Domek dla lalek

Kuchnia była miejscem zwierzeń, głębokich rozmów, rodzinnych zebrań, podejmowania decyzji.
Czyta się kilka minut
fot. Matthew Hatcher/SOPA Images/LightRocket/Getty Images
fot. Matthew Hatcher/SOPA Images/LightRocket/Getty Images

Dawno, dawno temu, gdy byłam małą dziewczynką, marzyłam o domku dla lalek. Takim dużym, drewnianym, piętrowym. Fascynowało mnie, że w takim domu widać było każdy pokój, bo to był taki dom bez frontowej ściany. Każde pomieszczenie – inny świat.
Nie mogę się dzisiaj opędzić od tej absolutnie nieadekwatnej myśli o domku dla lalek, gdy oglądam zdjęcia z Mariupola, Charkowa, Kijowa i tylu innych miast i miasteczek Ukrainy. Kilkupiętrowe bloki ze zburzonymi ścianami odkrywającymi wnętrza. Kolory ścian, wzory tapet, wersalki, fotele, powiewające firanki, abażury lamp. W każdym z pokojów ktoś żył, rozmyślał nad problemami, cieszył się z sukcesów albo narodzin dziecka, płakał po rozstaniach albo z tęsknoty, złorzeczył albo się modlił, głaskał psa, oglądał telewizor, spał, czując się bezpiecznie, albo z lękiem patrzył godzinami przez okno. Tysiące historii życia i śmierci, ludzkich losów podobnych do naszych.
Utkwił mi w pamięci zwłaszcza blok z odsłoniętymi wnętrzami kuchni. Ponieważ to blok, więc kuchnie były niewielkie i każda była tak samo urządzona. Lodówki stały przy oknach, więc kiedy zabrakło ścian, stały odwrócone do nas tyłem, pokazując to, co zwykle zakryte. Fronty szafek kuchennych różniły się kolorami, ale nie aż tak bardzo – przeważnie były białe lub drewniane. Wewnątrz nich z pewnością garnki, patelnie, talerze. Przypominam sobie, że w jednej ze swoich książek Swietłana Aleksijewicz pisała o tym, jak często rozmawiała ze swoimi bohaterami w kuchniach. Kuchnia była miejscem zwierzeń, głębokich rozmów, rodzinnych zebrań, podejmowania decyzji. To taki zwyczaj jeszcze z czasów ZSRR. Rodziny gromadziły się w kuchni, bo tam nikt nie podsłuchiwał. Siedziało się blisko siebie, wyciągało się z szafki butelkę i można było gadać. Taki rodzinny konfesjonał. Dziś odkryty, udostępniony każdemu, obnażony. A ludzie, którzy przy kuchennym stole roztrząsali problemy swojego mikroświata – wygnani. Lub zabici.
Śnią mi się te bloki ostatnio. I piwnice. Moja mama jest dzieckiem piwnicy, dzieckiem schronu, w którym siedziała, mając 2 lata, 5 lat i 7 lat. Całe dzieciństwo. Mówi się teraz o dziedziczeniu traum, o traumach pokoleniowych. Ja traumę mojej mamy odziedziczyłam, mimo że wojny osobiście nie doświadczyłam. Moje dzieci mają szansę żyć od niej wolne. A może miały szansę? Bo wojna w Ukrainie bardzo nas wszystkich dotyczy, burzy nasze poczucie bezpieczeństwa, naszą pewność życia w pokoju, nasze przekonanie, że nikomu na wojnie nie zależy, bo przecież wszyscy wiemy, że wojna to czyste zło! Nie znikną już z naszych wspomnień te osiedla domków dla lalek, które nie są do zabawy, tylko do płaczu.

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.

Wypróbuj za 1 zł przez miesiąc lub od razu zakup subskrypcję na rok i oszczędź pieniądze.

Polecane

Subskrypcja miesięczna

  • Nieograniczony dostęp do aktualnych treści oraz archiwum
  • Dostęp do treści przed wydaniem papierowym
  • Dostęp do aktualnych numerów w formacie PDF
  • Subskrypcja odnawia się automatycznie, rezygnujesz w dowolnym momencie
  • Po miesiącu próbnym 19,90 miesięcznie
1.00 zł

Subskrypcja roczna

  • Nieograniczony dostęp do aktualnych treści oraz archiwum
  • Dostęp przed wydaniem papierowym
  • Dostęp do aktualnych numerów w formacie PDF
  • Korzystasz ze wszystkich treści za znacznie mniejsze pieniądze 
  • Otrzymujesz 25% rabatu i oszczędzasz 66 zł
  • Tylko 3,33 zł za wydanie
172.90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 13/2022