Dzieło dwustronne

Potrzeba było 11 lat, by Grzegorz Turnau wrócił do nas z nową, autorską płytą. Zapewniam, że na kogo, jak na kogo, ale na niego warto byłoby czekać drugie tyle.
Czyta się kilka minut
FOT. MATERIAŁY PRASOWE
FOT. MATERIAŁY PRASOWE

Głos niepodrabialny. Jeden z tych, którego nie da się pomylić z jakimkolwiek innym, i tych, które momentalnie przywodzą na myśl wyłącznie rzeczy najmilsze. Ale nie tak tylko po wierzchu, wywołując przelotny uśmiech na twarzy, który trwa kilka chwil i znika w natłoku myśli codziennych; przywodzone rzeczy rozlewają się po ciele, przypominając ulubione wspomnienia i ludzi, smaki, zapachy i miejsca, a zwłaszcza ulicę Bracką i jej deszcz.

Potrzeba było blisko 11 lat, by Grzegorz Turnau wrócił do nas z nową, autorską płytą i zapewniam Państwa, że na kogo, jak na kogo, ale na niego warto byłoby czekać drugie tyle. Nakładem wydawnictwa Mystic Production 10 października ukazała się Szósta godzina – album-plaster miodu, album-okład z aloesu, album-antidotum na jesienne załamania atmosferyczne – i te na zewnątrz, i te w środku nas.

Czuła łagodność

Artysta nazwał tę płytę dziełem dwustronnym – z jednej strony lirycznym i melancholijnym, z drugiej – ironicznym i lekko pastiszowym. Słuchając jej, wyobrażałam sobie aksamit, na którym – w zależności od kierunku głaskania – mogą pojawiać się różne ślady – te bardziej i mniej gładkie, jaśniejsze i ciemniejsze. Turnau od lat jest dla mnie takim aksamitem właśnie – nie tylko przez wzgląd na niepodrabialną, jak już ustaliliśmy, barwę głosu (co ciekawe, mam poczucie, że bardzo mocno opiera się ona upływającemu czasowi; nie ma w tym nic dziwnego, że głos z wiekiem zmienia się, jego barwa może ciemnieje, może zyskuje pewnej chropowatości, innego wymiaru głębi – to skutek naturalnych procesów; głos Turnaua jest tak samo jasny, jak był na samym początku jego kariery, co sprawia, że można podejrzewać, że jest on w posiadaniu tajemnej formuły na ponadczasowość), ale i przez klimat, jaki otacza jego twórczość.

Szósta godzina składa się z 14 utworów. W sześciu z nich Turnauowi towarzyszyła Dorota Miśkiewicz, której głos jest jednym z najjaśniejszych punktów na nieboskłonie nie tylko polskiej, ale i europejskiej jazzowej sceny muzycznej. Ich duet kocham miłością największą od 2016 roku, kiedy po raz pierwszy usłyszałam ich wspólne wykonanie utworu Pod rzęsami z płyty Miśkiewicz o tym samym tytule. Tekst, melodia, wzajemne dopełnianie się interpretacyjne i barwowe – nie ma elementu, który jakkolwiek by nam w tym wadził, wszystko zgadza się idealnie. Ale jednocześnie ten ideał nie jest czymś nudnym czy przewidywalnym, powiedziałabym raczej, że dużo w nim ukojenia i czułej łagodności (która – nie wiem, jak dla Państwa – ale dla mnie zdecydowanie jest czymś, czego jesienią potrzebuję jeszcze bardziej niż kiedykolwiek).

Poranek z Turnauem

Myśląc o tytule, nasuwa mi się kilka interpretacji. Cenię sobie wieloznaczności w sztuce – czy to na poziomie tekstu, formy czy samej muzyki, bo mam poczucie, że otwiera nas to na różnorodne interpretacje i sprawia, że jeszcze łatwiej sięgnąć nam po to, co akurat nas porusza, co akurat nam coś robi; nie ma jednej właściwej ścieżki interpretacji i nie ma wąskiego, wyspecjalizowanego grona osób, które tę ścieżkę są w stanie zdekodować.

Pierwsza z nich, najbardziej naturalna – szósta godzina – to czas zawieszenia między jawą a snem, nocą i dniem. Dla niektórych to jedyny moment dla siebie, dla innych to czas powolnego rozbiegu. A jakby tak wyrwać w listopadzie jedną poranną godzinę i spotkać się wtedy z Turnauem? Co Państwo na to?

Druga wynika ze słów samego artysty, dla którego ta godzina stała się symbolem „sześćdziesiątki” życia – momentu refleksji i uważnego spojrzenia wstecz. To też może stać się impulsem do rozmyślań, może niekoniecznie w duchu dekadenckim (do którego tą porą roku jakoś naturalnie nas, prawda, ciągnie), ale z ciekawością, otwartością na wnioski i przemyślenia, które mogą sprawić, że ostatnie miesiące 2025 roku, wbrew wszystkiemu, przyniosą nam coś nowego.

Trzecia interpretacja to dla mnie historia o miejscu, w którym decydujemy się wreszcie wypuścić coś w świat. Po długim czasie udoskonalania, przychodzi szósta godzina, w której uznajemy – już wystarczy. Koniec walki z perfekcjonizmem, koniec uciszania własnego głosu. Czas na powrót do siebie.

Świat nadziei

Muzycznie Turnau nie zawodzi. Są tacy, dla którego jego przewidywalność bywa może nieco nużąca (jestem w stanie to zrozumieć, bo sama borykałam się swego czasu z podobnymi odczuciami względem Stanisława Soyki, co nie znaczyło oczywiście, że nie ceniłam jego twórczości, bo ceniłam ogromnie), ale są i tacy, którzy w tej powtarzalności odnaleźli swój rytm, poczucie muzycznego bezpieczeństwa i bliskości. Szósta godzina nie dokonuje żadnego przewrotu, nie ma tu nagłych zwrotów akcji czy formalnych zabiegów, które wywrócą nam twórczość Turnaua do góry nogami – jest on w pełnej swojej poetyckiej krasie, nostalgiczny i bajkowy, senny i refleksyjny. Całość jest spójna i dopracowana, nasycona znaczeniami i przemyślana.

Tekstowo mamy wielogłos – obok autorskich propozycji artysty znalazły się również wiersze m.in. Adama Zagajewskiego, Bronisława Maja (świetnego poety, ale i genialnego komika – jeśli nie znają Państwo jeszcze jego legendarnego skeczu o Pani Loli, szatniarce z Domu Literatów, polecam gorąco, jest na YouTube), Józefa Czechowicza i Leszka Aleksandra Moczulskiego.

Szósta godzina balansuje między tym, co minione, a tym, co jeszcze przed nami. W popremierowym wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” Turnau powiedział „(…) facet zastanawia się, czy lepiej zanurzyć się w mrok lasu i zniknąć, czy mimo wszystko pozostać w trzeźwym świecie nadziei. U mnie wybiera nadzieję”.

I tego nam życzę – czułości, nadziei i przekonania, że przed nami nadal dużo dobra, ciepła i czułości. A jeśli tylko poczują Państwo, że któregoś z tych zasobów zaczyna brakować – Szósta godzina przybędzie z odsieczą. Przyjemności!

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 46/2025