Logo Przewdonik Katolicki

Jezus patrzy z chusty Manopello

Monika Białkowska
fot. Michał Dudek

Chusta z Manopello jest jedną z najbardziej niezwykłych relikwii, jakie mamy – relikwią Zmartwychwstałego.

Płótno z wielu
Wielkie płótno, długie na pięć metrów i szerokie nieco ponad metr, to nie była rzecz tania – pewnie jeszcze trudniej dostępna niż współczesne trumny. Jedyna ich wytwórnia działała pod Damaszkiem, a produkty w niej wytwarzane nie należały do tanich. Ubożsi mieszkańcy Palestyny kupowali zwykłe, lniane prześcieradła, w które zawijali zmarłych, ale Józefa z Arymatei stać było na produkt z wyższej półki. 
Całun jednak to nie wszystko. Oprócz niego zmarłemu kładziono na twarz chustę, a ręce i nogi związywano opaskami. Jezusa pochowano bardzo szybko, więc z opasek zrezygnowano. Nie obmywano również ciała, nie tylko z pośpiechu. Jeśli zmarły tracił więcej niż jedną dwunastą krwi, siedliska życia, należało ją pochować razem z nim, również wszystkie zakrwawione przedmioty należało zostawić w grobie. 
Czy chusta z Manopello jest tą samą, którą położono na twarzy Jezusa? Tak naprawdę w jej przypadku niezmiernie trudno to określić. Przede wszystkim dlatego, że ginęła ona i znajdowała się w historii wiele razy. Tradycyjnie uważa się ją za chustę św. Weroniki, ale… Na razie idźmy po kolei. 

Historia podróży
Do V wieku chusta znajduje się w Edessie. Legenda mówi, że był to obraz, jaki Maryja otrzymała od samego Boga po wniebowstąpieniu Jezusa – coś w rodzaju pamiątkowej fotografii. 
Rok 574. Chusta z kapadockiego klasztoru w Kamulii przewieziona zostaje do  Konstantynopola, gdzie staje się cesarską chorągwią, ma pomagać zwyciężać w bitwach. 
Rok 705. Patriarcha Konstantynopola Kallinik I przekazuje chustę do bazyliki św. Piotra w Rzymie. Tam podziwiają ją i opisują m.in. Petrarka, Dante Alighieri czy św. Brygida Szwedzka.
1208. Papież Innocenty III wprowadza zwyczaj dorocznej procesji ulicami Rzymu z cudownym wizerunkiem w pierwszą niedzielę po święcie Objawienia Pańskiego. Procesja nie była długa, liczyła niespełna pięćset metrów, kroczyła z bazyliki na Watykanie do kościoła Santo Spirito in Sassia – ale za to na jej zakończenie rozdawano najbiedniejszym mieszkańcom Rzymu jałmużnę, po trzy denary na chleb, mięso i wino. Na procesji były więc tłumy, ponoć nie tylko ze względu na ową jałmużnę, ale również niezwykłość wizerunku na chuście. 
1527. Chusta zostaje wywieziona z Rzymu podczas jego złupienia przez hiszpańskie wojska Karola V, w bazylice św. Piotra została kopia. Niektórzy twierdzili nawet, że krążyła po rzymskich tawernach i nikt nie zdawał sobie sprawy z tego, czym jest. Faktu kradzieży nie podano do publicznej wiadomości. Zastąpiła ją kopia podłożona w 1528 r., gdy do bazyliki przeniesiono uroczyście odzyskane relikwie.
1616. Chusta z bazyliki św. Piotra zniknęła. Ostatni raz trzymał ją w ręku papież Paweł V w czasie uroczystej procesji. Papież zakazał wykonywania jej kopii bez zgody Watykanu. Gdy w 1626 r. ukończona została nowa bazylika św. Piotra, chusta złożona została w ówczesnych magazynach i zapomniana na wieki. 
Mniej więcej z tym samym czasie w Manopello do miejscowego doktora przyszedł nieznany pielgrzym, który wręczył mu zawiniątko z pięknym obrazem Jezusa. Doktor Leonelli zbudował więc w domu ołtarz dla obrazu, przed którym codziennie się modlił. Po jego śmierci obraz ukradł żołnierz – a gdy znalazł się w więzieniu, kazał żonie go sprzedać, żeby mieć z czego zapłacić karę. Doktor Fabritiis, który go kupił, przekazał obraz kapucynom, w których klasztorze znajduje się do dziś. To jedna z wersji tłumacząca, jak niezwykły wizerunek trafił do Manopello – ale tak naprawdę szczegóły tej podróży nie są znane.
Nie jest znana tajemnica również tego faktu, że choć wizerunek był jeden, to wszystkie ikony i obrazy Jezusa, powstające do XVII wieku, są wyraźnym powtórzeniem tej jednej, jedynej twarzy. Ta sama twarz, otwarte oczy, włosy, broda, wyraźny nos, zakryte uszy i szyja powracają na dziełach anonimowych pisarzy ikon, ale i Jana van Eycka czy Hansa Memlinga. 

Zawiedziony Marcin Luter
Przechowywany w Manopello wizerunek nie jest duży – ma zaledwie 17 na 24 cm. Umieszczony jest w obustronnie przeszklonej monstrancji, która pozwala podziwiać całą jego niezwykłość. A polega ona przede wszystkim na materiale, z którego chustę wykonano: choć wyraźnie widać na nim twarz Jezusa, malowanie na nim jest zwyczajnie niemożliwe. Bisior nazywany jest czasem również morskim jedwabiem, a w starożytności był najstarszą tkaniną. Cieńszy od nylonu, przezroczysty, ale jednocześnie ogniotrwały jak azbest, wykonany z nici, jakie wytwarzają małże morskie – z jednej ich muszli osiągnąć można niespełna 2 gramy włókna. Do dziś niewielkie ilości bisioru produkuje się wyłącznie na wyspie Sant’Antioco koło Sardynii. Na bisiorze malowanie jest niemożliwe, nie przyjmuje on żadnej farby. 
Niezwykłość materiału swego czasu sprawiła, że wizerunek z Manopello rozczarował samego Marcina Lutra, który uznał go za fałszerstwo i pisał: „Utrzymują, że na Chuście Weroniki jest utrwalone prawdziwe Oblicze naszego Pana. Tymczasem jest to kawałek jasnego lnu, który podnoszą w górę. A biedni prostaczkowie nie widzą nic poza kawałkiem jasnego lnu na czarnej desce”. Luter oglądał obraz z daleka, prawdopodobnie pod światło – taki sposób oglądania rzeczywiście sprawia, że bisior wydaje się być pusty… 

Ludzką ręką?
Inwazyjne badania nad chustą z Manopello nie są prowadzone. Wizerunek badano za to za pomocą podczerwieni i ultrafioletu, a także specjalnym skanerem o bardzo dużej rozdzielczości. Nie znaleziono żadnych farb: jedynie w miejscu źrenic włókna wydają się lekko przypalone. Niemiecki historyk sztuki, jezuita Heinrich Pfeiffer z Papieskiego Uniwersytetu Gregoriańskiego, mówi: „Trzeba wyciągnąć wniosek, że obraz jest wynikiem jakiejś wewnętrznej zmiany zaistniałej w nitkach. Sprawia ona, że odbijają one światło w taki sposób, iż ludzkie oko dostrzega kolory”. Współczesna nauka nie jest w stanie stwierdzić, w jaki sposób obraz powstał i skąd biorą się jego kolory, sprawiające wrażenie, że patrzymy na żywego człowieka, na dodatek różne w zależności od światła, które pada na obraz. 
To wszystko sprawia, że wizerunek z Manopello zaliczany jest do obrazów „niemalowanych ludzką ręką”, razem z Całunem Turyńskim czy obrazem Matki Bożej z Guadalupe. 

Dwie strony twarzy
Skoro o Całunie Turyńskim mowa – naukowców zainteresowało podobieństwo obu wizerunków. Według lekarzy wygląd źrenic postaci z chusty z Manopello świadczy o tym, że wystąpił krwotok mózgowy, a uzębienie charakterystyczne jest dla ludzi żyjących w Palestynie w czasach Jezusa. Twarze z całunu i chusty mają te same proporcje twarzy i ten sam układ ran: zgodność ta jest potwierdzona matematycznie i wynosi 100 procent. Jedyna różnica między nimi polega na tym, że na całunie widać twarz człowieka martwego i w negatywie, a na chuście żyjącego: żyjącego po Zmartwychwstaniu. Można powiedzieć, że całun opowiada historię męki i śmierci Jezusa, a na chuście z Manopello uchwycony został moment Jego zmartwychwstania, obudzenia ze snu z całym zdziwieniem tej chwili, ale i z miłosierdziem. 
Co ciekawe, na wiele lat przed badaniami, porównującymi chustę z całunem, w lutym 1944 r. do włoskiej mistyczki Marii Valtorty przyjść miał Jezus. Maria zapisała wówczas w swoim dzienniczku Jego słowa: „Chusta Weroniki jest bodźcem dla waszych sceptycznych dusz. Wy, racjonaliści, oziębli, chwiejący się w wierze, którzy przeprowadzacie bezduszne badania, porównajcie odbicie twarzy na Chuście z odbiciem na Całunie. To pierwsze jest Twarzą Żyjącego, to drugie Zmarłego. Jednak długość, szerokość, cechy somatyczne, kształt, charakterystyka są takie same. Nałóżcie na siebie te dwa odbicia. Zobaczycie, że sobie odpowiadają. To Ja jestem. Pragnę przypomnieć wam, kim byłem i kim się stałem z miłości do was. Abyście się nie zagubili, nie stali się ślepymi, powinny wam wystarczyć te dwa odbicia, aby doprowadzić was do miłości, do nawrócenia, do Boga”. 

Chusta Weroniki?
Właśnie – skoro od Weroniki zaczęliśmy i teraz znów się pojawia, to i wyjaśnić trzeba, że postać zwana św. Weroniką prawdopodobnie nigdy nie istniała. Nie wspominają o niej Ewangelie, pojawia się dopiero w późnych apokryfach. Kto wie, może pierwszy był wizerunek, o którym mówimy, „prawdziwe oblicze” (vera icon), a dopiero po nim zrodziła się opowieść o kobiecie, która otarła Jezusowi twarz chustą i która od owego wizerunku otrzymała swoje imię? Zresztą nawet i takie tłumaczenie jest trudne do przyjęcia, skoro, jak tłumaczą teologowie i naukowcy badający chustę z Manopello, twarz na niej odbita jest twarzą Zmartwychwstałego, a nie idącego na krzyż Jezusa. 
Pozostaje nam przyznać, że stajemy wobec Tajemnicy. 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki