Logo Przewdonik Katolicki

Cena akceptacji dla wszystkich

Szymon Żyśko
Jako duchowny miał dar szybkiego zjednywania sobie ludzi i dostrzegania ich w tłumie. Dbał o osobiste i jednostkowe relacje, starał się znać imię każdego, kogo spotykał fot. WOJTEK LASKI/EAST NEWS

Kim dla polskich katolików był ks. Jerzy Popiełuszko, tym dla prawosławnych Rosjan jest o. Aleksandr Mień. Takich jak on nazywano pogardliwie przechrztami. Nie należał jednak tylko do rosyjskiej Cerkwi, on należał do Kościoła świata.

Był niedzielny poranek 9 września 1990 r. Ze stacji podmoskiewskiej kolei elektrycznej w Siemchozie asfaltową drogą podążał zakrwawiony mężczyzna w średnim wieku. Jego ciało było tak zmasakrowane, że wprawił w przerażenie napotkaną kobietę. W końcu dotarł do pobliskiego domu, gdzie upadł przed samą furtką i skonał. To o. Aleksandr Mień, prawosławny kapłan, na którego wyrok wydały komunistyczne władze. Jego śmierć poruszyła cały ówczesny Kościół prawosławny w ZSSR oraz wielu chrześcijan poza granicami Związku Radzieckiego. Każde chrześcijańskie wyznanie ma swoich męczenników. Tym, kim dla Kościoła katolickiego zwłaszcza w Polsce był ks. Jerzy Popiełuszko, tym dla prawosławnych Rosjan jest o. Aleksandr Mień. 

Deklaracja, która zmieniła wszystko
Urodzony w 1935 r. kapłan był dzieckiem rosyjskich Żydów. Matka, Jelena Cuperfejn, w tajemnicy przed swoim mężem ochrzciła siebie oraz swojego kilkumiesięcznego syna Aleksandra w pobliskiej cerkwi. Takich jak on nazywano pogardliwie przechrztami. Ojciec Władymir był zdecydowanym przeciwnikiem wiary. Choć wywodził się z żydowskiej tradycji, nie praktykował wyznania, a do chrześcijaństwa miał stosunek negatywny. Nigdy też nie zaakceptował wyboru życiowej drogi swojego syna, który będąc już 12-latkiem, czuł chęć poświęcenia się Bogu. To właśnie wtedy, do czego sam przyznał się w dorosłym życiu, miał mistyczne doświadczenie obecności Boga i świadomie przyjął wiarę w Chrystusa. 
Ateistyczny Związek Radziecki utrudniał, jak tylko mógł, ewentualnym kandydatom do kapłaństwa pójście tą drogą. Wymuszał na młodych mężczyznach przymusowe prace oraz służbę wojskową, prześladował wszelkie publiczne przejawy utożsamiania się z wiarą. Młody Aleksandr podjął więc decyzję, aby studiować biologię w Szkole Wyższej Futrzarstwa. Wraz z przymusową relokacją instytutu na Syberię spędził pewien okres życia w Irkucku, gdzie doświadczył cierpienia zesłańców i więźniów politycznych w pobliskim kołchozie. Miało to wpływ na jego postrzeganie wielu późniejszych spraw, a zwłaszcza komunizmu. Tam też poznał swoją przyszłą żonę Nataszę, z którą wziął ślub i miał dwójkę dzieci. Tuż przed zakończeniem studiów i obroną dyplomu doniesiono na niego, że pojawia się w cerkwi na nabożeństwie. Podczas egzaminu z marksizmu, który był obowiązkowym przedmiotem, zadano mu więc jedno pytanie: czy wierzy. Jego jasna deklaracja sprawiła, że otrzymał ocenę niedostateczną i wyrzucono go z uczelni. 

Serdeczny przyjaciel
Aleksandr wiedział, że odpowiedź na pytanie zadane przez komisję egzaminacyjną była więcej niż odpowiedzią na to jedno konkretne pytanie. Zdefiniowała ona całą jego przyszłą drogę. Toteż po powrocie do Moskwy wbrew woli ojca wstąpił do seminarium duchownego. 1 września 1960 r. otrzymał święcenia kapłańskie oraz swoją pierwszą parafię, której proboszczem został już rok później. Jako duchowny miał dar szybkiego zjednywania sobie ludzi i dostrzegania ich w tłumie. Dbał o osobiste i jednostkowe relacje, starał się znać imię każdego, kogo spotykał. Pewnie dlatego stał się ojcem duchowym i spowiednikiem tak wielu ludzi. Nawet zmieniając parafie, podążali za nim, bo ich relacje przekraczały granice doradztwa duchowego. To była serdeczna przyjaźń. Wierni, którzy go znali, powtarzali też, że „nikogo nie kochał bardziej, wszystkich tak samo”. 
O. Mień miał w sobie ogromną lekkość bycia, starał się nie zarażać innych swoim lękiem i zwątpieniem, nawet gdy dookoła panowała paranoja na tle podsłuchów zakładanych przez władzę. Żartował wtedy: „Niech słuchają, może się czegoś nauczą”. Gdy kot jednej z bliskich znajomych uległ wypadkowi, a ta w pierwszym odruchu położyła go pod ikoną, aby odzyskał zdrowie, ludzie zaczęli mówić, że to świętokradztwo. „No i co się stało? Szczerze wierzący człowiek mógłby położyć pod ikonę również świnię” – skomentował krótko te złośliwości o. Mień. Kochał jeździć podmiejską kolejką, która już wkrótce miała stać się jego ostatnim życiowym przystankiem. Jeździł razem z biedotą, ludźmi uzależnionymi, poranionymi, agresywnymi. Wyłapywał ich z tłumu i łagodził konflikty, rozmawiał, dodawał otuchy. „Ratował jednych przed drugimi” – mówili o nim ludzie. 
O. Aleksandr Mień był człowiekiem o szerokich horyzontach. Komunizm nie był przygotowany na jego otwarty i zawsze szukający drogi środka umysł. Te niezwykłe intelektualne zdolności wykorzystywał w służbie ludziom, dbając o ich rozwój. Wbrew ówczesnej władzy politycznej, a także nie zawsze z przychylnością władz rosyjskiej Cerkwi, zaangażował się w ekumenizm i dialog międzyreligijny. „Chrześcijaństwo było dla niego całością, akceptował wszystkich: katolików, protestantów. Nie mieścił się w Cerkwi, która w ostatnich latach stała się ciasna. O. Aleksandr nie należał do rosyjskiej Cerkwi, on należał do Kościoła świata. Ta wolność nie dawała spokoju wielu ludziom przychodzącym do niej” – mówiła w filmie dokumentalnym Żenia Bierienina, parafianka i bliska znajoma kapłana. Zdaniem o. Aleksandra „każda religia jest drogą do Boga; domyślaniem się Boga, przybliżaniem do Niego”. „To wektor skierowany z dołu do góry” – powtarzał wiernym. 

Przekraczanie granic
Ta idea mocno w nim rezonowała i dlatego powołał ekumeniczne spotkania paschalne, aby jednoczyć rosyjskich chrześcijan. Ponad podziałami przekonywał do chrześcijańskich wartości, które uznawał za uniwersalne i fundamentalne dla cywilizacji. Był bardzo znany w środowisku moskiewskiej inteligencji, a rozmowy z nim i jego wystąpienia cenili również przedstawiciele ateizmu. Wśród jego przyjaciół jeszcze z czasów młodości warto wymienić takie osobistości jak choćby pisarz noblista Aleksandr Sołżenicyn i światowej sławy reżyser Andriej Tarkowski. Sztuka była mu niezwykle bliska, a artystom powtarzał, że „stosunek do wieczności, do Boskiego stworzenia świata, do siebie samego, jest istotą kultury”. Popularność ta sprawiła, że stał się pierwszym duchownym zaproszonym do publicznej komunistycznej telewizji. Warunek był jednak jeden – miał nie używać słowa Bóg. Mówił więc o wartościach w taki sposób, że każdy doskonale wiedział, gdzie mają swoje źródło.
O. Mień nie dzielił ludzi na lepszych i gorszych według statusu lub wykształcenia. U wszystkich dostrzegał ten sam głód wiedzy oraz braki. Właśnie dlatego jego celem stało się kształcenie teologiczne i katechizacja wiernych. Tłumaczył na język rosyjski książki zachodnich teologów i pisma, aby poszerzać horyzonty wewnątrz prawosławia. Doceniał wkład przedstawicieli wszystkich chrześcijańskich denominacji. Na jego twarzy malował się wyraźny smutek, gdy mówił o podziale Kościoła. Ta myśl go wyjątkowo gnębiła. 

Pętla
Zaciskała się wokół o. Mienia coraz bardziej. Władza postrzegała go jako zagrożenie. Zaczęto go śledzić, pojawiły się pierwsze fałszywe oskarżenia o korupcję, nielegalną sprzedaż ikon. W końcu regularnie wzywano go do siedziby KGB w Moskwie na przesłuchania, które trwały godzinami i miały uniemożliwić mu pracę wśród ludzi. Swojej znajomej Natalii Trauberg zwierzył się, że nawet polubił te przesłuchania. Nauczyły go, „jak odpowiedzieć w zgodzie z prawem, żeby wygrać w ich własnej grze”. Długo zabiegał o pozwolenie na legalny wyjazd, aby móc nawiązać kontakt z zachodnim chrześcijaństwem. W 1988 r. otrzymał wyczekiwany paszport i wyjechał w swoją pierwszą podróż. Jako cel obrał Polskę, spędzając czas m.in. u zakonnic w ośrodku dla głuchoniemych w Laskach. Spotkał się również z przedstawicielami katolicyzmu i prawosławia.
Po powrocie do ZSRR próbował rozwinąć niedzielny uniwersytet teologiczny i było to jego ostatnie dzieło, o czym jeszcze wtedy nie wiedział. W niedzielny poranek 9 września czekał jak zawsze na pociąg, aby jechać do parafii. Miał przy sobie tylko walizeczkę z paramentami liturgicznymi i szaty. Na stacji podszedł do niego nieznajomy mężczyzna i wręczył mu karteczkę. Miało to odwrócić uwagę kapłana. Gdy ten sięgnął po okulary, aby ją przeczytać, z pobliskich krzaków wyskoczył kolejny mężczyzna, tym razem uzbrojony w topór i do nieprzytomności pobił o. Aleksandra. Kapłan, który się ocknął, próbował jeszcze wrócić o własnych siłach do domu. Zmasakrowany szedł publiczną drogą. W końcu skonał u wejścia do własnego domu, gdzie odnalazła go przed furtką żona Natasza. Był tak pobity, że nie rozpoznała go od razu, ani nawet gdy milicja zapytała ją o to kolejny raz po wezwaniu na miejsce. Śmierć o. Mienia poruszyła parafian, którzy czekali w tym czasie w cerkwi, aż przyjedzie ich proboszcz odprawić nabożeństwo. O tej śmierci wbrew władzy mówiło się w całym ZSRR. Przyciśnięty do muru Chruszczow zabrał głos i obiecał, że sprawcy zostaną zidentyfikowani i ukarani. Nigdy jednak do tego nie doszło, a KGB robiło wszystko, aby winę zrzucić na przypadkowy atak przez człowieka z zaburzeniami psychicznymi. Prawda była jednak oczywista i powszechnie znana – latami zastraszany i podsłuchiwany kapłan stał się ofiarą komunistycznych służb.


„Człowiek to brzmi dumnie, choć nie zawsze. Człowiek to istota tragiczna. W tym jest jego piękno. Ewangelia ujawnia jego przeznaczenie, drogę i sens. Każda jednostka odzwierciedla w sobie wieczność. Nie ma niewartych ludzi, bez znaczenia. W oczach Boga każdy ma swoją szczególną wartość” – mówił w swoich rozważaniach. Uniwersytet teologiczny dla prostych wiernych, o który tak zabiegał, otwarto trzy tygodnie po jego śmierci w lokalnym domu kultury o nazwie „Sierp i młot”.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki