakazu ze strony Rzymu i osobistego listu papieża Leona XIV bractwo następcy arcybiskupa Lefebvre'a zdecydowało się 1 lipca wyświęcić w Szwajcarii czterech nowych biskupów. Dokonali tym samym aktu schizmy, czyli odłączenia od Kościoła katolickiego, co sprawia, że zaciągnęli ekskomunikę, a sprawowane przez nich sakramenty są nieważne. Świeccy okazjonalnie uczęszczający na liturgie FSSPX zostali wezwani do powrotu na łono Kościoła, natomiast księża i aktywiści muszą złożyć wyznanie wiary i formalnie dokonać aktu powrotu pod skrzydła papieża. Tymczasem wiele osób związanych z tradycjonalistami przekonywało, że bliżej im do „prawdziwego Kościoła”, czyli nauczania Lefebvre’a, a nie kardynała Rysia. I to właśnie ta postać często była stawiana jako przykład tego, że to dzisiejszy Kościół jest schizmatycki, a nie lefebryści.
I wystarczyło przyjrzeć się bliżej, by zobaczyć, że rzeczywiście wśród najgorliwszych sojuszników Bractwa jest wielu polityków związanych z Konfederacją Korony Polskiej Grzegorza Brauna. Wiele osób zaangażowanych było wcześniej w działania antycovidowe, protestowało przeciw ograniczeniom sanitarnym czy szczepieniom. Ci sami ludzie później ostrzegali przed rzekomą „ukrainizacją Polski”. To z tych środowisk podniósł się największy krzyk, gdy polski episkopat opublikował przed kilkunastoma tygodniami list potępiający antysemityzm, autorstwa m.in. kard. Rysia. Co ciekawe, sporo osób związanych ze środowiskiem tradycjonalistycznym odrzuciło wówczas wprost nauczanie Kościoła z II Soboru Watykańskiego, które właśnie potępiło antysemityzm i podkreśliło, że nie można usprawiedliwiać prześladowania Żydów katolicką nauką.
To nie jest więc przypadek czy zbieg okoliczności. Tradycjonalizm to nie pogląd na sprawowanie liturgii czy też na zmiany w Kościele katolickim, które zaszły po soborze. To głęboko zakorzeniona radykalna, antynaukowa, antynowoczesna postawa, która chciałaby, by Kościół dziś okopał się w wojnie kulturowej ze współczesnością, zamiast dzielić się depozytem Objawienia. To dokładnie ta sama postawa, którą piętnował Leon XIV w encyklice Maginifica humanitas, mówiąc, że Kościół nie walczy o prawdę, bo ona nie jest terytorium, którego należałoby bronić, ale bogactwem, którym chce się dzielić z innym.
W tym sensie tradycjonalizm jest właśnie poglądem politycznym, a nie kwestią wiary. I stąd to moje drugie zdziwienie.
Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.
Rozpocznij od 14 dni bezpłatnego dostępu lub zakup subskrypcję od razu na rok i oszczędź pieniądze.







