Logo Przewdonik Katolicki

Bóg zabrał moje zranienia

Magdalena Guziak-Nowak
Pieta wg Delacroix, Vincent van Gogh / Wikipedia

Maria i Piotr. Choć są małżeństwem od 32 lat, siódmą rocznicę życia w miłości obchodzili dopiero w tym roku.

Pobrali się wcześnie, mieli po 19 lat, Piotr po ślubie zdawał maturę. Była miłość i było dziecko, ale zabrakło pomysłu na życie i dojrzałości. Dziś, po latach, przyznają: „Nie dorośliśmy”. Ani do roli rodziców, ani do roli małżonków.
 
Rozdział pierwszy. Mąż
Problemy zaczęły się szybko. Tak szybko, że nie zdążyli się nacieszyć błogosławioną rutyną, zwyczajnością, normalnością. – Mąż chciał mnie kontrolować, mieć nade mną władzę – opowiada Maria. – Pił od samego początku. Najpierw towarzysko, ale zawsze za dużo. Był potem agresywny i wulgarny, dochodziło do przemocy fizycznej i psychicznej – mówi. I równia pochyła – oprócz picia weekendowego zaczęły się ciągi w tygodniu. A zarazem zamknięte koło – po piciu zawsze przychodził czas na przepraszanie i prośby o wybaczenie. Tak mijały długie lata.
Piotr pochodzi z rodziny alkoholowej. – Kobiety? Nie liczyły się tam, dlatego byłam dla niego workiem treningowym – przyznaje Maria. Teraz, gdy ma szeroką wiedzę o mechanizmach nałogów i sama jest instruktorem terapii uzależnień, wie, że miał duże „szanse” na powtórzenie historii swojego taty. Ale wtedy, gdy żyła w domu, który ranił, nie było to żadnym pocieszeniem. Alkohol, praca, firma, koledzy – wszystko było ważniejsze od niej i dzieci. – Rytm naszego życia wyznaczały przeprowadzki. Przenosiliśmy się z miejsca na miejsce aż szesnaście razy. Niezły wynik jak na 32-letni staż małżeński. W interesach same niepowodzenia. Źródło wszelkich problemów Piotr widział we mnie. Źle gospodarowałam pieniędzmi, źle wychowywałam dzieci, wszystko źle. Gdy byliśmy pięć, sześć lat po ślubie, zdradził mnie z moją koleżanką – wyznaje Maria.
Mieli już wtedy dwoje małych dzieci. Odejść, a właściwie uciec? Ale dokąd? Maria: – W tamtych czasach samotna matka była wytykana palcami. Nie miałam się gdzie podziać. Na rodziców liczyć nie mogłam, od początku byli negatywnie nastawieni do naszego małżeństwa. Wstydziłam się powiedzieć, że coś jest nie tak. Cierpiałam, ale doszłam do wniosku, że trudno, trzeba się z tym pogodzić. I żyć dalej.
Niby wszystko wróciło do normy. Do normy, którą był alkohol i presja: „On jest ważny, a ja do niczego”.
 
Rozdział drugi. Syn
Czas płynął. Dzieci urosły. W domu bez wzorców. – W 2005 r. okazało się, że nasze młodsze dziecko jest uzależnione od narkotyków – opowiada Maria. Dwa lata później syn trafił do Monaru. Spędził w ośrodku półtora roku. – Każda wizyta u niego przepełniała mnie ogromnym bólem. Gdy wracaliśmy z odwiedzin, mąż prowadził auto, a ja siedziałam skulona z sercem przygniecionym jakby przez słonia. Bałam się i ciągle płakałam – mówi i wyciera oczy. To jeden jedyny raz, kiedy się wzrusza, opowiadając swoją historię. Proste, to miłość matki do dziecka.
Wydawałoby się, że Maria i Piotr przeszli już wszystko. Jednak do dna, od którego mogli się odbić, była jeszcze daleka droga.
 
Rozdział trzeci. Maria
„Coś we mnie pękło”, czyli coś się skończyło i coś się zaczęło. Maria nie radziła sobie z emocjami, z sobą, z życiem. Tak mówi: – Widziałam tylko jedno rozwiązanie: mieć wszystko gdzieś. Już wiadomo, co będzie dalej. Nie mogłam spać, nie mogłam jeść, ale mogłam pić. Na początku towarzysko, kontrolowałam sytuację, ale od 2007 r. piłam problemowo. Oczywiście, między piciem a kacem nadal były awantury, spychanie ze schodów, przemoc. 15 sierpnia 2009 r. zapiłam alkoholem antydepresanty i leki nasenne. Straciłam przytomność, trafiłam do szpitala na odtrucie. 17 sierpnia ostatni raz piłam alkohol. Pojechałam do ośrodka leczenia uzależnień. I tam zrozumiałam, że moje życie to jedna, wielka porażka. Powiedziałam terapeucie: „Chcę żyć”.
 
Rozdział czwarty. Decyzja: rozwód
Po wyjściu z ośrodka Maria zapisała się na terapię indywidualną. Piotr nadal pił, bił i chodził na imprezy. Na swój sposób cieszył się życiem. Marię zaczęły zastanawiać jego ranne powroty. – Odkryłam, że mąż korzysta z usług prostytutek w domu publicznym i bawi się w najlepsze. Gdyby nie wcześniejsze doświadczenia i fakt, że trafiłam do ośrodka, pewnie sięgnęłabym po alkohol i zapiłabym się na śmierć – wyznaje.
Ale podjęła inną decyzję – złożyła wniosek o rozwód. Bez orzekania winy, bez nienawiści, złości, tylko, żeby żyć. Żeby po 25 latach takiego małżeństwa zacząć oddychać. Było to w październiku 2009 r. – Gdy Piotr dowiedział się o mojej decyzji, zaczął mnie błagać o kolejną szansę. Ale jego obietnice nie robiły na mnie żadnego wrażenia, byłam na nie odporna. Nie gotowałam, nie sprzątałam, „wyprowadziłam się” z sypialni, wyszłam z roli, którą grałam od 25 lat. Chodziłam do kościoła, na mityngi, terapię – wspomina Maria.
A Piotr? Słowo „rozwód” było szokiem, kubłem zimnej wody. Zaczął się zmieniać. Rozpoczął leczenie. Zależało mu, nawet teściową prosił o pomoc. Zobaczył, klatka po klatce, jak wyglądało jego małżeństwo, jego życie.
Maria: – Nawet to, że przestał pić, nie zmieniło mojej decyzji. Czułam się oszukana, zdradzona, chciałam zadbać o siebie, dzieci, a w przyszłości o wnuki. Sąd ekspresowo wyznaczył termin sprawy rozwodowej – pierwszej i ostatniej. Miała się odbyć 21 grudnia. 17 pojechałam na dni skupienia i modlitwy dla osób trzeźwiejących. To były pierwsze rekolekcje w moim życiu.
 
Rozdział piąty. Ostatni, ale pierwszy
Na Świętej Górze wypłakała ostatnie łzy i szczerze się wyspowiadała. Powiedziała o sprawie rozwodowej – pierwszej i ostatniej. Ksiądz pytał, czy to jej ostateczna decyzja. Zaproponował, że porozmawia z Piotrem przez telefon. „Proszę bardzo” – Maria wiedziała, że się nie wycofa. Ale nie zdążył zadzwonić, bo to Piotr pierwszy znalazł do niego numer telefonu. Przyjechał zapłakany i skruszony. – Ks. Leszek poprosił, żebym dała mu ostatnią szansę i wycofała pozew, bo na to zawsze będę miała czas. Pojechaliśmy z mężem na kawę, a potem on wrócił do domu. To była sobota. Nazajutrz odbywała się uroczysta Msza św., do której służyli trzeźwiejący alkoholicy. Piotr znowu przyjechał. Pierwszy raz od naszego ślubu poszedł do Komunii. Uważał się za ateistę, chrzty i Pierwsze Komunie były dla niego ceremonią. A tu szedł do ołtarza – z wiarą, przemieniony. Łzy ciekły mi po policzku… – opowiada Maria.
Po obiedzie razem wrócili do domu. W poniedziałek poszli do sądu, żeby uznać sprawę za niebyłą. Sędziowie się ucieszyli i pogratulowali. A oni przytulili i uściskali, choć o pełnym przebaczeniu nie było wtedy mowy. Zdrady, przemoc i żal straconego czasu wracały.
Maria: – Piotr nie pił, ale ciągle chciał mną sterować. Zdecydowałam, że chcę pomagać trzeźwiejącym ludziom. Wyjeżdżałam na szkolenia do Warszawy, potem założyłam w naszym mieście fundację, która pomaga uzależnionej młodzieży. To go denerwowało i frustrowało, bo nie troszczyłam się już o jego zachcianki. W odwecie go atakowałam, wypominałam krzywdy z przeszłości. Ale też ciągle się modliłam o prawdziwe wybaczenie, bo wspomnienia niszczyły mnie i nas jako małżeństwo. I Pan Bóg wszystko przemienił. Piotr naprawdę się nawrócił. Chodził na Msze św., do spowiedzi i zaczął mnie wspierać.
 
Krzywdy cierpliwie znosić
To nie jest zachęta do zgody na przemoc. To próba przyjęcia innej perspektywy. Cierpliwie – czyli z wiarą w Boże prowadzenie, że na największym bagnie mogą wyrosnąć róże. Znosić – czy z trudem nosić, zgadzać się na ciężar, na krzyż. Aby przemienić innych i siebie.
– Nigdy nie pytałam Pana Boga, dlaczego to właśnie mnie spotkały takie cierpienia – mówi Maria. – Krzywdy? Za wszystkie zranienia dziękuję. Moje życie zmieniło się po to, aby dziękować. Nie mam poczucia, że miałam gorzej albo że coś mnie ominęło. To jest piękne, że potrafię o tym mówić i nie czuję bólu. Ale to tylko Bóg. Tylko On mógł to sprawić – tu mężowski cmok od Piotra, który właśnie wszedł do pokoju. I dalej: – A jak jest dzisiaj? Nigdy nie było tak dobrze jak dzisiaj. Pakujemy się na walentynkowy weekend.
 
                                                                                                                                     
Imiona bohaterów zostały zmienione.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki