Dziesięć lat temu Mel Evans, brytyjska aktywistka i dziennikarka zajmująca się sztuką, napisała książkę, w której po raz pierwszy użyła pojęcia „artwashing”. Książka miała tytuł Artwash: Big Oil and the Arts. Evans pisała o tym, że wielkie koncerny naftowe stosują procedurę wybielania swojego wizerunku poprzez sponsorowanie wystaw sztuki i wydarzeń kulturalnych, przekazując na ten szczytny cel spore sumy. Aktywistka badała związek między finansowaniem dzieł sztuki a konkretnymi firmami, takimi jak BP czy Shell. Zastanawiała się, jak ten sponsoring działa na filantropię kulturalną i na niezależność artysty i sztuki. Pytanie jest bowiem poważne, bo dotykające etyki: czy można ową niezależność w ogóle utrzymać i czy za wszelką cenę? Odbiorcy jest wszystko jedno: jeśli nawet pomyśli, że to dzięki konkretnej firmie, której logo widzi na plakacie, wystawa sztuki się odbywa, to od razu otuli ową firmę ciepłym uczuciem. Jaka jest szlachetna, że dzieli się wpływami w tak szczytnym celu jak wystawa sztuki. Wszak cały świat jest nastawiony na komercję i kapitalistyczny wyzysk, a oto jest dowód na to, że nie do końca. W ten sposób osiągnięty zostaje cel: wybielenie. Warto mieć tego świadomość, że wielkich firm nie obchodzi sztuka, lecz właśnie ten efekt. A sponsoring sztuki jest ściśle wpisany w strategię pod tytułem: zobaczcie, jacy jesteśmy fajni. Albo chociaż: zobaczcie, wcale nie jesteśmy tacy źli.
O artwashingu jest głośno w ostatnich miesiącach w związku z dwoma wydarzeniami: Biennale w Wenecji i największą filantropijną imprezą Met Gala, z której dochód przeznaczony jest na rozwój Metropolitan Museum of Arts w Nowym Jorku.
Nie jesteśmy tacy źli
Nie wiem, czy jest sens sięgać aż do mecenatu, jaki roztaczała nad wielkimi artystami rodzina Borgiów czy Medyceuszy. Dzięki temu bardziej byli znani jako hojni donatorzy, przykrywając na wieki działania negatywne moralnie. A co powiemy na Andrew Carnegiego? Amerykańskiego przemysłowca, którego nazwisko znamy tylko dlatego, że imię jego nosi najsłynniejsza sala koncertowa w Nowym Jorku, gdzie występować chce każdy dyrygent i każdy muzyk? Andrew Carnegie przeszedł do historii jako wielki bogacz i filantrop, który miliony zarobionych przez siebie dolarów wydał na pomoc innym w dostępie do wiedzy. Ale był też winien krwawego stłumienia protestów robotników swojego koncernu. Odmówił rozmów ze związkami zawodowymi, które chciały wynegocjować poprawę warunków pracy i rezygnację ze zwolnień, wynajął strażników i pozwolił im strzelać, a robotnicy, którzy powrócili potem do pracy, musieli zgodzić się na mniejsze wypłaty. Ale czy ktoś o tym pamięta? Zamiast bezwzględnego kapitalisty znamy szlachetnego miłośnika sztuki. Proceder artwashingu jest znany od wieków i właściwie zgadzamy się na to, artyści i odbiorcy, w ramach niepisanej umowy. Sztuka potrzebuje pieniędzy, bo sama się nie sfinansuje. Pewnie, najlepiej by było, gdyby sponsorem został ktoś uczciwy i nieskazitelny, a do tego ktoś, kto nie ma żadnych wpływów politycznych, dzięki czemu artysta nie czułby się wykorzystywany i w tej sferze. W czasach PRL mecenat nad sztuką oparty był na państwie i partii, która miała całkowitą kontrolę nad życiem kulturalnym. To państwo decydowało o tym, kto był artystą (musiał spełnić określone warunki), gdzie wystawiał i za ile sprzedawał swoje dzieła. I wystawiennictwo, i handel dziełami sztuki odbywał się dzięki pośrednictwu instytucji podległych państwu. Niektórzy artyści tamtych czasów po 1989 roku nie umieli odnaleźć się w nowej rzeczywistości i uważali, że mogli wykonać swoje dzieła oraz osiągnąć sukces międzynarodowy dzięki państwowej „opiece”. Czy teraz artyści powinni zastanawiać się nad tym, kto sponsoruje ich wystawy, i czy powinni na to zwracać uwagę odbiorcy? Trzy lata temu w Lipsku miała miejsce wystawa „Sztuka cyfrowa od 1859 roku”, której głównym sponsorem była amerykańska firma Palantir Technologies, znana m.in. ze współpracy z agencjami rządowymi i wywiadowczymi oraz policją imigracyjną w USA. Początkowo zresztą ów sponsoring był utajniony, ale kiedy go ogłoszono, kilkuset artystów ogłosiło list protestacyjny, w którym m.in. odniosło się do postulatów jasnego sformułowania zasad finansowania i promocji wystaw sztuki.
Jesteśmy fajni
Obecnie antybohaterem artwashingu jest Jeff Bezos, czwarty najbogatszy człowiek na świecie, właściciel Amazona, na którym się wzbogacił, i kilku innych przedsiębiorstw, w tym gazety „The Washington Post”. Bezos został wybrany na głównego sponsora i honorowego przewodniczącego tegorocznej Met Gali, która odbyła się kilka tygodni temu, co spotkało się z protestami nie tyle uczestników tej imprezy, która od lat nazywa się „widowiskiem próżności”, ile organizacji pozarządowych i aktywistów. Wpływy z Met Gali finansują Instytut Kostiumów Muzeum Sztuki w Nowym Jorku, który ma w swoich zbiorach kilka tysięcy cennych strojów i kostiumów, zajmuje się ich konserwacją i badaniami naukowymi, gromadzi dokumentację i wiele cennych książek dotyczących mody. Met Gala, nad którą kilkadziesiąt lat temu patronat objęło pismo „Vogue”, zamieniła się w ciągu ostatnich lat w najbardziej ekskluzywne widowisko, w którym biorą udział celebryci ubrani w stroje nawiązujące do tematu wystawy zorganizowanej z tej okazji. Nie wystarczy więc zapłacić 100 tys. dolarów za bilet, a 350 tys. dolarów za stolik. Trzeba się jeszcze odpowiednio ubrać w suknię za podobną cenę oraz mieć odpowiednie nazwisko, bo tylko wyselekcjonowane i zaproszone osoby mają możliwość kupna biletów. Więc kiedy gwiazdy przymierzały naszyjniki i poddawały się wielogodzinnym przymiarkom, na ulicach Nowego Jorku protestowali obywatele, przeciwstawiając się wybielaniu szkód wynikających z nadmiernego bogactwa i poprawianiu wizerunku. Szczególnie dużo mieli do powiedzenia pracownicy firm Bezosa, który wydaje ogromne sumy na lobbing antypracowniczy. Warunki pracy i jej niestabilność są znane w takich firmach jak Amazon.
Kiedy więc patrzymy na celebrytki w kostiumach, które kosztują niewyobrażalne pieniądze, warto pamiętać, kto za tym stoi i dlaczego na ulicach Nowego Jorku pojawiły się plakaty: „Bezos Met Gala: wyprodukowana przez wyzysk pracowników”.
Wszystko wraca do normy
Artwashing może być wykorzystywany także przez polityków, czego przykład obserwujemy obecnie w Wenecji, gdzie w Biennale wzięły udział takie kraje jak Rosja (po raz pierwszy od wybuchu wojny z Ukrainą) czy Izrael. Jeszcze przed otwarciem miały miejsce społeczne protesty, sprzeciw wyraziło ponad dwadzieścia państw, a UE wycofała dofinansowanie. Organizator Biennale uważał, że jest wierny zasadzie, że sztuka jest ponad polityką i nie wydaje wyroków. Członkinie jury więc ogłosiły, że w konkursie nie będą brały pod uwagę państw, których przywódcy oskarżeni są o zbrodnie przeciwko ludzkości przez Międzynarodowy Trybunał Karny, a w przeddzień otwarcia ostatecznie w ogóle podały się do dymisji, w związku z czym w tym roku w ogóle nie zostanie przyznana nagroda Złotych Lwów. Fundacja Biennale jednak wybrnęła z tego impasu, powołując do istnienia nagrodę publiczności. W geście solidarności z jury z konkursu wycofało się niemal stu artystów biorących udział w Biennale, w tym Polacy. Protest polegający na zamknięciu na kilka godzin pawilonów w dniu otwarcia dotyczył również pawilonu polskiego. Artyści (Bogna Burska i Daniel Kotowski) i kuratorzy (Ewa Chomicka i Jolanta Woszczenko) napisali w wyjaśnieniu, że ich decyzja jest wyrazem solidarności ze społecznościami dotkniętymi wojnami i przemocą i zachęcili do odwiedzenia i wsparcia pawilonu ukraińskiego. Tegoroczne Biennale w Wenecji naznaczone jest szeregiem akcji protestacyjnych przed pawilonami Rosji i Izraela. Pod tym ostatnim demonstranci trzymali banery z napisem: „Żadnego artwashingu ludobójstwa”. Ukraiński minister spraw zagranicznych powiedział: „Kultura agresora nie jest neutralna w czasach wojny i nigdy nie może służyć interesom agresora, by wybielać jego zbrodnie i szerzyć propagandę”. Podczas otwarcia rosyjskiego pawilonu gości nie było wielu, ale ci, którzy weszli, zostali poczęstowani wódką i zaproszeni do tańca w rytmach poptechno. Udział w najważniejszej imprezie sztuki współczesnej na świecie takich państw jak Rosja czy Izrael to przykład wybielania przez sztukę, który chce powiedzieć światu: popatrzcie jak życie wraca do normy. Tyle że nie wraca.
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!













