Logo Przewdonik Katolicki

Małżeństwo musi być jak rzeka

Kamila Tobolska
FOT. MAGDALENA KSIĄŻEK.Tó i Zé Soares małżeństwo z 54-letnim stażem. Od 50 lat związani z ruchem duchowości małżeńskiej Equipes Notre-Dame. Mieszkają w Lizbonie. Mają trzy córki i troje wnucząt.

Z Portugalczykami Tó i Zé Soares, międzynarodową parą odpowiedzialną ruchu duchowości małżeńskiej Equipes Notre-Dame, o pokonywaniu trudności w małżeństwie i dawaniu siebie innym rozmawia Kamila Tobolska.

Mają Państwo piękny staż małżeński – 54 lata. Szczere gratulacje! Pamiętacie jeszcze swoje pierwsze spotkanie?
Tó Soares: – To było na przyjęciu wyprawianym w Lizbonie przez moją rodzinę w czasie karnawału. Nie miałam ochoty iść, ale mój brat nalegał. Pojawił się też na nim Zé, który właśnie wrócił do Portugalii z Afryki. Był oficerem i służył w Angoli, zamorskiej portugalskiej prowincji, gdzie wówczas trwały walki niepodległościowe. Byliśmy bardzo młodzi, miałam 20 lat, a Zé 23. Na tym przyjęciu tak między nami zaiskrzyło, że postanowiliśmy być razem. Krótko potem wzięliśmy ślub. Kiedy spodziewaliśmy się narodzin drugiej córki, trafiliśmy do Mozambiku, innej portugalskiej kolonii. Wysłano tam Zé, bo w tym kraju toczyła się antyportugalska wojna partyzancka.
 
Młode małżeństwo z dwójką malutkich dzieci na obczyźnie. Musiało być Państwu ciężko…
T.S.: – Poczuliśmy wtedy, że sami chyba nie damy rady na naszej małżeńskiej drodze. Postanowiłam poszukać pomocy u księdza, który opiekował się wojskiem. To było dla mnie dość naturalne, wychowałam się bowiem w bardzo tradycyjnej, katolickiej rodzinie. Rodzina Zé była z kolei typowo wojskowa. Sporo więc nas różniło. Od początku małżeństwa oboje staraliśmy się siebie zrozumieć, ale wtedy nie za bardzo to wychodziło. Kapelan wojskowy podpowiedział nam ruch Equipes Notre-Dame. W mieście, w którym mieszkaliśmy, istniała już ekipa. Tworzyły ją trzy portugalskie małżeństwa, wykładowcy tamtejszego uniwersytetu. Dołączyliśmy do nich i rozpoczęliśmy comiesięczne spotkania. To było 50 lat temu.
 
Zé Soares: – Proponowana przez ruch formacja od razu nam się spodobała. Na własnej skórze przekonaliśmy się, jak wpływa na przeżywanie małżeństwa. Dzięki Equipes Notre-Dame otworzyliśmy się na siebie. Zaczęliśmy nie tylko siebie słuchać, ale i z czasem rozumieć. Po kilku latach przeniesiono mnie do Gwinei Portugalskiej, najsłabiej rozwiniętej kolonii w Afryce. Nie było tam Equipes. Zaproponowaliśmy więc grupie znajomych, katolików, regularne spotkania na modlitwie i dzieleniu się życiem na wzór spotkań odbywających się w ramach ruchu. W 1974 r., po wojskowym zamachu stanu w Portugalii, który zdekolonizował portugalskie posiadłości, zamieszkaliśmy w Lizbonie. Po tych wszystkich wojennych przeżyciach obiecaliśmy Bogu, że zawsze kiedy będzie nas do czegoś powoływał, powiemy „tak”.
 
I nie brakowało ku temu okazji. Byli Państwo parą odpowiedzialną na każdym szczeblu funkcjonowania ruchu, a od pięciu lat stoicie na jego czele.
Z.S.: – Kiedy myśleliśmy, że będziemy już sobie mogli trochę odpocząć, zaproszono nas do tego, byśmy byli międzynarodową parą odpowiedzialną. Długo zastanawialiśmy się, czy przyjąć tę posługę. Tó miała wcześniej kłopoty ze zdrowiem, przeszła mastektomię. Rozmowa z jednym z księży upewniła nas jednak w tym, że powinniśmy służyć Bogu tak długo, jak tylko będziemy mogli.
 
Jak więc wygląda obecnie Państwa codzienność?
Z.S.: – Kiedy jesteśmy w domu, rano idziemy na Mszę św. Po powrocie włączamy komputer i Skype’a. Działa cały dzień, w każdej chwili można się z nami skontaktować. Jesteśmy także w stałej łączności z Watykanem, z doradcami z dykasterii do spraw świeckich, rodziny i życia. Odbieramy też setki mejli dziennie. Pracy jest sporo, bo Equipes Notre-Dame jest największym ruchem skupiającym katolickie małżeństwa na świecie. Należy do niego około 130 tys. osób z ponad 90 krajów. I także najstarszym. Wszystko zaczęło się w Paryżu, w 1939 r., kiedy kilka młodych małżeństw poprosiło ks. Henriego Caffarela, aby pomógł im lepiej przeżywać sakrament, który ich łączy.
 
Jako para międzynarodowa zapewne sporo Państwo podróżują?
T.S.: – Rzeczywiście. Nie ukrywamy, że w naszym wieku jest to dość męczące. Jednak odwiedziny w kolejnych krajach pozwalają nam bardziej dostrzegać międzynarodowy charakter naszego ruchu. Łatwiej nam też dzięki nim zrozumieć różnice pomiędzy poszczególnymi kulturami.
 
Gdzie najprężniej ruch się rozwija?
T.S.: – Zdecydowanie w Brazylii. Działa tam około 4 tys. ekip. Dobrze sprawy się mają zresztą w całej Ameryce Łacińskiej. Equipes bardzo rozwija się np. w Ekwadorze i Meksyku. Niedawno wyszliśmy też z propozycją stworzenia ekip do biskupów Kuby. Odnieśli się do niej pozytywnie i pierwsza ekipa rozpoczęła już tam spotkania. Osłabła natomiast działalność ruchu w Syrii. Zanim zaczęła się wojna, mieliśmy tam 65 ekip. Jednak wiele małżeństw opuściło kraj. Na szczęście ci, którzy zostali, nadal się spotykają, chociażby w Aleppo.
 
Z.S.: – Dużo wysiłku kosztuje nas z kolei rozwijanie ruchu w Afryce. W niektórych krajach z powodu poligamii, w innych, jak np. w Sudanie, silnego ateizmu. Tamtejsze lokalne Kościoły stale zwracają się do nas z prośbą o przysłanie osób gotowych zająć się tworzeniem ekip i jednocześnie ewangelizacją. Problemy mamy też w Azji, głównie w Indiach i Japonii. Tam trzeba zaczynać od najprostszej katechizacji. Każdy region świata ma zresztą swoją specyfikę. We Francji na przykład w ruchu mamy sporo starszych małżeństw, 80- a nawet 90-latków, które przystąpiły do niego dziesiątki lat temu i nadal uczestniczą w spotkaniach.
 
Jak wygląda sytuacja w Polsce? Spędzili Państwo właśnie kilka dni w naszym kraju, uczestnicząc w Warszawie w XV Pielgrzymce Ruchu Equipes Notre-Dame Super-Regionu obejmującego Europę Środkową, czyli Polskę, Białoruś, Czechy, Słowację i Ukrainę.
T.S.: – Mieliśmy okazję odbyć wiele rozmów, m.in. z parą odpowiedzialną za wasz Super-Region (Lucyna i Krzysztof Wysoccy – przyp. red). Bardzo nas cieszy entuzjazm polskich ekip, to, że jest w nich sporo młodych małżeństw. To do młodych należy przyszłość ruchu. Z tego, co wiemy, wasz Super-Region liczy około tysiąca małżeństw. W Polsce ruch nieustannie się rozwija, podobnie jak w innych krajach tej części Europy.
 
To znaczy, że coraz więcej osób odkrywa, jak ważne dla ich małżeństwa jest doświadczenie wspólnoty.
Z.S.: – We wspólnocie wszystko jest prostsze. Łatwiej przezwyciężyć trudności, które przecież pojawiają się w życiu każdej pary. Ks. Caffarel lubił przywoływać pewne porównanie. Kilku Chińczyków siedzi wokół jednej miseczki ryżu. Każdy z nich ma bardzo długie pałeczki do jedzenia i sam nie może nimi sięgnąć do swoich ust. Łatwo za to dawać nimi jedzenie innym. To świetna ilustracja życia małżeństwa, ale także ekipy: trzeba myśleć o drugiej osobie. Ks. Henri mawiał też, że jeśli jako małżeństwo ograniczymy się do daru drugiej osobie, dwa strumyki utworzą staw, w którym woda z czasem się zastanie. Ale jeśli wspólnie dajemy siebie innym w darze, powstaje rzeka, w której wciąż płynie świeża woda.
 
T.S.: – W szczególny sposób doświadczyliśmy mocy modlitwy wspólnoty, kiedy od jednej z naszych trzech córek odszedł mąż. Miała wtedy 3-letniego synka. To rozstanie było dla niej i dla nas źródłem wielkiego cierpienia. Ale z czasem dojrzała do tego, by poświęcić swoje życie Maryi. Wnuk ma obecnie 15 lat i odczytujemy jako Bożą łaskę to, że nie ma z nim żadnych problemów wychowawczych.
 
Co dla Państwa jest najważniejsze w formacji małżeństw?
Z.S.: – To, żeby nie wybierać łatwej drogi. Trzeba przyznać, że Equipes Notre-Dame jest wymagający. Mamy w ruchu konkretne tak zwane punkty wysiłku, które powinny być realizowane jak najbardziej uczciwie. To gotowość do przebaczania, modlitwa, dialog małżeński nazywany u nas „obowiązkiem zasiadania”. Zdarzało się, że nasze dzieci kiedy widziały, że coś jest między nami nie w porządku, pytały: „Czy już nie czas na wasz obowiązek zasiadania?”.
 
T.S.: – „Obowiązek zasiadania” to spotkanie trzech osób: żony, męża i Pana Boga. Kiedy wiemy, że On jest obecny, spojrzenie jednego na drugie jest zupełnie inne. Nie można niczego ukryć. Takie spotkanie nie jest zwykłą rozmową. Wielokrotnie doświadczyliśmy, że zasiadanie to moment wielkiej łaski, Bóg daje nam wtedy swoje światło. Początkowo jednak często podczas niego po prostu milczałam. Miałam problemy z wyrażeniem czegokolwiek. Dopiero z czasem zaczęłam odkrywać, że dzielenie się swoimi odczuciami i wzajemna wymiana myśli to w małżeństwie po prostu droga, którą trzeba razem przebyć. Zresztą kto powiedział, że w małżeństwie będzie łatwo (śmiech)?
 
Tłumaczenie: Agnieszka Zagórska-Robert
 
 

 
 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code
  • awatar
    uja
    23.06.2017 r., godz. 21:31

    dlaja gdy jeszcze

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki