Logo Przewdonik Katolicki

Późno nie znaczy gorzej

Szymon Żyśko
fot. Youtube

Trochę żartobliwie, a trochę z zazdrością nazywano go „pracownikiem ostatniej godziny”. Księdzem został dopiero mając 65 lat, w wieku, gdy większość jego rówieśników myśli o spokojnej emeryturze.

Swoje powołanie kapłańskie realizował jednak od najmłodszych lat. Jego życie to nie tylko materiał na dobry scenariusz filmowy, ale przede wszystkim wzór dla szukających. Kościół docenia późne powołania coraz bardziej, dając nam za wzór również ks. Alfonso Ugoliniego, przyszłego błogosławionego.

Tak zwane trudne dzieciństwo
Życie tego włoskiego księdza od początku było naznaczone trudnymi wydarzeniami i szukaniem swojego miejsca w świecie. Urodzony w 1908 r. we Francji Alfonso jako małe dziecko musiał opuścić dom. Zamożna do tej pory rodzina Ugolinich straciła dosłownie wszystko. W poszukiwaniu lepszego miejsca do życia dla swoich dzieci, rodzice zmuszeni byli przenieść się do Włoch. Tam nie od razu osiedli na stałe. Ojciec (Enrico) mógł liczyć jedynie na prace tymczasowe, w związku z tym, gdy kończyło się jedno zlecenie – najczęściej sezonowe – pakował bliskich i przenosił się z nimi do innego miasta. Po licznych przeprowadzkach Ugolini odnaleźli swoje stałe miejsce w Sassuolo. Poniekąd wymusiła na nich to rodzinna tragedia. Miejscowość ta stała się bowiem również miejscem pochówku jego matki. Gdy Alfonso miał 12 lat Maria Ugolini zmarła na gruźlicę.
Odejście starszej siostry Alfonsa do zakonu również było trudnym doświadczeniem. Od tego momentu ojciec i syn pozostali sami. Aby pomóc w utrzymaniu skromnego mieszkania Alfonso już jako dziecko łapał się najróżniejszych prac. Tymczasem Enrico często wyjeżdżał do nowej pracy, zostawiając syna samego. Bywały tygodnie, a nawet miesiące, gdy Alfonso był zdany jedynie na siebie. W okresie tym nierzadko musiał żebrać lub prosić o jałmużnę. W krótkim czasie jednak zmarł zarówno jego ojciec, jak i siostra – oboje prawdopodobnie również na gruźlicę. Jakby tego było mało, w końcu choroba dotknęła również 17-letniego osieroconego chłopaka. Czuł wtedy, że jest zupełnie sam na świecie, zapomniany przez wszystkich. Wydaje się jednak, że Bóg miał dla niego inny plan. W niewytłumaczalny dla ówczesnej medycyny sposób nastolatek odzyskał zdrowie i podskórnie czuł, że w jego życiu wydarzyło się coś o wiele większego. Odpowiedzi szukał w wierze. Tak trafił pod skrzydła swojego proboszcza, ks. Giuseppe Zanichelliego, który został jego kierownikiem duchowym. Ten widząc zapał i entuzjazm chłopaka oraz znając historię jego ubóstwa, zaoferował mu przede wszystkim pracę. Młody zdolny majsterkowicz został złotą rączką na parafii i zaczął zarabiać na swoje utrzymanie. Nadrabiał również braki edukacyjne.

Narkomanom, komunistom, ateistom
Ks. Giuseppe wykazał się w spotkaniu z Alfonsem nie tylko doskonałą intuicją, ale również mądrością i wrażliwością. Nie karmił młodzieńca rozpalonego wiarą historiami o kapłaństwie, nie podsuwał mu pomysłów na życie, nie naciskał. Dał mu przestrzeń i czas do tego, by odzyskał siły, poczucie własnej wartości i sam mógł odnaleźć odpowiedzi na nurtującego go pytania. Alfonso pokochał parafię z wzajemnością, a wierni mówili, jakim skarbem dla całej wspólnoty jest ten chłopak. W tym właśnie odnalazł on swoje pierwsze powołanie i jak pokazuje życie ostateczne – do aktywnego życia w Kościele. Był nie tylko człowiekiem od niemożliwych napraw, ale również powiernikiem, do którego po radę mógł się udać każdy. Proboszcz podsunął mu wtedy myśl, aby zainteresował się jednym ze świeckich instytutów i zdobył pełną formację duchową na tej drodze, którą obrał. Tak Alfonso został „Sługą Kościoła”.

Wydawał i pomnażał
W ciągu kilku lat z tymczasowej „złotej rączki” Alfonso stał się nie tylko głównym zakrystianem i sekretarzem parafii, ale również katechetą, wspomagając księży i zakonnice w misji nauczania. Alfonso, który doskonale znał smak biedy, nie potrafił być obojętny wobec niej. W pewnym momencie, gdy z powodu rozwoju zakładu ceramicznego w Sassuolo pojawiły się dziesiątki migrantów, on sam również podjął dodatkową pracę, aby zarobione pieniądze przekazywać potrzebującym. Z czasem założył „Braterską Pomoc Chrześcijańską”, docierając ze wsparciem do ubogich romskich dzieci w szkołach. Na zarzuty, że pomaga również narkomanom, komunistom i ateistom, odpowiadał: „Wszyscy oni są dziećmi Boga”. Był bardzo wyczulony właśnie na los najmłodszych, bo przed oczami wciąż miał własne doświadczenia i szansę, którą otrzymał.
Alfonso nie tylko dzielił się tym, co sam zarobił, ale również „żebrał” w imieniu tych, którzy wstydzili się prosić o pomoc. Na jego apele i zachęty zareagowali w końcu inni darczyńcy, a wsparcie było tak wielkie, że pozwoliło spłacić długi wielu ubogich. Za pozostałe datki Alfonso postanawiał postawić dziękczynną kaplicę pod wezwaniem Matki Bożej, którą od śmierci rodzonej matki uważał za swoją szczególną opiekunkę. To w niej dostrzegał swoje uzdrowienie przed wielu laty, jej dziękował za postawienie na swojej drodze proboszcza z Sassuolo. Wieść o „bożym bankierze”, który wydając pieniądze na ubogich, wciąż je pomnażał, dotarła w końcu do biskupa, który osobiście postanawiał podziękować mu za działalność charytatywną oraz wzniesienie kaplicy.

Zapomniał zostać księdzem
Przez lata ludzie towarzyszący Alfonsowi zadawali sobie pytanie, jak to możliwe, że człowiek tak zaangażowany w życie Kościoła nie jest księdzem. On sam odpowiadał najczęściej: „Każdy ma do zrobienia coś dla Kościoła dokładnie w tym miejscu, w którym jest”. Inni żartowali, że jest tak zapracowany, że przegapił wiek, w którym mógł wstąpić do seminarium. I rzeczywiście Alfonso nigdy nie myślał o tym, gdzie mógłby być, ale bardziej o tym, gdzie jest w danej chwili. Jego wiara była spełniona, nie żył tęsknotami. Pytanie to jednak nurtowało również biskupa. Tym bardziej że po spotkaniu z Alfonsem miał on poczucie, że spotkał człowieka, który żyje Ewangelią i ideałami kapłaństwa rozumianego jako służba. W końcu w 1972 r. zaproponował Ugoliniemu święcenia kapłańskie, a ten się zgodził.
Moment święceń kapłańskich był dla 65-letniego Alfonsa niezwykłym przeżyciem. Tego dnia obiecał sobie, że pozostałe mu lata życia odda jeszcze intensywniejszej pracy wśród świeckich i ze świeckimi. Przez niemal 26 lat swojego kapłaństwa nie było dnia, by wierni nie spotykali go w konfesjonale i przy ołtarzu. Nie zaniedbywał również ukochanych ubogich. Dał się poznać jako czuły, cierpliwy i wyrozumiały ksiądz, który zawsze miał czas. „Msza Święta jest esencją mojego dnia” – mówił wiernym, pytającym go, skąd ma w sobie tyle siły do pracy, pomimo wieku.

Ukryta skuteczność
Ks. Alfonso Ugolini zmarł 25 października 1999 r. Odszedł w wieku 91 lat spokojnie we śnie. Prócz metryki nic nie zapowiadało, że nadszedł jego czas. Do końca pozostawał bowiem aktywny na miarę swoich możliwości, pogodny i pełen nadziei. Żył tak, że nie musiał się specjalnie przygotowywać na ten moment i to też uśpiło czujność bliskich, dla których to wciąż było „za wcześnie”.
Święcenia kapłańskie dały ks. Ugoliniemu nowe narzędzia służby, ale nie sprawiły, że stał się kimś innym. Bardzo wcześnie odkrył on swoje powołanie, a było nim życie w Kościele i dla Kościoła. Wierni nazywali go kapłanem pocieszenia, bo nawet mając puste kieszenie, nie odsyłał ludzi z niczym. Dopóki starczyło mu sił, pomagał im aktywnie. Gdy zabrakło tych fizycznych, wciąż umacniał ich duchem i wiarą. Późne kapłaństwo odczytywał jako zaproszenie i szansę do tego, by być do kresu swoich dni dla innych. Modlitwa, której nigdy nie brakowało w jego codzienności, stała się w pewnym momencie jedyną rzeczywistością, w jakiej mógł jeszcze służyć. W tym podejściu przypominał on papieża Benedykta XVI, który zdając sobie sprawę z własnych ograniczeń powodowanych wiekiem, oddał resztę swojego życia modlitwie, a przez nią całemu Kościołowi.

Co nam, współczesnym wiernym, mówi życie ks. Alfonsa Ugoliniego? Że nasze powołanie nie ogranicza się do wyboru pomiędzy małżeństwem, kapłaństwem lub samotnością; że nie ma powołań lepszych i bardziej uprzywilejowanych; że późno nie znaczy gorzej. Odpowiedzią na pytanie o powołanie może być całe nasze życie widziane dopiero z perspektywy śmierci. To miliony małych zrealizowanych szans na to, żeby być po prostu człowiekiem, po prostu chrześcijaninem.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki