Logo Przewdonik Katolicki

Kodeks jak u Barei

Dorota Niedźwiecka
FOT. JAKUB KACZMARSKI/PAP

Miał chronić prawa człowieka, nie ochroni niczyich. Od ostatecznego projektu Kodeksu pracy odżegnują się kolejne środowiska, a problem pracowników zatrudnianych na „umowy śmieciowe” pozostaje.

W ostatnich miesiącach co rusz słyszeliśmy o kolejnych propozycjach rewolucyjnych zmian w Kodeksie prawa pracy i Kodeksie zbiorowym pracy. Prace nad projektami trwały półtora roku. Prowadził je zespół 14 ekspertów: przedstawiciele związków zawodowych, pracodawców i specjaliści niezależni m.in. z Państwowej Inspekcji Pracy. Jego przewodniczącym był podsekretarz stanu w Ministerstwie Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej. Prace Komisji szły więc pod rękę i z największym związkiem zawodowym w Polsce, i z przedstawicielami rządu.
W pierwszym tygodniu kwietnia okazało się, że gotowy projekt jest… nie do przyjęcia.
 
Niezrozumiały scenariusz
Najpierw, jeszcze w czasie trwania prac Komisji Kodyfikacyjnej Prawa Pracy, za pośrednictwem mediów docierały do nas sprzeczne informacje, np. że „o zwolnieniu pracownik dowie się trzy dni wcześniej” lub „będzie trudniej zwolnić pracownika, niż się rozwieść”. Pojawiły się też zarzuty, że za rządów sprzyjających rodzinie tworzy się kodeks, zgodnie z którym dojdzie do niespotykanego dotąd precedensu: z pracy będzie można zwolnić kobietę w ciąży.
Z czasem przebieg wydarzeń zaczął przypominać scenariusze filmów Stanisława Barei. Trzech ekspertów pracujących nad projektem, reprezentujących i pracodawców, i największe związki zawodowe, w decydującym głosowaniu opowiedziało się przeciw niemu. A po trzech tygodniach, gdy projekt był jeszcze czytany przez minister rodziny, pracy i polityki społecznej Elżbietę Rafalską, doszło do kolejnego absurdu. Rzeczniczka partii Beata Mazurek opublikowała na Twitterze informację, że Prawo i Sprawiedliwość nie pracuje nad żadnymi zmianami w kodeksie pracy. Media zinterpretowały to jako odcięcie się partii rządzącej od projektu, co jest o tyle dziwne, że zadaniem Komisji od momentu powołania we wrześniu 2016 r. przez Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, jest tworzenie projektów kodeksu, o czym do dziś można przeczytać na stronach ministerstwa.
Stanisław Szwed, wiceminister rodziny, pracy i polityki społecznej, potwierdził, że wstępna opinia resortu jest zbieżna z tym, co ogłosiła Beata Mazurek. I chociaż decyzja o przyszłości projektu należy teraz do minister Rafalskiej, to w dniu kiedy zamykaliśmy numer, przeważały opinie, że efekt 18-miesięcznych prac trafi do kosza.
 
Szczytny cel
Cała sytuacja jest trudna do wytłumaczenia, ale decyzja – uzasadniona. Dlaczego? Prześledźmy to na przykładzie Kodeksu prawa pracy, który, gdyby wszedł w życie, dotyczyłby wszystkich pracujących.
Założenia nowego kodeksu były ambitne. Podczas gdy celem obowiązujących cały czas przepisów jest „określenie praw i obowiązków pracowników i pracodawców”, celem nowych miała być „ochrona praw człowieka”. Studiując projekt, można było zauważyć, że pomysłodawcy rozumieją to jako upowszechnienie umowy o pracę. Twórcy projektu, zupełnie słusznie, wzięli pod uwagę powszechne dziś zjawisko nadużywania umów cywilnoprawnych lub zmuszania pracowników do zakładania działalności gospodarczej, co oznacza, że część lub cały ciężar kosztów pracy przerzuca się na pracownika. Obecnie około 1,5 mln Polaków pracuje na podstawie umów zleceń, około 500 tys. – umów o dzieło. Razem to jedna dziewiąta wszystkich pracujących. Do tego trzeba doliczyć osoby, które zgodziły się na założenie własnej firmy, a których liczby nie sposób określić. – Staraliśmy się wyeliminować te formy zatrudnienia dla sprzedawców pracujących w sklepach, ochroniarzy, kelnerów itp., którzy pracują w określonych godzinach i miejscu, pod kierownictwem. Jesteś wśród załogi, to masz prawo do określonych godzin pracy, do wypoczynku, ubezpieczenia umożliwiającego leczenie i przeżycie w razie niezdolności do pracy – mówi dr Jakub Szmit, członek Komisji z ramienia NSZZ Solidarność.
 
Nieporozumienie
Propozycja została skonstruowana tak, by w możliwie największej liczbie przypadków pomiędzy pracodawcą a pracownikiem została zawarta umowa o pracę (zasadniczo na czas nieokreślony) i to po stronie pracodawcy miał spoczywać obowiązek udowodnienia, że dana umowa umową o pracę nie jest. I już tu zaczynały się schody.
Z jednej strony to ciężar trudny do udźwignięcia dla pracodawcy, z drugiej propozycja okazywała się w części przypadków szkodliwa, a wręcz niebezpieczna dla pracownika. Dlaczego? Umowy o dzieła i zlecenia miały zastąpić „umowy o pracę”, poszerzone o szereg umów czasowych m.in. sezonowych i dorywczych, które z faktyczną umową o pracę łączyły jedynie składki i nazwa. W zamian za ubezpieczenie pracownik mógłby zostać pozbawiony możliwości zarabiania przez okres od 3 do nawet 6 miesięcy w roku (działoby się tak, gdyby dotychczasowy pracodawca chciał go zatrudnić do innego zadania, lecz nie mógł sobie pozwolić na podpisanie umowy etatowej, a pracownika nie zatrudniłby na ten okres inny pracodawca).
Kolejnym problemem okazały się przepisy wymagające od pracownika założenia działalności gospodarczej. W momencie gdy np. serwisanci robiący okresowe przeglądy automatów należących do różnych firm czy dziennikarze piszący do kilku różnych tytułów, współpracują regularnie z kilkoma firmami, powinni mieć w każdej z nich podpisaną umowę o pracę lub założyć działalność gospodarczą. Jednak w odpowiednich kodeksach nie przewidziano rozwiązania najważniejszego problemu: że często nie są oni w stanie pokryć horrendalnych dla wielu kosztów, jakie niesie ze sobą prowadzenie działalności gospodarczej.
Niepokojące pole do nadużyć stwarzały też inne przepisy: o zakazie konkurencji (zawierany jednostronnym oświadczeniem pracodawcy) i o zakazie podejmowania dodatkowej działalności. Tymczasem gdy ludzie zarabiają mało i chcą dorobić, pracodawcy zyskiwali narzędzie, by bardzo tę możliwość ograniczyć i jak najniższym kosztem przywiązać pracownika do siebie.
 
Dwa rynki pracy
Szeroko komentowana była też informacja o zapisaniu w projekcie możliwości zwolnienia kobiety w ciąży. Przepisy starano się konstruować tak, by wspierać małą przedsiębiorczość i rzeczywiście firmom zatrudniającym poniżej dziesięciu osób przyznano wiele ulg, w tym możliwość łatwiejszego zwalniania, w pewnych sytuacjach nawet ciężarnej. Zastosowano tu jednak rozwiązanie, które do tej pory stosuje się w momencie upadku zakładu, to znaczy, że kobietę w ciąży przenosi się na zasiłek w wysokości zasiłku macierzyńskiego do dnia porodu, a później udziela się jej na rok zasiłku macierzyńskiego.
– Takie rozwiązania wspierają małych przedsiębiorców. Jednak gdy stanowią oni większość pracodawców, tak jak to jest w naszym kraju, oznacza to, że znaczna liczba pracowników ma zmiękczone prawo pracy – podsumowuje dr Szmit. – Tworzymy w ten sposób dwa rynki pracy: ulgowy i mniejszościowy, dotyczący tych, którzy mieli szczęście być zatrudnionymi przez dużego pracodawcę.
 



Chociaż założenia były szczytne, projekt nowego Kodeks pracy tylko pozornie zabezpieczał bardziej pracowników i pracodawców. W rzeczywistości wiele z jego postulatów było nie do spełnienia. Poszczególne pomysły przypominały zamienianie sandałów, w których chodzimy w zimie, na dziurawe kozaki. Niby grzeją, ale co z tego, kiedy woda przez nie leci. Może więc dobrze, że sprawa kończy się w taki sposób?

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki