Logo Przewdonik Katolicki

W dwoje na Ukrainie

Kamila Tobolska

Z Heleną i Pawłem Kukołowiczami o budowaniu szczęścia małżeńskiego, posłudze dla ukraińskich małżeństw i wpływie Majdanu na relacje w związku rozmawia Kamila Tobolska

Dzięki Państwa zaangażowaniu Ruch Equipes Notre-Dame trafił na Ukrainę. Jak to się zaczęło?
H.K.: – Z prośbą o przeniesienie go na ukraiński grunt zwrócił się proboszcz parafii katedralnej w Odessie, ks. Józef Pawluk. Podjął się tego nasz region, który wtedy oprócz Polski obejmował także Białoruś i Słowację. Para odpowiedzialna z tą propozycją zwróciła się do nas. Znaliśmy już nieźle rosyjski, a z czasem doszlifowaliśmy jego znajomość. Oboje mamy też zacięcie pedagogiczne, a do tego mąż spore doświadczenie w prowadzeniu wykładów. Prowadziliśmy również wcześniej trzy pilotaże dla małżeństw w Polsce. Mimo to z pewnym niepokojem podjęliśmy się tej posługi. I tak niespełna cztery lata temu pojechaliśmy po raz pierwszy do Odessy, na spotkanie z pierwszymi małżeństwami.
 
Początki Państwa posługi zbiegły się z trudnym czasem przemian na Ukrainie…
H. K.: – Pierwsze nasze spotkanie pilotażowe odbyło się w tygodniu, w którym ówczesny prezydent Ukrainy, Wiktor Janukowycz odmówił podpisania umowy z Unią Europejską, co, jak pamiętamy, stało się iskrą do rozniecenia rewolucji. Ostatnie z nich przypadło w tygodniu, kiedy nowo wybrany prezydent, Petro Poroszenko ją podpisał. Obawialiśmy się, że wydarzenia polityczne przeszkodzą nam w pracy formacyjnej z małżeństwami, ale dzięki Bogu tak się nie stało. Ostatecznie, w 2014 r., na Ukrainie zaczęły funkcjonować dwie ekipy Ruchu Equipes Notre-Dame. W czasie kolejnych miesięcy z pomocą swojego proboszcza kontynuowały one formację, stając się świadectwem dla innych. I tak po roku znowu podjęliśmy się pilotażu. Dzisiaj w Odessie są trzy ekipy.
P.K.:– Nasza posługa dla ukraińskich małżeństw to jednak nie tylko prowadzenie pilotażu. Organizujemy również rekolekcje dla par, które formują się już w ruchu, jak i dla wszystkich chętnych, także przygotowujących się do zawarcia sakramentu małżeństwa.
 
Ta praca wcale nie jest łatwa. Przyszło Państwu formować ludzi, z których wielu tak naprawdę dopiero zaczynało życie religijne.
P.K.: – To prawda. W pierwszym roku wśród 12 par, z którymi pracowaliśmy, było tylko jedno katolickie małżeństwo. Inne małżeństwa były katolicko-prawosławne, ale były też osoby obojętne religijnie. Mimo że w większości pochodziły z rodzin prawosławnych, dopiero formując się w ruchu, odkrywały potrzebę życia religijnego. Jednym z pierwszych elementów, które wprowadza się na spotkaniu, jest wspólna modlitwa. Musieliśmy z tym bardzo uważać, bo część uczestników nie potrafiła się po prostu modlić i czuli się w tej sytuacji mało komfortowo. Staraliśmy się to wszystko uwzględniać. Bardzo wymowna była na przykład sytuacja, kiedy jedna z osób odmawiając „Zdrowaś Maryjo”, tak jak większość, po rosyjsku, nagle zapomniała dalszej części. Po chwili zaczęła mówić dalej, ale już… po polsku. Okazało się, że nauczyła ją tej modlitwy w dzieciństwie babcia, która była Polką.
H.K.: – Niektórzy do czasu zetknięcia się z ruchem byli tylko ochrzczeni. W prawosławiu bowiem można zawrzeć ślub, nie przystępując do spowiedzi i Komunii św. Przebywając więc z nimi, widzieliśmy, jak bardzo przeżywają przyjmowanie kolejnych sakramentów, jak wielkie to były dla nich wydarzenia. I oczywiście przeżywaliśmy to wszystko razem z nimi.
 
Zapewne szczególnie zawarcie sakramentu małżeństwa?
P.K.: – Faktycznie, okazało się, że jedno z małżeństw nie jest sakramentalne. Zaprosiliśmy ich na rozmowę i delikatnie uświadomiliśmy, że do Ruchu Equipes Notre-Dame po pilotażu mogą przystąpić tylko chrześcijańskie małżeństwa sakramentalne. Widzieliśmy po ich twarzach, jaki przeżywają dramat. On przyznał wtedy, że wystąpił już o stwierdzenie nieważności małżeństwa, które zawarł w prawosławiu jako 16-latek. Do tej pory mamy przed oczyma ich radosne twarze, kiedy na zakończenie pilotażu, tuż przed rekolekcjami, na których wstąpili do ruchu, przyjmowali w odeskiej katedrze sakrament małżeństwa.
 
Ukraina to kraj o jednym z najwyższych odsetków rozwodów, sięgającym w niektórych latach nawet 40 proc. Z czego, Państwa zdaniem, to wynika?
P.K.: – Trwałości związków na pewno nie sprzyja to, że w Kościele prawosławnym z łatwością można rozwiązać pierwsze małżeństwo. Zaobserwowaliśmy też, że często biorą tam ślub ludzie bardzo młodzi, zupełnie jeszcze niedojrzali do podążania wspólną drogą. Jednocześnie wiemy od małżeństw, które zaangażowały się na Ukrainie w nasz ruch, że bycie we wspólnocie dało im dużo sił i pozwoliło rozwiązać wiele małżeńskich problemów. To naprawdę dzielni ludzie! Żyją w bardzo trudnych warunkach materialnych, a potrafią zachowywać ogromną pogodę ducha.
H.K.: – Jak już mówiliśmy, szczególnie trudny był dla nas pierwszy rok formacji na Ukrainie, kiedy miały miejsce protesty na Majdanie. Niestety polityka wdarła się tam również do relacji małżeńskich i spowodowała w nich napięcia. To bowiem małżeństwa rosyjsko-ukraińskie, polsko-rosyjskie czy polsko-ukraińskie. W naszej wspólnocie mamy na przykład małżeństwo emerytowanego oficera armii ukraińskiej i Rosjanki. Byliśmy pełni podziwu dla ich umiejętności odnalezienia się w tej trudnej sytuacji. Niestety inne małżeństwo, również rosyjsko-ukraińskie, nie poradziło sobie z napięciem, jakie pojawiło się po Majdanie oraz zajęciu Krymu i ostatecznie nie przystąpiło do ruchu. Inne małżeństwo zmagało się z kolei z rozłąką spowodowaną pracą. On pod koniec formacji wyjechał zarobkowo do Polski i niestety nie przetrwali tej próby.
 
Ale są i radosne chwile?
H.K.: – Oczywiście! Teraz cieszymy się z narodzin dzieci w pilotowanych przez nas małżeństwach. W ubiegłym roku urodziło się ich sześcioro, a niedługo przyjdzie na świat kolejnych dwoje. Ta radość jest tym większa, bo na Ukrainie rodzi się bardzo mało dzieci. Z satysfakcją obserwujemy też, jaką nasze małżeństwa stworzyły piękną wspólnotę. Dali temu wyraz chociażby wtedy, gdy u dziecka jednego ze wspólnotowych małżeństw, niezbyt dobrze sytuowanego, jeszcze przed narodzeniem wykryto poważną wadę serca. Pozostali złożyli się na operację wykonaną już po urodzeniu, która kosztowała tysiąc dolarów. To na Ukrainie niebotyczna kwota, miesięczna pensja wynosi tam bowiem około 60 dolarów. Na szczęście maleństwo ma się już dobrze.
P.K.: – Widząc rozwój małżeństw liczymy też, że przynajmniej dwa z nich już wkrótce same będą mogły podjąć się pilotażu kolejnych par. Nadchodzi bowiem czas na to, żeby zaczęli działać w Odessie własnymi siłami.
 
Czy Odessa to jedyne miejsce na Ukrainie, w którym powstały ekipy ruchu?
P.K.: – Niedawno skończył się pilotaż dwóch ekip prowadzony przez inne polskie małżeństwo w Czerniowcach leżących w centralnej Ukrainie, 500 km od Odessy. Mieszka tam zdecydowanie więcej katolickich małżeństw, a posługują im marianie. Jeden z nich był opiekunem duchowym ekipy kiedy pracował w Licheniu i gdy posłano go na Ukrainę, postanowił zainicjować ruch w tamtejszej parafii. W Polsce zazwyczaj to małżeństwa zabiegają o stworzenie ekipy i szukają dla siebie kapłana. Na Ukrainie na razie jest odwrotnie. To ksiądz widząc potencjalne małżeństwa, tworzy ją z myślą o nich.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki