Logo Przewdonik Katolicki

Wikary z "naszej" Niegowici

Michał Bondyra
Fot.

Chodził w przetartej sutannie i zniszczonych butach. Wiecznie rozmodlony i zaczytany. Nigdy nie był obojętny na ludzką krzywdę. Otwarty, szczególnie na młodzież i dzieci tak wspominają ks. Karola Wojtyłę ci, u których jako wikary spędził blisko rok. Parafianie z Niegowici.

Chodził w przetartej sutannie i zniszczonych butach. Wiecznie rozmodlony i zaczytany. Nigdy nie był obojętny na ludzką krzywdę. Otwarty, szczególnie na młodzież i dzieci – tak wspominają ks. Karola Wojtyłę ci, u których jako wikary spędził blisko rok. Parafianie z Niegowici.

 

– On tak nie wyglądał, jak w tym ołtarzu – uśmiecha się Maria Tuleja, dziś 76-letnia bardzo energiczna była krawcowa, wspominając ks. Karola Wojtyłę – wikariusza parafii pw. Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny w Niegowici. – Miał takie fajne włosy zaczesane na bok, ale nie takie gładkie, a przyklapnięte. One mu tak troszeczkę stały – dodaje, podkreślając główną różnicę między tym, jak pamięta ks. Karola, gdy ten uczył ją w piątej klasie religii, a wizerunkiem z fresku nad prezbiterium niegowickiej świątyni. Plafon przedstawia młodego wikarego klęczącego przed cudownym obrazem Matki Bożej i ma ledwie kilka lat. Dzieło Renato Tarlariniego to dowód na to, o czym mówi ks. Mieszko Ćwiertnia – tak jak ówczesny ks. Wojtyła wikariusz tej podkrakowskiej wsi: „dobrze oddaje jego dewizę Totus Tuus, którą żył i która dojrzewała tu przed obrazem Maryi”. Obraz, przed którym często modlił się młody ks. Wojtyła, wisi dziś w głównym ołtarzu. Pochodzi z 1610 r. Przed nim wielu skutecznie wypraszało łaski u Najświętszej Panienki – tu zwanej powszechnie jako Matka Boska Niegowicka.

 

Między Liplasem a Lipowymi Domami

Maria Tuleja w 1948 r. miała 12 lat. Chociaż nie brała udziału w żniwach, pamięta, jak wyglądał przyjazd późniejszego papieża na jego pierwszą parafię. – On przyjechał do Gdowa z Krakowa. W Gdowie pokłonił się Matce Bożej, wyszedł z kościoła i szedł tu, do Marszowic. A jechał wtedy gospodarz Marian Samka, ojciec – Stanisław. Ten, co teraz umarł. Wziął go na drabiniasty wóz, taki, jakim woziło się snopki siana. Bo był czas żniw. „Proszę pana, daleko pan idzie? Może się pan ze mną zabierze?” – pytał. A nie wiedział, kto idzie, bo ten był ubrany nie jak ksiądz, a tak zwyczajnie. Wojtyła dopiero jak usiadł, to powiedział, kim jest – wspomina. – Ten Samek podjechał tu pod dom i powiedział: „Ksiądz pójdzie tą drogą, tam przez te pola, a ja sobie zjem obiad i koniowi dam jeść” – dodaje. Ks. Karol poszedł. A gospodarz zaraz, jak nakarmił konia i zjadł obiad, ruszył w stronę Niegowici rozwozić snopki. Jak relacjonuje pani Maria, zastał go klęczącego przed figurą. Jedziemy w to miejsce. Wąską dróżką. Mijamy dom gospodarza Samka. Skręcamy w prawo. – Ta część Marszowic to Korbielów, ks. Wojtyła szedł po skosie, przez te pola – pokazuje ks. Ćwiertnia. Między Liplasem a Lipowymi Domami. Jak mówi, na miejscu kapliczki stał kiedyś krzyż, stary z 1909 r. Dziś pięknie się komponuje z popiersiem Jana Pawła II. To tu – jak wspomina sam papież w Darze i Tajemnicy – uklęknął, ucałował ziemię i się modlił. Upamiętnia to tabliczka, którą parafianie z ks. proboszczem Pawłem Sukiennikiem ufundowali na 50-lecie pracy duszpasterskiej Ojca Świętego. „Tu rozpoczęła się droga Karola Wojtyły papieża Jana Pawła II, 28.VII.1948 – 17.VIII.1949, do jego bliskiego kościoła i serc ludu Bożego”.

 

„Zachwycaliśmy się zdjęciami”

Marszowice to największa z dziewięciu wiosek należących do niegowickiej parafii. Zamieszkują ją 953 osoby. Jeszcze raz tyle, co Niegowić. Ks. Karol uczył tu katechezy. W dawnej strażnicy, dziś sklepie ogólnospożywczym, największym wzięciem cieszą się wysokoprocentowe trunki. Strażnica jest parę kroków od szkoły. Dzieci było tyle, że sytuacja wymusiła przeprowadzanie katechezy w dwóch miejscach. Pani Maria pamięta, jakie było poruszenie, gdy dowiedziała się, że uczyć ją będzie nowy ksiądz. – „No, jaki on będzie?” – zastanawialiśmy się wtedy. – Wspomina, że „nie był tak wymagający, żeby <<piłował>>, a wszystko tłumaczył na spokojnie”. – Religię mieliśmy w środku tygodnia, w środy. Na początku i na końcu była modlitwa, jak teraz. Pamiętam, że dużo z nami dyskutował – lepi skrawki wspomnień, żałując, że przez przeprowadzkę do nowego domu jej zeszyt do katechezy gdzieś się zawieruszył. Kazimierz Pilch, z oddalonego o kilka kilometrów od Marszowic Wierzchowa, też był uczniem ks. Karola. – Uczył mnie w pierwszej klasie. W punkcie katechetycznym. Od szkoły do punktu było jakieś 200 metrów. Już wtedy mówili, że coś z tego księdza będzie, bo taki zaczytany i rozmodlony. Dosłownie szedł, modlił się i czytał. A miał takie poniszczone chodaki i wytartą sutannę – wspomina wtedy 7-latek, dziś starszy pan po siedemdziesiątce. Z lekcji religii z kolei wspomina… fotografie. – Nie było lekcji religii, jakby nie miał zdjęcia. Boże Narodzenie, ukrzyżowanie – zawsze coś wyszukał w parafialnych archiwach i przynosił. Nie czarnobiałe, a kolorowe. Wyjmował z teczki i rozpoczynał rozmowę. Książki wtedy były szare, a my zachwycaliśmy się tymi zdjęciami – śmieje się pan Kazimierz.

 

Każdemu garnitur, Leosi sukienkę

Widać było po wikariuszu Wojtyle świętość, uważa Maria Tuleja. – Każdy chciał mu pomóc, bo on wszystko wydawał ludziom. Nie miał poduszki ani kołdry – tłumaczy. Pan Kazimierz wspomina, jak ksiądz kupił ubrania dla jednego z jego kolegów i jego rodzeństwa. – To była taka biedna rodzina. Nazywali się Biel. Trzech chłopaków i dziewczyna. Jeden z nich, Jan, chodził ze mną do klasy. Drugi, Kazimierz, z moim bratem Stanisławem. Sieroty, bez ojca i matki. Opiekowały się nimi babcia i ciotka. Też byli z Pierzchowa. Oni chodzili w takich połatanych i czasem za dużych łachmanach – rozpoczyna. – Ks. Wojtyła kupił dla każdego z nich garnitur, marynarkę, spodnie. Leosi też kupił. Sukienkę. Ona była od nich starsza. Pamiętam to dobrze, bo kierownik szkoły Stanisław Gawłowicz poszedł do nich rano, by ubrali się w te nowe rzeczy, na religię. A oni do szkoły znów przyszli w łachmanach – śmieje się, dodając, że w ubraniach od ks. Karola chodzili tylko do kościoła. Janina Długosz mieszka wraz z panem Kazimierzem i jego żoną Zofią w jednym domu. Połączył ich ślub córki Pilchów Urszuli i syna Długoszów – Łukasza. Panią Janinę z panią Zofią łączy coś jeszcze. Imię. – Zofia wybrałam na bierzmowanie. Pamiętam, że miałam pietra, bo miał mnie bierzmować bp Wojtyła – wspomina. To było w siódmej klasie szkoły podstawowej. Biskup podchodził, a oni stali wkoło. Pytał wyrywkowo. – Miałam to szczęście, że i mnie zapytał – śmieje się.

 

Narwali jabłek, dostali cukierki

Uśmiech na chwilę znika z twarzy pani Janiny, gdy podpytuję ją o jej nieżyjącego już męża Stefana, który jako małych chłopak usługiwał do Mszy św. wikaremu Wojtyle. – Stefan mówił, że jak chodzili po kolędzie, a trafiła się jakaś niezamożna rodzina, to ks. Wojtyła dawał pieniądze, a jak nie miał, to nawet od ministrantów pożyczał, a potem jak wrócili, oddawał – tłumaczy, by za chwilę ze śmiechem opowiedzieć zwykłą na pozór historię: „Tu na wikarówce Stefan z kolegą narwali sobie jabłek. Myśleli, że nikt ich nie widzi, a widział organista, który doniósł na nich ks. Wojtyle. Kilka dni później ks. Karol wezwał ich do siebie i posadził jednego na jednym, drugiego na drugim kolanie. Wiedzieli, o co chodzi, więc od razu się przyznali, a on zaczął im tłumaczyć, że tak nie wolno i że gdyby przyszli, na pewno by im pozwolił narwać tych jabłek. Zapytał, czy już tego nie zrobią, a gdy pokiwali, że „nie”, dał im jeszcze torbę cukierków, a wtedy taka torba to było naprawdę coś”.

Wikarówka w Niegowici stoi do dziś. Adres Niegowić 41 zamieszkuje teraz ks. Mieszko Ćwiertnia. Trzeba przejść przez drewnianą altankę. Wewnątrz znajdują się dwa bliźniacze mieszkania. W każdym pokój pracy i sypialnia. – Pozostał zabytkowy ganek i prawdopodobnie drzwi. Podłoga to lata 50.–60. ubiegłego wieku. Pod nią pół metra piachu i ziemia. Nie ma wylewki. Szczególnie zimą jest tu bardzo zimno – przekonuje gospodarz jednego z mieszkań. Do kościoła pw. Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny ma ledwie kilka kroków. Tak jak ks. Karol Wojtyła 64 lata temu.

 

Za piłką obok Dąbrowskiego

Ks. Karol Wojtyła poprawia narzuconą na sutannę pelerynkę. Lewą ręką na sercu podtrzymuje brewiarz. Pomnik z brązu przedstawiający przyszłego papieża idealnie odwzorowuje pozę, w której uchwycił go w 1948 r. obiektyw aparatu. Wykonany przez Romano Palloniego pomnik stoi już tak 13 lat. Zachęca do wejścia do świątyni. Tej nowej, która powstała 40 lat temu z inicjatywy ks. Wojtyły. W niej prócz obrazu Matki Bożej jest też krucyfiks, przed którym się modlił, i konfesjonał, w którym spowiadał. Pochodzą ze starego kościoła, w całości przeniesionego 80 km dalej, do Mętkowa. Konfesjonał stoi w bocznej kaplicy, gdzie od kilku lat znajdują się kopia grobu Jana Pawła II i relikwie z jego krwi. Przed nimi modlą się pielgrzymi z kraju. Wpisują się pielgrzymi z Kijowa, Paryża, Toronto czy Udinese. Wielu młodych. Nic dziwnego, przecież on ukochał szczególnie dzieci i młodzież. Doświadczyła tego pani Elżbieta – córka Kazimierza i Zofii Pilchów. To ona wraz z kuzynką Kasią i przyszłym mężem Jurkiem mówiła wierszyk, gdy już jako biskup był na wizytacji. Miała cztery lata, a kartka z rymem się nie zachowała. W pamięci pana Kazimierza zachował się za to inny obraz: „Mieszkałem obok pomnika upamiętniającego narodziny Jana Henryka Dąbrowskiego w Pierzchowie. Pamiętam, że tam niedaleko Raby było boisko, na którym ks. Karol biegał z młodzieżą, jeszcze wszyscy się dziwili, że ksiądz w sutannie, a piłkę kopie” – śmieje się. Radość towarzyszy zresztą wszystkim, którzy go wspominają. Dla nich na zawsze pozostanie wikarym z „naszej” Niegowici. 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki