Logo Przewdonik Katolicki

Kameleon za biurkiem

Weronika Frąckiewicz
fot. Agnieszka Sozańska

Jedni cenią pracę w korporacji za jasno określone zasady, inni nie wytrzymują wyścigu szczurów, zamykają za sobą drzwi i wychodzą. I przekonują: życie po korpo jest możliwe, ba, ma nawet więcej barw.

Praca w wielkich, często międzynarodowych przedsiębiorstwach stała się chlebem powszednim: albo dotyczy nas bezpośrednio, albo pośrednio przez kogoś z naszego otoczenia. Ile osób, tyle opinii i sądów wydawanych na jej temat. Jedni nie wyobrażają sobie innego środowiska pracy, a inni z różnych przyczyn zamykają za sobą drzwi i wychodzą. Dr Marcin Wnuk, psycholog biznesu i wykładowca UAM w Poznaniu podkreśla, że czasem to zamknięcie drzwi może przynieść zyski, których nigdy byśmy się nie spodziewali: – Wiele osób całe swoje zawodowe życie pracuje nad redukcją dysonansu poznawczego. Robią wszystko, aby nie dopuścić do siebie informacji, że być może to nie jest ich właściwa droga. Kryzys zawodowy i poszukiwanie nowych rozwiązań są procesami bardzo dobrymi, jeśli tylko właściwie się do nich ustosunkujemy – mówi.
 
Wykorzystać okazję
Kasia i Tomek nie planowali zmiany z kalendarzem w ręku. Przyglądali się trochę z boku przechodzącym okazjom. Od zawsze marzyli o własnym biznesie. W końcu postanowili działać. Pierwsza z pracy zrezygnowała Kasia. Nie chcieli stawiać wszystkiego na jedną kartę, obydwoje byli po czterdziestce, mieli troje dzieci i zobowiązania finansowe. Tomek postanowił trochę odczekać, śledząc rozwój wypadków, tym bardziej że w pracy zaszedł naprawdę wysoko: został dyrektorem jednej z czołowych korporacji zajmujących się bankowością. Pozornie osiągnął sukces, lecz w gruncie rzeczy był skrajnie zmęczony całą korpo-atmosferą: – Umiejętności to jedno, ale już od średniego szczebla dużo czasu trzeba poświęcić na PR i marketing własnej osoby. Nie zawsze ma znaczenie, czy jesteś dobry, liczy się to, jak potrafisz się sprzedać. Musisz to przyjąć i już, a jeśli nie, odpadasz z gry. Nigdy nie można się przyznać do błędu i porażki, gdy wychodzi, że coś zawaliłeś, to albo to pomijasz, albo odwracasz sytuację. No i zawsze trzeba mieć nowe pomysły, nieważne czy sensowne, czy nie. Jeśli nie masz pomysłów, to jesteś bezużyteczny – tłumaczy.
Dołączył do żony po około roku. Koledzy z biura po cichu gratulowali mu odwagi: – Prawdą jest, że wszyscy na wysokich stanowiskach podświadomie chcą odejść. Kiedy tam dojdziesz, nie możesz już wspinać się dalej. Możesz tylko spaść i to z wielkim hukiem – mówi. I śmieje się, że trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść niepokonanym. Dziś Kasia i Tomek mają dwa średniej wielkości sklepy z zabawkami. To jeszcze nie szczyt ich marzeń, ale cieszą się, że małymi krokami idą do przodu. Oczywiście nie mają złudzeń i wiedzą, że własny biznes to nie high life: – Mamy większą elastyczność, jeśli chodzi o czas pracy, ale niestety często pracujemy w najmniej oczekiwanych  momentach. Zatrudniamy dziesięć osób i to na tym polu mamy największe trudności – mówi Tomek. Jednego są pewni: we własnym biznesie w przeciwieństwie do pracy w korporacji możliwości są nieograniczone. Trzeba tylko umieć je wykorzystać.
 
DJ i hydraulika
Papież Franciszek, mówiąc o pracy we wspomnienie św. Józefa rzemieślnika w 2013 r.,  przytoczył historię opowiadaną przez średniowiecznego rabina. Dotyczyła ona budowy wieży Babel: „Kiedy cegła przez pomyłkę upadła, był straszliwy problem, wręcz skandal: «Popatrz, co zrobiłeś». Ale jeśli jeden z tych, którzy wznosili wieżę spadł: mówiono «Wieczny odpoczynek…», i nie troszczono się o człowieka. Ważniejsza była cegła od osoby. Mówił o tym ów średniowieczny rabin i to także dzieje się teraz! Ludzie są mniej ważni niż rzeczy, które dają zysk tym, którzy mają władzę polityczną, społeczną, gospodarczą. W jakim punkcie jesteśmy?” – pyta Franciszek.
Pewnego dnia podczas pracy przy komputerze Marcie nagle zrobiło się ciemno przed oczami. Zemdlała. Szef próbował jej wmówić, że to brak witamin. Marta wiedziała, że to brak czasu i nadmiar obowiązków. Najtrudniejszy był brak jakiegokolwiek związku emocjonalnego z przedmiotem jej prac. Nie czuła, że dzięki małej części hydraulicznej o obco brzmiącej nazwie świat staje się choć odrobinę lepszy. Wielu jej znajomych pracujących w korpo borykało się z podobnymi problemami: – Miałam koleżankę w olbrzymiej firmie produkującej gumy do żucia. Wyścig szczurów, emocje na najwyższym poziomie, niemalże zabijanie się, by mieć najlepsze rezultaty. I nagle pewnego dnia zorientowała się, że w tym wszystkim chodzi o zwykłą gumę do żucia…
Marta w branży hydraulicznej wytrzymała pięć lat. Zrozumiała, że praca w korpo to nie jej bajka. Rzuciła wszystko i postanowiła trochę poprzyglądać się światu: – Potrzebowałam złapać oddech, zobaczyć, jak ludzie żyją, co dla nich jest ważne.
Postanowiła udać się w podróż. Odwiedziła kilka europejskich miast. Po powrocie aplikowała na stanowisko kelnerki jednej z poznańskich kawiarni: – Ludzie pukali się w głowę: ty z magistrem będziesz nosić talerze? A ja byłam przekonana o słuszności swojej decyzji – opowiada. Poszukiwań swej drogi zawodowej nie zakończyła w kawiarni. Obecnie zaczęła realizować jedno ze swoich najskrytszych marzeń: będzie DJ-em.
 
Dopóki śmierć nas nie rozłączy
Kamila jest trochę zawieszona pomiędzy dwiema rzeczywistościami. Z jednej strony w pracy w dalszym ciągu daje z siebie wszystko, a z drugiej pogodziła się, że będzie musiała odejść. 43-letnia warszawianka w dużej międzynarodowej korporacji przepracowała 19 lat. Parę tygodni temu dowiedziała się, że jej dział dosięgnie redukcja etatów. Została wytypowana do zwolnienia. Oczywiście może aplikować na inne stanowisko, ale dla niej to jakby robienie kroku w tył: – Jestem w takim momencie życia, że chcę robić rzeczy, które mnie interesują. Chcę się rozwijać, a nie tylko mieć pracę – mówi. Gdy dowiedziała się, że prawdopodobnie będzie musiała odejść, targały nią przeróżne emocje: od niepewności poprzez złość aż do smutku. Po dwóch tygodniach doszedł do głosu racjonalizm: – Halo! Przecież nikt nie chce zrobić mi na złość. Nie stoi za tym jakiś konkretny człowiek, który chce mnie zniszczyć. Poza tym nikt ze mną nie podpisywał krwią umowy, że to jest praca do końca życia, póki nas śmierć nie rozłączy – tłumaczy.
Dziś delikatnie rozgląda się po rynku pracy. Póki nie ma ostatecznego wypowiedzenia w dłoni, nie chce podejmować radykalnych kroków. Raczej będzie szukać pracy w zawodzie. Nie może zrobić nic szalonego, bo ma kredyt mieszkaniowy do spłacenia. Po cichu tylko rozmarzonym głosem wyznaje, że bardzo lubi ceramikę i projektowanie ogrodów.
 
Przyjacielska przysługa
Dr Wnuk przyznaje, że jeśli w korporacji pojawia się konflikt między interesem organizacji a interesem pracownika, to zwycięzcą jest zazwyczaj organizacja: – Co ma zrobić osoba na stanowisku kierowniczym, stająca przed dylematem: organizacja czy człowiek? Chcąc nie chcąc jest pracownikiem korpo, więc dla niego naturalną rzeczą jest koncentracja na interesie firmy, a nie na interesie pojedynczego człowieka. Oczywiście jeśli jest w zażyłych relacjach z pracownikiem, to sytuacja staje się trudna, bo pojawia się typowy konflikt moralny między dwiema wartościami. A im bliższą mają relację, tym większy jest ten dylemat, wewnętrzny konflikt. Jeśli jest to osoba, której nie zna, może ją bardzo łatwo odczłowieczyć.
– Dla mnie to była bardzo przyjemna praca, nigdy bym z niej sam nie zrezygnował – przyznaje Karol, 40-latek z Warszawy. W korpo przepracował ładnych parę lat. Na początku robił najprostsze rzeczy: układanie dokumentów, parzenie kawy, proste rzeczy w Excelu. Po pewnym czasie awansował. W międzyczasie trochę poznawał firmę od kuchni: wyjazdy na  szkolenia, suto zakrapiane imprezy, rejsy statkiem do Szwecji. Jedyne co go męczyło, to zmieniające się pory roku za oknem: wiosna, lato, jesień, zima, a on siedział przed monitorem komputera. Poza pracą czuł, że żyje: trenował sporty walki i odnosił sukcesy na arenie międzynarodowej. Poświęcał się temu bez reszty, ale nigdy nie zawalał pracy. Nie mógł uwierzyć, kiedy szef wezwał go na rozmowę: – Praca w naszej firmie nie jest dla ciebie, jesteś sportowcem. Zwalniamy cię, idź i rób to, co lubisz – usłyszałem.
Najbardziej wściekły był o to, że postawiono go przed faktem dokonanym. Nikt nie zapytał go, czy naprawdę chce poświęcić wszystko dla sportu. Bardzo szybko okazało się, że sport był tylko przykrywką do zwolnienia. Prawdziwym powodem okazał się ,,przyjaciel”, który awansował: – Byliśmy w zbyt zażyłych relacjach. Bał się, że nie będę wobec niego uległy. Wolał wziąć sobie młodą studentkę, dla której będzie po prostu szefem – opowiada Karol.
Ostatecznie rzeczywiście poświęcił się dla sportu, trenuje młodych zawodników: – W sumie nie pracuję ani minuty, bo robię to, co naprawdę kocham – mówi z zadowoleniem.
 
Przystanek szkoła
Po siedmiu latach pracy Ania nie wiedziała, co tak naprawdę robi zawodowo: – Miałam poczucie, że to jest pusta praca bez celu i sensu, a to, co robię nie jest namacalne.
Postanowiła odejść. Miała bardzo wysokie kwalifikacje, więc bez problemu znalazła pracę w  kolejnej korporacji. Denerwowało ją, że nie może być sobą, musi nieustannie kogoś grać, a jeszcze bardziej irytowało ją, że z taką łatwością temu wszystkiemu się poddawała: –Widziałam, że ta praca wzmacnia we mnie zachowania, których nie chcę rozwijać, na przykład wyrachowanie. Dokładnie wiedziałam, ile mam pracować, żeby się nie przepracować. Jeśli pokażę, że mogę więcej, szefostwo podkręci mi śrubę jeszcze bardziej. Wiedziałam, że ta praca to cyrk, a ja się świetnie w tym cyrku potrafiłam zachować – opowiada.
Coraz bardziej zaczęły ją dręczyć dylematy: na ile można się podporządkować? Na ile można zachowywać się jak kameleon? Wiedziała, że nie jest to sprawa tej konkretnej firmy, trzecia korporacja, do której trafiła, rządziła się takimi samymi mechanizmami. Odeszła po dwóch miesiącach. W międzyczasie, żeby zahaczyć się gdzieś do nowego roku szkolnego, zatrudniła się w ostatniej korpo, ale już wtedy miała jasno obrany cel: chce zostać nauczycielką. Mimo ostracyzmu społecznego porozsyłała CV do różnych szkół. Dziś uczy języka niemieckiego w jednej z poznańskich podstawówek. Jak sama przyznaje, modli się, żeby nigdy nie musiała wracać do korpo: – Teraz już się trochę uspokoiłam, ale przez pierwszy rok codziennie rano cieszyłam się, że nareszcie idę do pracy.
Ania nie przekreśla czasu przepracowanego w korporacji: – To absolutnie nie są stracone lata. Zdobyłam siłę, której żadne inna praca nigdy by mi nie dała. Myślę, że gdyby nie praca w korpo, nie doceniłabym pracy w szkole.
 
Wewnętrzna wolność
Szukanie nowych dróg zawodowych i odnajdywanie się w kryzysie pracowniczym dotyczy nie tylko osób pracujących w korporacjach. Żyjemy w czasach tak dynamicznych, że nasza sytuacja zawodowa może zmienić się z dnia na dzień. Niezależnie od miejsca, w jakim się znajdujemy, najważniejsze jest pytanie o priorytety i o granice naszego życia zawodowego, które każdy z nas musi samodzielnie wyznaczyć. Dr Marcin Wnuk wspomina o ludziach, którzy są w stanie funkcjonować w destrukcyjnym systemie pracowniczym i nigdy nie wystąpi u nich dysonans poznawczy: – To jest pewnego rodzaju element zniewolenia, który jednym osobom może przeszkadzać, a innym nie. Jak pisał Erich Fromm, jednym ze sposobów uciekania przed swoją własną wolnością jest zniewolenie.

 
 
 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki