Prawdziwe czy nie?

Bywają relikwie pewne pod względem pochodzenia, ale są i takie, których autentyczność jest bardzo wątpliwa. Czy jednak o autentyczność w nich chodzi? Z jednej strony tak, ale dla naszej wiary i kultu nie ma to aż tak dużego znaczenia.
Czyta się kilka minut
Fragment Całunu Turyńskiego – lniane płótno zawierające wizerunek postaci ludzkiej. Przechowywany jest w Turynie, w kaplicy Świętego Całunu katedry pw. św. Jana Chrzciciela. | Fot. WIKIPEDIA
Fragment Całunu Turyńskiego – lniane płótno zawierające wizerunek postaci ludzkiej. Przechowywany jest w Turynie, w kaplicy Świętego Całunu katedry pw. św. Jana Chrzciciela. | Fot. WIKIPEDIA

Internet obiegła ostatnio wieść o kolejnej teorii podważającej fakt, że w płótno, które zobaczyć możemy w Turynie, naprawdę owinięty był zmarły Jezus. Warto pójść tym tropem, po kolei. Całun Turyński, przechowywany w katedrze św.  Jana Chrzciciela w Turynie, od wieków budzi ogromne emocje wśród wierzących, naukowców i sceptyków. Tradycja głosi, że jest to płótno, w które owinięto ciało Jezusa Chrystusa po ukrzyżowaniu. Jednak od momentu jego ujawnienia w XIV wieku jego autentyczność była wielokrotnie kwestionowana, a kolejne badania nie przynoszą jednoznacznych odpowiedzi.

Wiara kontra nauka
Jednym z najnowszych głosów w tej debacie jest opinia brazylijskiego specjalisty od rekonstrukcji twarzy, Cicero Moraesa. W 2024 roku opublikował on wyniki swojej pracy, w której za pomocą technologii komputerowej stworzył trójwymiarową rekonstrukcję twarzy na podstawie wizerunku z Całunu. Jego wnioski są jednoznaczne: proporcje twarzy i ciała ukazane na płótnie są mało realistyczne i noszą cechy raczej artystycznego przedstawienia niż rzeczywistego odcisku ciała człowieka. Moraes wskazał m.in. na przesadnie długie ręce, nienaturalną symetrię twarzy oraz brak cech typowych dla obrazu ciała pod wpływem ciężaru czy rigor mortis. Naukowiec stawia hipotezę, że w płótno zostało owinięte nie ciało, ale płaskorzeźba, która „odbiła” ten wizerunek. Zdaniem Moraesa to dowód na to, że Całun jest dziełem wykonanym z zamiarem oddania wyglądu ukrzyżowanego człowieka, ale bez faktycznego kontaktu z ciałem. Jego analiza wpisuje się w szerszy nurt badań, które podważają autentyczność płótna.
Pierwszym i najbardziej znanym ciosem dla teorii o autentyczności Całunu były badania datowania radiowęglowego przeprowadzone w 1988 roku przez trzy niezależne laboratoria (w Oksfordzie, Zurychu i Arizonie). Wyniki jednoznacznie wskazywały, że Całun pochodzi z okresu między 1260 a 1390 rokiem, co oznaczałoby, że nie miał nic wspólnego z Jezusem. Jednak według Wojciecha Kucewicza z AGH i Jakuba Prauznera-Bechcickiego z UJ w Krakowie, istotnym czynnikiem, który mógł wpłynąć na wyniki datowania radiowęglowego, jest miejsce, z którego pobrano próbki do badań (lewy górny róg tkaniny). Naukowcy zwracają uwagę, że jest to obszar, który był dotykany przy każdym wystawieniu Całunu. Tłuszcz i zanieczyszczenia z rąk mogły powodować większą degradację płótna. Pojawiła się hipoteza, że obszar ten mógł być naprawiany w czasie restauracji tkaniny po pożarze w 1532 roku. Naprawa miałaby polegać na wpleceniu w tym obszarze dodatkowych nitek bawełnianych. Gdyby przyjąć, że próbki zostały zanieczyszczone młodszym materiałem biologicznym (np. w czasie reparacji w 1532 roku), to musiałby on stanowić 60-65 proc. próbki. Inna sprawa, że żadne badania tego nie potwierdzają.
Pojawiły się też wątpliwości dotyczące techniki powstania obrazu. Niektórzy badacze sugerują, że obraz mógł zostać wykonany za pomocą prymitywnej formy fotografii lub innego procesu chemicznego dostępnego w średniowieczu. Teorie te wspierają analizy, które wykazały obecność barwników i śladów substancji organicznych w strukturze włókien lnu. Dodatkowo brak historycznych wzmianek o Całunie przed XIV wiekiem podważa – przynajmniej według niektórych – jego pochodzenie z czasów Jezusa. Choć istnieją sugestie, że mógł być on wcześniej ukrywany, brak jednoznacznej dokumentacji jest poważnym argumentem dla sceptyków.

Boski wizerunek
Mimo tych kontrowersji wielu wierzących nadal uważa Całun za autentyczną relikwię, która przetrwała dwa tysiące lat. Dla nich jest on nie tylko materialnym świadectwem męki Chrystusa, ale także symbolem nadziei i tajemnicy wiary. Kościół katolicki podchodzi do Całunu z dużą ostrożnością: nie uznaje go oficjalnie za autentyczne płótno grobowe Jezusa, ale też nie odrzuca tej możliwości. Badania takie jak te prowadzone przez Cicero Moraesa przyczyniają się do coraz głębszego zrozumienia fenomenu Całunu Turyńskiego – zarówno jako obiektu kultu religijnego, jak i dzieła o niejasnym pochodzeniu. Niezależnie od tego, czy uzna się go za autentyczną relikwię, czy za mistrzowską mistyfikację, jedno jest pewne – Całun Turyński pozostaje jednym z najbardziej fascynujących i kontrowersyjnych artefaktów w historii ludzkości.
Do badań brazylijskiego naukowca odniósł się też kard. Roberto Repole, papieski kustosz Całunu Turyńskiego i arcybiskup Turynu, rzecz jasna w sposób krytyczny. Ma on do dyspozycji specjalny ośrodek badawczy – Międzynarodowe Centrum Badań nad Całunem w Turynie (CISS), które również naukowo odnosi się do kolejnych rewelacji. Emanuela Marinelli, jedna z najbardziej znanych badaczek Całunu Turyńskiego, w wywiadzie dla agencji SIR również kwestionuje wspomniane badania, określając je jako medialną operację pozbawioną wartości naukowej, która ignoruje dowody obecności ludzkiej krwi i mikroślady zgodne z pochodzeniem z Jerozolimy. Według turyńskich naukowców „począwszy od badań in situ grupy STuRP [in situ – „na miejscu”, kolejne litery to akronimy badaczy – red.] (1978) oraz kolejnych analiz chemiczno-fizycznych, wykluczono powstanie obrazu za pomocą malowania”, kontaktu z płaskorzeźbą lub „rozgrzaną rzeźbą/płaskorzeźbą”. To jednak niejedyna relikwia, która przechodzi różne badawcze perypetie.

Nie tylko Całun
Właściwie pierwsze relikwie to fragmenty ciała świętych, co do których – szczególnie tych z dawnych wieków – można mieć wątpliwości, a ludziom spoza katolickiego świata kojarzą się one dość makabrycznie. Nie o nich jednak dzisiaj: skupiamy się na przedmiotach, które przez kontakt ze świętym, Matką Bożą czy samym Jezusem, miały mieć nadprzyrodzony charakter, ale często okazują się świętą podróbką, co nie umniejsza ich roli w kulcie.
Jeżeli chodzi o twarz Jezusa, to niewątpliwie ważną relikwią jest Medalion z Manoppello, rzekomo oddający materiał, którym św. Weronika otarła twarz Jezusa podczas drogi krzyżowej. W powszechnym przekonaniu chusta, którym pobożna kobieta otarła cierpiącą twarz Chrystusa podczas wejścia na Kalwarię, przechowywana w bazylice św. Piotra i wystawiana w V  niedzielę Wielkiego Postu, jest często mylona z chustą, która dotarła w XVII wieku do klasztoru kapucynów w Manoppello. Jednak oba te wizerunki uznawane są za „nie ręką ludzką uczynione” i są przedmiotem kultu. Korona cierniowa, którą włożono na głowę Chrystusowi przed Jego śmiercią, to jeden z najcenniejszych skarbów Francji. Przechowywana jest w paryskiej katedrze Notre Dame, a o tym, jak szlachetna jest to relikwia, świadczy fakt, że wierni mogą oglądać ją tylko raz do roku – w Wielki Piątek. Do dziś spleciony cierń został dość mocno uszkodzony, bo jego fragmenty, szczególnie w średniowieczu, rozdawano możnym tego świata. Gdyby skompletować wszystkie znane na świecie gwoździe z Krzyża, byłoby ich kilkadziesiąt. Włócznia, która przebiła bok Jezusa, zwana również Włócznią Przeznaczenia lub Włócznią Świętego Maurycego, jest przechowywana w różnych miejscach w zależności od tradycji i legend. Jedna z relikwii, uznawana za autentyczną, znajduje się w Wiedniu, w skarbcu zamku Hofburg. Inna wersja, przekazana w 1000 roku Bolesławowi Chrobremu, jest przechowywana w Krakowie w skarbcu katedry wawelskiej. Ponadto, fragment Włóczni znajduje się w bazylice św. Piotra w Rzymie, a kolejna wersja jest przechowywana w Eczmiadzynie w Armenii.
Niezwykle wzruszające jest to, że znane są nam nawet relikwie żłóbka Pana Jezusa. Znajdują się one obecnie w bazylice Matki Bożej Większej w Rzymie. Fragmenty żłóbka, wykonane z drewna sykomorowego, zostały tam przeniesione z Betlejem. W Rzymie są one przechowywane w specjalnym relikwiarzu w kształcie żłóbka – zresztą ich fragment wrócił niedawno do Betlejem. Wiemy, że Jezusa złożono w pieluszkach raczej w wyżłobieniu skalnym, ale widocznie taka relikwia była potrzebna wierzącym.
Na koniec jeszcze jedna relikwia, którą widziałem w Rzymie w zeszłym roku: w bazylice św. Praksedy stoi kolumna, przy której podobno biczowano Pana Jezusa. Wydaje się więc, że mamy w wielu miejscach kultu „podróbki”. Ale to nie oznacza, że nie mogą nas one osobiście doprowadzać do świętości.

Kult podmiotu, a nie przedmiotu
Zapewne w naszych licznych wakacyjnych wędrówkach udamy się do różnych sanktuariów, w których przechowywane są różne relikwie. Użyłem wcześniej frazeologizmu, że coś jest „przedmiotem kultu”. Jednak w oddawaniu czci relikwiom dużo ważniejszy jest podmiot tego kultu – nie uwielbiamy przecież kawałka drewna, metalu czy materiału, tylko Jezusa czy świętego, który był z nimi związany. Katolikom (i wielu innym chrześcijanom) relikwie nie są potrzebne jako magiczne przedmioty, ale jako znaki obecności, pamiątki i narzędzia pogłębienia wiary. Relikwie przypominają, że Bóg stał się człowiekiem, wszedł w historię, miał ciało, cierpiał, był dzieckiem w żłóbku, został ukrzyżowany. Można je traktować jako pamiątkę po ukochanej osobie, dzięki której wciąż czujemy, że jest ona blisko nas. Kościół katolicki nie nakazuje czci relikwii: nie są one niezbędne do zbawienia ani nie mają „magicznej mocy”. Zawsze chodzi o to, do czego prowadzą: do Boga i do pogłębienia relacji z Nim.
 

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 33/2025