Logo Przewdonik Katolicki

Katastrofa za trzy grosze!

Adam Gajewski
fot. Adam Gajewski

Epidemia, kryzys, przesilenie rządowe, konflikt cywilizacji, groźba światowej wojny – te kasandryczne pojęcia krążą dziś uparcie w naszych głowach. Współczesne internetowe „czarne prognozy” mają swoje papierowe prototypy, które powstały… sto lat temu.

Fantaści, utopiści, myśliciele, reformatorzy i surowi sędziowie ludzkości złapali za pióra! Pesymiści i optymiści. Grafomani i błyskotliwe talenty. I tak już od wieków, bo badacze datują polską literaturę fantastyczną – w formie rozmaitych wzorcowych utopii czy też posępnych dystopii, fabularyzowanych moralitetów – co najmniej od stronic Jana Podworzeckiego (1550–1613), który wyrzucał współczesnym, iż przepuścili dorobek „starych czasów”, kiedy rzekomo „z kiełbas płoty pleciono”. Brzmi tutaj echo europejskiego mitu Krainy Pieczonych Gołąbków – świeckiej arkadii próżniaków i obiboków. Utopia Tomasza Morusa pobudziła tylko twórców pragnących pod płaszczem literatury reformować, ostrzegać i wyklinać. Społeczne „fantazje” pozostawili po sobie Andrzej Frycz Modrzewski, król Stanisław Leszczyński, ekonomista Wojciech Gutkowski, pijar Michał Dymitr Krajewski, a potem już cała plejada romantyków, emigrantów, tuzów Młodej Polski i literatów międzywojnia.
Przy tych ostatnich chciałbym się dziś zatrzymać, sięgając do pamiątek po pisarzach „groszowych” – wydawanych w tanich, masowych nakładach, które kształtowały jednako świadomość właśnie mas. Ich najczęściej katastroficzne wizje dziś można już zestawić z wiedzą historyczną, co wzbudza niekiedy uśmieszek politowania, ale w nierzadkich wcale przypadkach podziw dla trafnego zrozumienia „ducha czasu”. Podobny fenomen dzieje się teraz – ile razy w ostatnich dniach czytamy o książkach czy filmach „przewidujących światową pandemię”?!
Nie za artyzm będzie się potencjalnie cenić owe utwory – jedynie za trafiony pomysł lub zlekceważoną przestrogę.
 
Ugotowani w technoświecie
W upowszechnianiu „groszowych antyutopii” międzywojnia ma swoje zasługi również Księgarnia św. Wojciecha. Tutaj w roku 1924 ruszył druk i sprzedaż Miasta Światłości – powiastki napisanej przez prawnika, filozofa i historyka sztuki Mieczysława Smolarskiego. Pierwszy nakład od razu potężny – 80 tys. egzemplarzy, co dowodzi chyba sporej potrzeby czytelniczej. „Dobrze nie będzie” – ostrzega masy Smolarski, kreśląc krajobraz Podhala wyjałowiony światową wojną, rozpętaną oczywista przez niepohamowanych ludzi nauki. Prymitywne szczepy ocalonych z pożogi zderzają się z Miastem Światłości – enklawą nowoczesności, gdzie pracą zajmują się głównie maszyny (czeskie słowo „robot” robi już wówczas karierę międzynarodową!), darmowa żywność nie pochodzi z farm, lecz z fabryk, a wszelka odzież wykonana jest z tworzyw sztucznych. Czy odnajdujemy tu elementy „krajobrazu” XXI wieku?
Technokracja „świetlistego” miasta nie daje jednak szczęścia – ludzie gnuśnieją, zamiera przyrost naturalny, zanika duchowość. Naukowcy stoczą co prawda z „dzikimi” bitwę zwycięską, ale sami wpadną w pułapkę swoistego „efektu cieplarnianego” – rozgrzane instalacje bojowe wyemitują do środowiska niszczycielski żar. Samozagłada nowoczesności.
Polska powieść znana jest koneserom science fiction na całym świecie przez zarzut plagiatu, jaki autor sformułował wobec Aldousa Huxleya, którego Nowy wspaniały świat zawiera zaskakująco wiele podobieństw.
 
W Platanii, czyli nigdzie…
„Żeby mnie nawet sam pan sędzia śledczy pytał, nie powiem gdzie się znajduje piękny kraj, zwany Platanją, powiem że nie chcę, nie wiem i w ogóle proszę odczepić się odemnie pod tym względem” – z humorem zaznaczył w pierwszym zdaniu powieści Rok przestępny Jan Karczewski (pisownię zachowałem oczywiście oryginalną). Cała zresztą wydana w roku 1931 książka jest doprawdy wirtuozerskim pamfletem politycznym, jakże zjadliwym i celnym w atmosferze polskich dylematów wyborczych roku 2020.
Włodarze Platanii tak zapamiętale ścierają się w Sejmie, że dla wyjścia z impasu tworzy się Platanusa – prezydenta automatycznego, „głuchego na wszystko co nie jest prawem”. Karczewski, który pisał utwór w aurze zaciekłego sporu sanacji z centrolewem, obśmiewa sprawiedliwie wszystkie znane mu obozy polityczne. Widać to pięknie w zabawnym opisie dyskusji parlamentarnej nad wyrazem twarzy projektowanego „auto-prezydenta”:
„Nacjonaliści żądali kategorycznie, aby była ona wymodelowana na blondyna z niebieskiemi oczami, gdyż takimi według tradycji byli dawni mieszkańcy niziny platańskiej przed wpływami etnicznemi przyniesionemi zwłaszcza w czasach wojen dawnych i nowożytnych.
Agrarjusze wprowadzili do powyższego poprawkę, by typ platański uzupełniony był cechami charakterystycznemi dla mieszkańców wsi, opalenizną i żywemi rumieńcami.
Socjaliści żądali, miast twarzy, tarczy z symbolem młota i kowadła.
Żydzi wnieśli protest kategoryczny przeciw nadawaniu głowie państwa jakichkolwiek cech zbyt charakterystycznie rasowych i radzili rozpisać konkurs wśród artystów z zagwarantowanem równouprawnieniem artystów mniejszościowych”.
Miał Karczewski nerw(y) sprawozdawcy z ulicy Wiejskiej…
 
Zderzenie cywilizacji
Gdy zestawić Bolesława Żarnowieckiego z pisarzami wzmiankowanymi wyżej, trzeba by dwutomową powieść Rok 1974/Rok 1975 wpisać bezlitośnie w rejestr literackiej ramoty, szmiry. Chyba jednak nie o miejsce wśród twórczej bohemy autorowi chodziło; pisał wszak pod pseudonimem – naprawdę nazywał się Roman Umiastowski i był rezolutnym oficerem Wojska Polskiego, publikującym sporo prac naukowych z zakresu kartografii i geografii militarnej, historii konfliktów zbrojnych, polityki obronnej. Załóżmy zatem, że „groszowe” bestsellery były dla niego formą szerokiej popularyzacji idei, co do których próbował najpierw przekonać Sztab Generalny, względnie polityków.
Armia bezsprzecznie dostrzegała w „powieściach groszowych” Żarnowieckiego propagandowy potencjał, skoro kolportaż Roku 1974/75 powierzono Głównej Księgarni Wojskowej, a nakład wznawiano dwukrotnie po pierwszym wydaniu. Księgarnia reklamowała powieść chwytliwym hasłem: „Przyszła wojna między rasą białą a żółtą o hegemonię nad Pacyfikiem. Wizje wojny morskiej i lotniczej”. W roku 1928 przesądzona jest według autora doktryna japońskiej ekspansji, objawiona światu przez atak na flotę pacyficzną Ameryki. Wydedukowane 13 lat przed Pearl Harbor!
Dziś może nas jedynie zaskoczyć fakt, że główny bohater książki – niejaki Dersław, jest polskim oficerem łącznikowym na pokładzie liniowca… japońskiego. Przypomnijmy sobie jednak osobiste sympatie Piłsudskiego i piłsudczyków do sił zbrojnych Japonii, która w 1905 r. pobiła carską Rosję, uruchamiając kolejną falę marzeń o niepodległej Polsce… Sentyment widać trwał.
Żarnowiecki to zawzięty katastrofista i batalista – grafoman. Drastycznych niekiedy opisów bitew, nalotów i ofensyw czytelnikom nie szczędzi. Na kartach książki pożoga ogarnia m.in. Bydgoszcz, Poznań, Nakło nad Notecią. Wreszcie Słowian udaje się zjednoczyć pod bojowym hasłem: „Na Berlin!”. Sowieccy propagandziści nie byli zatem autorami tych ciągle tchnących grozą ostatniej wojny światowej słów.
W powieści znajdziemy także akapit poświęcony cynicznemu wykorzystaniu plag chorób w walce państw i cywilizacji. Na czasie.
 
***
Tekst prasowy nie może oczywiście wyczerpać przebogatego tematu; o wielu „wizjonerskich” powieściach z mojej kolekcjonerskiej półki dziś nie wspomniałem. Zaakcentuję choćby przypadek Ataku sępów, gdzie antycypuje się wybuch wojny niemiecko-polskiej w Gdańsku

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki