Logo Przewdonik Katolicki

Rewolwer i Biblia, czyli ballada o westernie

Adam Gajewski
Fot.

Czy film o kowbojach może być wybitnym dziełem sztuki? Może. Czy western jest pożyteczny, może sprowokować poważną dyskusję o moralności, religii lub być modelowym wykładem socjologii? Może. Wreszcie czy w westernowym kanonie udało się zastosować warte uwagi nowatorskie rozwiązania formalne, hipnotyzujące masową publikę? Oczywiście!Trzykrotne tak! Bang! Bang! Bang!

Czy film o kowbojach może być wybitnym dziełem sztuki? Może. Czy western jest pożyteczny, może sprowokować poważną dyskusję o moralności, religii lub być modelowym wykładem socjologii? Może. Wreszcie czy w westernowym kanonie udało się zastosować warte uwagi nowatorskie rozwiązania formalne, „hipnotyzujące” masową publikę? Oczywiście!


Trzykrotne tak! Bang! Bang! Bang!

Dlaczego warto pisać właśnie o westernie? Na pewno dlatego, że jest to gatunek niemal tak stary jak kinematograf. Potrafi, chyba jak żaden inny, odradzać się niczym Feniks z popiołów, nie bacząc na wielokrotnie już obwieszczany „kategoryczny zmierzch westernu”. Tańczący z wilkami Kevina Costnera, Bez przebaczenia Clinta Eastwooda czy tegoroczne Prawdziwe męstwo braci Cohen pokazały, że filmowe opowieści z Dzikiego Zachodu nie znikną z ekranów nawet w erze wirusów komputerowych i klonowania owiec.

Ja jednak nie o westernowej współczesności chciałbym teraz napisać. Dziś mam przyjemność zaprosić Czytelników na seans filmu sędziwego, za to jednego z celuloidowych arcydzieł – obrazu W samo południe Freda Zinnemanna. To kopalnia wrażeń, współcześnie otwarta dla każdego amatora i konesera za sprawą… DVD.

 

Bohaterowie ekranu: kowboj, piękność z dyliżansu i pastor

Scenki rodzajowe, burleska, film biblijny, western – takie były początki kina! W roku 1898 po raz pierwszy na ekranie zaprezentowano kowbojski saloon, a początek kolejnego wieku przyniósł dziesięciominutową, udramatyzowaną relację z autentycznego napadu na kolejowy ekspres. W finałowej sekwencji herszt bandy strzela w kierunku widzów, a instynkt samozachowawczy ówczesnej publice z pewnością kazał błyskawicznie pochylić głowę, wykonać unik i… ujść z życiem.

Broncho Billy czy Tom Mix to pierwsze gwiazdy westernu typu „jarmarcznego”, w którym mnożono niezwykłe popisy ludzi, koni i rewolwerów. Częstokroć w takie produkcje angażowali się autentyczni kowboje, „weterani” Dzikiego Zachodu. Kowbojem i cyrkowcem był również William Surrey Hart, aktor, scenarzysta i reżyser, który jako pierwszy spróbował nadać swoim opowieściom walor autentyzmu i rys psychologicznego prawdopodobieństwa.

W roku 1916 powstał interesujący obraz Bramy piekieł utrwalający co najmniej kilka późniejszych westernowych toposów, jest więc: miasteczko bezprawia, cyniczny właściciel hotelu-salonu, płatny rewolwerowiec, przybyła dyliżansem piękna nieznajoma… Pojawia się wreszcie postać jakże ważna dla żyjącej purytańskimi zasadami Ameryki, czyli pastor! Wielebny jest postacią tragiczną, przeżywającą kryzys powołania, rozterki. Ginie wraz z całym miasteczkiem, które dotknęła ognista apokalipsa.

Akcenty religijne nie znikną jednak z westernu już nigdy. Ten gatunek jest przecież wytworem kultury, która oprawioną na czarno Holly Bible nakazuje trzymać w każdym hotelowym pokoju.

 

Film o strachu i osamotnieniu

36 lat po Bramie piekieł powstaje W samo południe. Western ma już za sobą bardzo daleką drogę: hołubi nieśmiertelnego superbohatera – szeryfa ze srebrną gwiazdą na piersi. Obrazy tego gatunku potrafią jednak pod kowbojskim sztafażem tworzyć alegorie współczesności, polemizować, krzyczeć.

Reżyser Fred Zinnemann i scenarzysta Carl Foreman realizują swój film w roku 1952, gdy Stany Zjednoczone przeżywają okres szpiegomanii, tropienia prawdziwych i domniemanych „kryptokomunistów”, również tych ukrywających się w Hollywood. – „W samo południe było dla mnie próbą zbadania zjawiska strachu, ale strachu, który ogarniał pewną społeczność, a nie pojmowanego indywidualnie” – powie potem Foreman, skazany na banicję z USA.

Rzeczywiście, jak w żadnym innym filmie, oprócz postawy głównych bohaterów (szeryf, jego świeżo poślubiona żona – kwakierka, która wyrzeka się wszelkiej przemocy), ważna jest reakcja otoczenia, wszystkich mieszkańców miasteczka. Ten western to po prostu brutalna socjologiczna wiwisekcja, aktualna w każdym czasie i w każdym miejscu. Zamiast pomóc Kane’owi w rozprawie z bandytami, obywatele wolą prowadzić narady, chowają się, a nawet całkiem otwarcie dopingują zło!

Szeryf jest sam lub prawie sam, cóż bowiem za siłę reprezentują sobą miejscowy wyrostek czy jednooki pijaczyna, którzy jako jedyni przez chwilę rwą się do niebezpiecznej akcji? A widz? Z filmu aż bije pytanie: „Czy wyszedłbyś przeciwko złu”?! Już choćby dlatego warto powracać nieustannie do westernu Zinnemanna.

Do tego dodać należy mistrzowski, nagrodzony Oscarem montaż, utrzymujący znaną już od czasów greckiej tragedii jedność czasu, miejsca i akcji, co doskonale buduje napięcie. To już dziś klasyczny wkład w rozwój sztuki kinowej.

W życiu każdego z nas prędzej czy później nastanie jakieś „samo południe”. Lepiej być na nie – choćby filmowo –  przygotowanym. Polecam.

 

 

 

 

 

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki