Logo Przewdonik Katolicki

Komża i piłka

Michał Bondyra
Fot.

Sport robi z młodego chłopaka mężczyznę. Piłka uczy walki, rywalizacji, wytrwałości. Uczy, jak znosić gorycz porażki. To cechy, które są bardzo pomocne także w rozwoju ducha, a najlepiej wiedzą o tym... opiekunowie ministrantów.

Każdego z nich łączy miłość do piłki, Kościół i praca z młodzieżą. Nic dziwnego, że każdy z nich do formowania charakterów nastolatków wykorzystuje orliki i gimnastyczne hale.

 

Ukochana piłka

Odbywające się co roku w maju Mistrzostwa Polski Służby Liturgicznej w Piłce Nożnej Halowej o Puchar miesięcznika dla  ministrantów „KnC” („Króluj nam Chryste”), to największy ogólnopolski projekt piłkarski dla młodzieży związanej z Kościołem. By sto najlepszych drużyn dostało się na finały, które odbywają się co roku w innym miejscu, najpierw kilka tysięcy zespołów gra przez cały rok diecezjalne eliminacje. Mistrzostw nie byłoby, gdyby nie on, ciągle uśmiechnięty korpulentny jegomość. Ks. Paweł Guminiak jeszcze kilkanaście lat temu był dobrze zapowiadającym się napastnikiem. Już jako młodzieżowiec grywał w trzecioligowym Rodle Kwidzyn. – Miałem 18 lat i byłem u progu kariery, kiedy usłyszałem powołanie – mówi dziś. Decyzję przyspieszyło… przedawkowanie narkotyków przez jednego z kolegów. – On zawsze miał problemy z alkoholem i narkotykami, ale my wciąż o niego walczyliśmy i próbowaliśmy go pilnować. Po maturze, kiedy rozeszły się drogi, nas zabrakło, a on przedawkował. Złoty strzał – tłumaczy ks. Paweł. Wtedy postanowił, że będzie robił wszystko, by odciągać młodych od używek, a że już jako młody chłopak mimo gry w piłkę służył przy ołtarzu regularnie, dla niego wybór był prosty. Seminarium.

 

Motywator

Piłki jednak nie porzucił. – Już na początku stworzyliśmy pierwszy w Polsce seminaryjny AZS. – Szło nam tak dobrze, że w turniejach wojewódzkich dla uczelni wyższych zawsze byliśmy na podium. Zwykle wyprzedzały nas uniwersytet i szkoła policyjna – tłumaczy. Już jako neoprezbiter założył… Parafialny Klub Sportowy „Rafael”. – W parafii pw. Rafała Kalinowskiego w Elblągu zebrałem nie tylko ministrantów, ale też młodzież włóczącą się po podwórkach. Była nie tylko piłka, ale i tenis stołowy, judo i siatkówka – wymienia. Jego działanie na rzecz młodzieży stało się głośne w całym Elblągu. Nic dziwnego, że już rok po założeniu klubu zgłosili się do niego kibice Olimpii Elbląg, formujący piłkarski klub w B klasie. – Awansowali do „okręgówki” i potrzebowali grup młodzieżowych, zaproponowali mi, bym wraz z moimi dzieciakami przyłączył się do ich klubu – wspomina. Od tego czasu zaczęła się jego błyskawiczna kariera. Ksiądz najpierw został w Olimpii Elbląg dyrektorem ds. szkolenia młodzieży, a dwa lata później, po rezygnacji z funkcji prezesa Roberta Glińskiego, prezesem klubu. W roku 2012 Olimpia kibiców z Olimpią, która była kontynuatorem historii elbląskiego klubu, połączyły się i znów wybrano go na prezesa.

Co ważne, jednocześnie nie przestawał dbać o ministrantów swojej parafii. W 2004 r. wpadł na pomysł, by stworzyć piłkarskie mistrzostwa Polski dla ministrantów. Ideę podchwyciło raczkujące dopiero co pismo dla ministrantów „KnC – Króluj nam Chryste”. Pierwsze mistrzostwa wystartowały w Elblągu rok później. – Połączenie ministrantury z piłką to coś naturalnego, bo piłka daje chłopakom chęć do działania, motywuje do służby. Ona też integruje tych, którzy wyznają podobne wartości – mówi. Ks. Paweł dodaje, że choć połączenie piłki z duchową formacją nie daje gwarancji, że z tych chłopaków wyrosną porządni mężczyźni, to dyscyplina i systematyczność, których się nauczą, na pewno zaprocentuje.

 

Psychoterapeuta

Kiedy wraz ze swoimi ministrantami z Lubartowa ks. Marcin Grzesiak wygrywał siódmą edycję mistrzostw Polski na Jasnej Górze, bardzo chciał jeden z kolejnych turniejów przygotować u siebie, w Lublinie. Ostatnie miesiące przed turniejem finałowym praktycznie nie spał, ale się opłaciło: 1200 ministrantów wyjechało z Lublina zadowolonych. Po co to robi? – Sport robi z młodego chłopaka mężczyznę. Piłka uczy walki, rywalizacji, wytrwałości, cech, które są bardzo pomocne także w rozwoju ducha – tłumaczy. Tym razem jego drużynie nie udało się stanąć na podium. – To też uczy chłopaków umiejętności znoszenia porażek i podnoszenia się po nich – przyznaje i wspomina raz jeszcze mistrzowski w wykonaniu swojej drużyny turniej w Częstochowie, który zaczęli od porażki. – To był zimny prysznic, który nas zahartował. Po długich męskich rozmowach pozbieraliśmy się i poszliśmy dalej, aż po Puchar „KnC” – wspomina dziś z nostalgią. Jeden z bohaterów tamtej drużyny teraz pomagał ks. Marcinowi w biurze mistrzostw. – Cieszę się, że choć już ze względu na wiek nie mogę zagrać, to choć w ten sposób mogę pomóc i dołożyć swoją cegiełkę do tego turnieju – tłumaczy Rajmondo Pala. On, podobnie jak koledzy do ołtarza, przyszedł przez piłkę. Wrócił z otchłani nałogu, o który się otarł: „To był przełom podstawówki i gimnazjum. Wpadłem wtedy w złe towarzystwo. Alkoholu było tak dużo, że w trzeciej klasie gimnazjum trudno mi było wytrzymać w ciągu dnia bez piwa”. Dziś wie, że do przekroczenia cienkiej linii brakowało niewiele, a gdyby nie propozycja ks. Marcina, by przyszedł na orlik, jego życie mogło potoczyć się różnie. – Wszystkie zawody, turnieje wymagają dyscypliny i dobrej organizacji, a to są podstawy nie tylko dla rozwoju ministranta, ale i chrześcijanina – mówi ks. Grzesiak, przyznając, że sport to atrakcyjny wabik przyciągający do spraw naprawdę istotnych i ważnych.

 

Legenda

Poznański duszpasterz sportowców ks. Szymon Nowicki na mistrzostwach Polski o Puchar „KnC” był pierwszy raz. Od razu ze swoimi chłopakami z parafii pw. św. Faustyny w Plewiskach sięgnął po brązowe medale. Droga do turnieju finałowego wiodła przez archidiecezjalne eliminacje. W Komornikach lektorzy z parafii ks. Szymona okazali się najlepsi, w nagrodę zdobywając przepustkę na finały. Trenują raz w tygodniu. Schemat jest zawsze ten sam: rozgrzewka, ćwiczenia z piłkami, trochę taktyki, w końcu gra. Wielu lektorów gra już profesjonalnie w klubach, ale jak zastrzega ks. Szymon, to służba przy ołtarzu daje przepustkę do gry w drużynie ministranckiej. Sukces ich scementował, ale i stał się zachętą dla innych, by zasilić ministranckie szeregi. O piłce jako wabiku mówi też pan Marian Adamski. Przewodniczący Rady Gminy Komorniki to w środowisku służby liturgicznej w archidiecezji poznańskiej człowiek legenda. Służy w parafialnym kościele pw. św. Floriana już ponad pół wieku. Dziś jest nie tylko prezesem, ale i organizatorem, logistykiem i managerem. O Puchar „KnC” wraz z ministrantami walczył już po raz piąty. W Lublinie tym razem zagrały dwie z jego pięciu drużyn. Do walki o medale starszym zabrakło jednego punktu w grupie. Młodsi znów ukończyli krajowe zmagania na 26. miejscu. – Proboszcz ks. Kazimierz Stachowicz pociesza mnie, że wszystkiego wygrać się nie da – śmieje się pan Marian. Faktycznie, ale 98 pucharów zdobytych przez 12 lat robi wrażenie. – To są głównie nagrody związane z piłką, ale jest też kilka za koszykówkę, tenis stołowy – wylicza.

 

Inwestor

Adamski wspomina, że w Wirach sport był od zawsze. Nie dziwi więc, że dziś w tej maleńkiej miejscowości u św. Floriana gra 45 z 74 służących ministrantów. Jak podkreśla pan Marian, to gorliwa służba daje przepustkę do drużyny, za grę w której młodzi daliby się pokroić. Chłopcom z Wir nie brakuje niczego. Mają sześć kompletów piłkarskich, profesjonalne korkowe buty, niemalże nieograniczony dostęp do orlika latem i hali pobliskiej szkoły podstawowej zimą. To wszystko jednak wymaga funduszy. Te niemalże w całości pokrywa… pan Marian, który przeznacza co miesiąc kwotę 1500 zł swojej gminnej diety, by młodzi mogli się rozwijać. Czasem przy wyjazdach finansowo wspomagają go przyjaciele lub bogatsi parafianie. Pan Marian wyjmuje kolejne buty piłkarskie z bagażnika swojego samochodu. Przymierza. Nie pasują. Nie szkodzi, za tydzień przywiezie następne. To częsty widok. Ale ministranci będący pod skrzydłami pana Mariana też muszą wiele z siebie dać. – Treningi mamy tylko we wtorki, kiedy nie ma służby. Obecność na dyżurze w tygodniu i w niedzielę to podstawa, by móc grać. Ale to nie wszystko, jestem w dobrych kontaktach z nauczycielami w szkole i na bieżąco monitoruję ich postępy w nauce i zachowanie. Jak któryś z nich zrobi coś nie tak, to wie, że na grę nie ma szans – przyznaje Adamski. Wdzięczności panu Marianowi nie potrafią ukryć rodzice. Służby bez piłki nie wyobrażają sobie ani oni, ani chłopacy, ani ich prezes. Dlaczego piłka jest taka ważna w formacji? – Bo uczy odpowiedzialności za kolegów, bo uczy współzawodnictwa w duchu fair play – mówi, dodając, że formacja z kolei jest takim szkieletem do nienagannego zachowania: „Jak gramy w turniejach, inni pokazują nas palcami, mówiąc: patrzcie jak oni się zachowują, to są prawdziwi ministranci!”.

 

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki