Logo Przewdonik Katolicki

Pniewy, co mają swoją Urszulę

Małgorzata Szewczyk
Fot.

Miasteczko oddalone od Poznania o blisko 60 kilometrów, położone na międzynarodowej trasie ze stolicy Wielkopolski do Berlina. Chociaż jego nazwa Pniewy po raz pierwszy pojawia się już w drugiej połowie XIII w., dziś słynie przede wszystkim z duchowych i materialnych śladów matki Urszuli Ledóchowskiej świętej zakonnicy w szarym, prostym habicie. Właśnie mija 75. rocznica jej śmierci i 25. rocznica przewiezienia jej ciała z Rzymu do Pniew.

Miasteczko oddalone od Poznania o blisko 60 kilometrów, położone na międzynarodowej trasie ze stolicy Wielkopolski do Berlina. Chociaż jego nazwa – Pniewy – po raz pierwszy pojawia się już w drugiej połowie XIII w., dziś słynie przede wszystkim z duchowych i materialnych śladów matki Urszuli Ledóchowskiej – świętej zakonnicy w szarym, prostym habicie. Właśnie mija 75. rocznica jej śmierci i 25. rocznica przewiezienia jej ciała z Rzymu do Pniew.

Pochodziła z rodziny hrabiowskiej. Polka urodzona w Austrii, stryjeczna bratanica kard. Mieczysława-Halki Ledóchowskiego, siostra bł. Marii Teresy, założycielki zgromadzenia klawerianek, i Włodzimierza, generała jezuitów. Św. Urszula przemierzała Europę, była przyjmowana przez króla Norwegii i trzech kolejnych papieży. Rozmawiała z politykami i ministrami. Sama opiekowała się sierotami i ubogimi, zwłaszcza dziećmi i młodzieżą. Dzięki niej Pniewy, w których dziś znajduje się dom macierzysty szarych urszulanek, weszły do dziejów Kościoła powszechnego.

 

Przecież to kurnik, nie klasztor

„Pociąg do Pniew – jedyny – o dziewiątej wieczorem odchodził, więc już około siódmej ruszamy na stację. (…) Panie zatelefonowały też do Pniew, do Czerwonego Krzyża, aby ktoś przyszedł na stację do pomocy. (…) Słowem koniec biedy. Po godzinie jedenastej w nocy zajeżdżamy do Pniew. Dzieci zaspane, ledwo można je dobudzić. (…) Około północy jesteśmy u Świętego Olafa, czyli u siebie. Pierwsza noc pod naszym pniewskim dachem” – te słowa zapisała matka Urszula Ledóchowska w pierwszych dniach sierpnia 1920 r. Ta pierwsza pniewska noc była przełomem w życiu założycielki Zgromadzenia Sióstr Urszulanek Serca Jezusa Konającego i w dziejach samego, liczącego wówczas ok. 2700 mieszkańców, miasteczka w Wielkopolsce. Przez niemal dwadzieścia lat było to bowiem miejsce życia i działalności św. Urszuli. Stąd udała się w swoją ostatnią ziemską podróż do Rzymu w kwietniu 1939 r. i tutaj przywieziono pół wieku później z Wiecznego Miasta jej nienaruszone doczesne szczątki. – Św. Urszula zakupiła niewielką posiadłość w Pniewach za fundusze ofiarowane przez konsula norweskiego, B. Stolt-Nielsena, dzięki interwencji jego żony, która słuchała jednego z wykładów matki w Danii – opowiada s. Ancilla Kosicka, archiwistka zgromadzenia. W dowód wdzięczności dla ofiarodawcy całą posiadłość nazwano Zakładem św. Olafa, króla Norwegii, który wprowadził chrześcijaństwo w swoim kraju. – Gdy w październiku 1920 r. przyjechał tu abp Achille Ratti, późniejszy papież Pius XI, nie mógł uwierzyć, że mieszka tutaj założycielka zgromadzenia. „To jest kurnik, a nie klasztor” – miał wówczas powiedzieć – uśmiecha się s. Ancilla, powołując się na słowa ówczesnego mieszkańca Pniew Floriana Kaptura, świadka tego wydarzenia. Nuncjusz był pod wrażeniem panującego tu ubóstwa. Dziś z pierwotnych budynków zakładu, w których mieścił się dom dziecka dla sierot po polskich robotnikach, które matka przywiozła z Danii, i szkoły gospodarczej dla dziewcząt niewiele pozostało. Ale jedno pomieszczenie pozostało niezmienne – cela, w której Urszula mieszkała do dnia wyjazdu do Rzymu, 26 kwietnia 1939 r.

 

Pokój świętej

– To meble i pamiątki, które pozostały po matce – mówi s. Daniela Jankowska, założycielka i dyrygentka znanego chóru dziecięco-młodzieżowego „Promyki Słoneczne”, wprowadzając mnie z korytarza klasztornego do niewielkiej celi, pełnej śladów świętej. Zadziwia prostota, a w zasadzie zwyczajność i ubóstwo tego miejsca. Nie ma tu niczego zbędnego. Małe, drewniane łóżko bez sprężyn, ze słomianym materacem, stolik nocny, zgrabny sekretarzyk, a przy nim krzesło i mały fotel dla gościa. Biały kaflowy piec osłania parawan. Za nim stoi prosty, drewniany stołek, na nim emaliowana miska i dzbanek na wodę oraz lniany ręcznik. Z sufitu zwisa prosta, w kształcie białego talerza, lampa. Jest jeszcze okratowane okno i podłoga „pamiętająca” świętą. Na sekretarzyku, przy którym Urszula napisała Testament starej, bardzo kochającej Matki, Historię Kongregacji i Kronikę Zgromadzenia, stoi niewielki obraz Serca Jezusowego, podarowany jej w 1918 r. przez rodzonego brata, Włodzimierza. Jego zdjęcie do dziś wisi na ścianie nad sekretarzykiem. Jest i obrazek Matki Bożej Częstochowskiej, przypominający rodzinny dom i ojca, Antoniego Ledóchowskiego, który często modlił się przed wizerunkiem Czarnej Madonny. Można odnieść wrażenie, że czas się tu zatrzymał. – Proszę zobaczyć, po lewej stronie od okna widać jeszcze jedną pamiątkę po matce Urszuli – to kalendarz z datą 26 kwietnia 1939 r. To dzień, w którym matka wyruszyła do Rzymu – dodaje s. Daniela. Przechodzę do drugiego niewielkiego pokoju, przylegającego do celi. Od beatyfikacji Urszuli w 1983 r. pomieszczenie to pełni funkcję muzeum. Siostry zgromadziły w nim inne wyjątkowe pamiątki po świętej: przedmioty z domu rodzinnego – alabastrowy krzyż, modlitewniki św. Urszuli, jej habit, różaniec, binokle, buty, pukiel włosów, odznaczenia państwowe, pojedyncze numery założonego przez nią kwartalnika „Dzwonek św. Olafa”, błogosławieństwo od papieża Piusa X i świecę podarowaną przez Piusa XI. Jest i wykonane przez świętą drzewo genealogiczne rodziny Ledóchowskich oraz namalowany przez nią obraz Najświętszej Maryi Panny Niepokalanie Poczętej. – Św. Urszula namalowała wiele obrazów, większość z nich znajduje się w klasztorze u sióstr urszulanek w Krakowie, gdzie przebywała przez 21 lat – podkreśla s. Daniela. Życie i bogatą działalność świętej można poznać, oglądając wystawę na klasztornym korytarzu lub w Domu Matki Założycielki, czyli w sąsiednim budynku, w którym jest także duża aula z przeznaczeniem na spotkania, projekcję filmów i przedstawienia teatralne. Na licznych czarno-białych fotografiach widać uśmiechniętą matkę Urszulę wśród gromadki dzieci, uczennic, rodaków w Szwecji, Norwegii, Danii, Włoszech czy Francji. Z ojcem i rodzeństwem, z kardynałami i siostrami nowicjuszkami. Matka Ledóchowska pochylona nad biurkiem, przygotowująca odczyty, a może odpowiadająca na listy, czytająca korespondencję. Są i miejsca związane z jej życiem: Loosdorf w Austrii, gdzie się urodziła, St. Pölten, gdzie spędziła lata nauki, Kraków, Petersburg, Warszawa, Sieradz, Łódź, Czarny Bór k. Wilna, Rzym… i Pniewy.

 

Wróciła do domu

Idąc po śladach świętej, nie sposób nie wstąpić do obszernej dziś kaplicy – głównego miejsca w sanktuarium św. Urszuli – rozbudowanej z niewielkiej kaplicy św. Olafa, w której matka spędzała długie godziny na modlitwie przed Najświętszym Sakramentem. W miejscu, gdzie niegdyś mieścił się ołtarz główny, dziś stoi wykonany z białego piaskowca sarkofag świętej. Tutaj spoczywa jej ciało, odkąd po półwieczu nieobecności powróciło do Pniew 28 maja 1989 r. Nad sarkofagiem widnieje zdjęcie uśmiechniętej matki Urszuli, otoczone setkami wotów, które ludzie pozostawili w dowód wdzięczności za otrzymane łaski. Po lewej stronie bocznej kaplicy wisi duży obraz, kopia Ukrzyżowania Velázqueza, namalowany przez Urszulę. Ale oprócz materialnych śladów po świętej w Pniewach są i te niematerialne. To przede wszystkim siostry – duchowe córki założycielki zgromadzenia szarych urszulanek, pielęgnujące charyzmat pozostawiony przez matkę Ledóchowską i realizujące zadania apostolskie w dziedzinie wychowania i nauczania dzieci i młodzieży. Pracują jako katechetki, nauczycielki, wychowawczynie w domach dziecka, przedszkolach, bursach, świetlicach środowiskowych. Są już w 14 krajach świata.

 

Archiwum łask

Pamięć o matce Ledóchowskiej jest wciąż żywa wśród pniewskiej społeczności, ale nie tylko. Sanktuarium św. Urszuli odwiedzają w ciągu roku setki wiernych. Tysiące próśb o modlitwę za wstawiennictwem świętej przychodzi tradycyjną pocztą, a ostatnio, coraz częściej, drogą internetową. Telefon w pniewskim klasztorze odzywa się nader często. Ludzie dzielą się swoimi troskami, zmartwieniami, szukają pocieszenia i rady, a przede wszystkim oczekują wsparcia modlitewnego – opowiada s. Weronika Oman, archiwizująca napływające do sanktuarium prośby i dziękczynienia za wstawiennictwem św. Urszuli. Urszulanka podkreśla, że kult świętej rozwijał się stopniowo, choć największe jego natężenie nastąpiło po beatyfikacji matki w 1983 r., po przywiezieniu jej ciała w 1989 r. i po kanonizacji w 2003 r.

 

Ludzie listy piszą…

„Święty to przyjaciel, pocieszyciel, to brat kochający. Odczuwa nasze biedy, troski, modli się za nas, pragnie dobra naszego i szczęścia” – pisała św. Urszula. Te słowa wielu odczytuje jako zapewnienie, swoistą deklarację opieki i wstawiennictwa u Pana Boga w najróżniejszych potrzebach. – To święta od spraw związanych z rodziną, wychowaniem dzieci, nauką – wymienia s. Weronika, ale zaraz dodaje, że matka Ledóchowska skuteczna jest też w wypraszaniu u Boga łaski zdrowia, szczęśliwych porodów dzieci zagrożonych w łonie matki czy nawróceń. Ludzie wysyłają listy lub e-maile. – To tylko mały wycinek próśb i podziękowań, które przychodzą na adres sanktuarium i które wrzucane są do skrzyneczki w kaplicy – s Weronika pokazuje gruby stos kartek i karteczek. – Pielgrzymi składają je przy sarkofagu św. Urszuli, prośby są odczytywane podczas czwartkowej Mszy św. i nowenny do świętej – opowiada siostra.

Pielgrzymi przybywają do pniewskiego sanktuarium z różnych stron Polski, indywidualnie lub w grupach zorganizowanych. Często są to wierni z parafii, którym patronuje Urszula, ale przyjeżdżają też tutaj dzieci pierwszokomunijne, członkowie Domowego Kościoła, neokatechumenatu, narzeczeni, klerycy, katecheci... Z archidiecezji poznańskiej i sąsiadującej z nią kaliskiej przyjeżdżają całe rodziny, by prosić św. Urszulę o opiekę i wstawiennictwo. – Ludzie proszą często o obrazek z wizerunkiem Matki, zakładki, broszurki – chcą mieć jakąś pamiątkę z sanktuarium, znak, że tutaj byli – podkreśla urszulanka. – Archiwizuję i opracowuję wszystkie prośby, odnotowuję, że komuś wysłałam broszurkę, a komuś obrazek – dodaje s. Weronika. Do Pniew docierają też podziękowania za otrzymane łaski, za opiekę, uratowanie z wypadku samochodowego, za pozytywne wyniki z egzaminów, uzyskaną pracę, pokój w rodzinie.

 

Gesty wdzięczności

Siostra Weronika wyciąga kilka listów ze stosu niedawno nadesłanych. To podziękowania za otrzymane łaski. „Prosiłam w intencji szczęśliwego porodu naszej pierwszej wnuczki Małgorzaty. Nasza synowa Daria jest pewna, że trwający zaledwie półtorej godziny poród Ty jej wyprosiłaś, Matko. Składamy to świadectwo jako dowód Twego wstawiennictwa” – napisali Ewa i Piotr z Łodzi. „Ukochałam św. Urszulę Ledóchowską od momentu przeczytania książki Cuda św. Urszuli Ledóchowskiej. Gorąco modliłam się nowenną, która była zamieszczona w tej książce w sprawie chrztu św. dla mojej wnuczki Aleksandry, która urodziła się w Szkocji. Synowa nie chciała ochrzcić dziecka, twierdziła, że Oleńka, gdy osiągnie pełnoletność, to sama o tym zadecyduje. Dla mnie to był cios w samo serce. Podjęłam gorącą modlitwę za wstawiennictwem św. Urszuli dla mojego syna i synowej. Zanim upłynęło dziewięć dni, otrzymałam od nich telefon, że Oleńka będzie miała chrzest jeszcze w tym roku, w Edynburgu. Chcę zaświadczyć, że modlitwa do św. Urszuli jest tak bardzo skuteczna, że nikt nie może wątpić w miłosierdzie Boże” – to inne świadectwo nadesłane kilka miesięcy temu. Siostra opowiada też o ministrancie Michale z Głubczyc, którego chuligan na ulicy uderzył w oko. Uraz był tak poważny, że groziła mu nawet utrata wzroku. Rozpoczęła się walka lekarzy o zdrowie chłopaka. – Jego mama dzwoniła co tydzień przed czwartkową nowenną i prosiła nas o modlitwę – mówi zakonnica. – Zapewniałam ją, że prosimy św. Urszulę o wstawiennictwo w tej sprawie – dodaje i bierze do ręki świadectwo matki Michała, które nadeszło w ostatnich dniach do Pniew. „W domu, w kieszonce marynarki syna znalazłam obrazek św. Urszuli z nowenną do Serca Pana Jezusa, który syn otrzymał od jakiegoś księdza. Zaczęłam z wiarą i ufnością ją odmawiać i poprosiłam siostry z Pniew o modlitwę za syna. W tym czasie syn miał wizytę u lekarza. «Jeszcze nigdy w mojej praktyce lekarskiej nie spotkałem człowieka, który miałby tak wielkiego pecha, a potem zaraz takie wielkie szczęście» – miał powiedzieć lekarz opiekujący się chłopakiem. Michał widzi na chore oko, a zmiany, które były nieodwracalne, cofają się” – napisała wdzięczna matka.

Na ścianach sanktuarium, przy sarkofagu świętej, zgromadzone są liczne wota. Różańce, medaliki, biżuteria… W jednej z rozmównic w pniewskim klasztorze na ścianie wisi obraz-wotum. Wiąże się z nim wyjątkowa historia. Kilka lat temu podarował go siostrom mieszkaniec Pniew. Na polu stoi mężczyzna, a obok niego matka Urszula. Na pierwszym planie obok tych postaci widoczny jest koń. – To dar syna rolnika uwiecznionego na obrazie. Kiedy matka Urszula przemierzała Pniewy, zauważyła na polu mężczyznę, który samodzielnie orał pole, bez pomocy konia. Po prostu nie było go stać na zakup zwierzęcia. Matka widząc to, zatrzymała się i powiedziała: „Ta praca jest dla pana za ciężka. Przyprowadzę panu od nas konia”. I tak uczyniła. Historia ta wciąż jest przypominana w tej rodzinie – mówi s. Weronika. Takich świadectw namacalnej do dziś opieki św. Urszuli Ledóchowskiej jest wiele.

Ktoś kiedyś powiedział, że wdzięczność jest pamięcią serca…


 

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki