Na Spitzbergen

Czasem przez kilka godzin przeglądam internet w poszukiwaniu ciekawych tematów na artykuł. Czasem coś wpada szybko.
Czyta się kilka minut
FOT. FOTOLIA
FOT. FOTOLIA

Innym razem żadne wydarzenie nie wydaje mi się na tyle interesujące, żeby je opisać. Czasem odpływam w inne kierunki, klikając w jakiś link, a potem w następny i docieram do obszarów, które zajmą moją uwagę przez kolejną godzinę, ale nie mają nic wspólnego z zagadnieniami, które powinnam znaleźć. Czasem wiadomości wypływające z różnych komentarzy mnie dołują. Znacznie rzadziej inspirują. Zdarza się, że o 10.00 rano zaczynam szukać, a kończę o 14.00, rezerwując samolot, bo oto niezwykle tani lot. Albo kupując kolejną książkę w formacie mobi (papierowe wydania wolę kupować w księgarni). Albo buty na Allegro.
Ale wracając do biletów na samolot: dzisiaj objawił mi się Spitzbergen z Oslo za kilkaset złotych, a do Oslo z Poznania to w ogóle taniej niż do Warszawy intercity. A Spitzbergen to wspomnienie mojego taty i jego podróż życia. Odbywając bowiem obowiązkową służbę wojskową na okręcie Marynarki Wojennej, pływał z wyprawą naukową właśnie tam w latach 50. Zdjęcia z tych wypraw towarzyszyły mi przez całe dzieciństwo. Stos małych fotografii, a na nich lód, śnieg, zakapturzone postaci, jakieś psy, w tym jeden biały szczeniak, młodzi uśmiechnięci ludzie. I zorza polarna. Zorza zawsze w mojej wyobraźni jest jasnoszara. Taka jak na czarno-białych zdjęciach: jakieś nieokreślone szare mazy na niebie, a i tak robiła wrażenie. Nie umiałam sobie wyjaśnić, co to jest na tym niebie i jaki w rzeczywistości ma kolor. Tata mówił, że różne kolory i że się mienią. Teraz zdjęcia i filmy pokazują, że zorza jest raczej zielona, co z tego, jak mnie wciąż to nie przekonuje.
Spitzbergen mnie kusi, choć nie cierpię zimna. Chciałabym się skonfrontować z przeżyciami mojego ojca, zobaczyć to, co on wtedy, gdy miał 21 lat, a w Poznaniu czekała na niego dziewczyna (która potem stała się moją mamą). Dzięki Spitzbergenowi mogłam w przedszkolu opowiadać o dzielności mego ojca. Lubiłam koloryzować, więc przekonywałam przedszkolanki, że mój tata jest dowódcą statku i pływa na biegun północny. Zmyślałam rzeczy niestworzone nawet później, w szkole podstawowej. Kiedy mój tata wrócił z podróży służbowej do Nigerii, oświadczyłam koleżankom i kolegom z klasy, że przywiózł mi żywą małpę. Niektórzy przychodzili do mnie do domu, żeby ją zobaczyć, musiałam więc jakoś wybrnąć z tej sytuacji. Uspokoiłam się, kiedy jeden kolega potwierdził, że widział ją w oknie, więc istnieje. No i proszę, jak odeszłam od tematu: a wciąż nie wiem, o czym pisać do następnego numeru…

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.

Wypróbuj za 1 zł przez miesiąc lub od razu zakup subskrypcję na rok i oszczędź pieniądze.

Polecane

Subskrypcja miesięczna

  • Nieograniczony dostęp do aktualnych treści oraz archiwum
  • Dostęp do treści przed wydaniem papierowym
  • Dostęp do aktualnych numerów w formacie PDF
  • Subskrypcja odnawia się automatycznie, rezygnujesz w dowolnym momencie
  • Po miesiącu próbnym 19,90 miesięcznie
1.00 zł

Subskrypcja roczna

  • Nieograniczony dostęp do aktualnych treści oraz archiwum
  • Dostęp przed wydaniem papierowym
  • Dostęp do aktualnych numerów w formacie PDF
  • Korzystasz ze wszystkich treści za znacznie mniejsze pieniądze 
  • Otrzymujesz 25% rabatu i oszczędzasz 66 zł
  • Tylko 3,33 zł za wydanie
172.90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 2/2018