Logo Przewdonik Katolicki

Adwent znaczy oczekiwanie...

Katarzyna Jarzembowska
Fot.

Oczekiwanie jedenaście liter maleńkich jak ziarnka maku… Między początkowym o a ostatnim e wybrzmiewa tyle tonów… Prawdziwa symfonia życia. Wiesław Myśliwski w Traktacie o łuskaniu fasoli napisał: Czekanie jest w nas czymś stałym. Często (…) nie uświadamiamy sobie tego, że od urodzenia do śmierci żyjemy w stanie oczekiwania….

 

Oczekiwanie – jedenaście liter maleńkich jak ziarnka maku… Między początkowym „o” a ostatnim „e” wybrzmiewa tyle tonów… Prawdziwa symfonia życia. Wiesław Myśliwski w Traktacie o łuskaniu fasoli napisał: „Czekanie jest w nas czymś stałym. Często (…) nie uświadamiamy sobie tego, że od urodzenia do śmierci żyjemy w stanie oczekiwania…”.

 

 

 

W kołowrotku codziennych zdarzeń najczęściej zatrzymuje nas jakaś strata – pustka zimna i ciemna, którą trudno później wypełnić kolejnymi poniedziałkami, wtorkami… Często spowalnia nas również ból choroby – wówczas odnajdujemy w sobie tę zapomnianą – bo nieużywaną – umiejętność oczekiwania. Kiedy liczą się nie tyle lata i miesiące, a tygodnie – czas rozsiada się wygodnie w fotelu naprzeciwko i daje nam korepetycje – jak mądrze i cierpliwie czekać. Jak nie tracić wiary, że wreszcie zadzwoni telefon i…

 

Oczekiwanie na przeszczep

 

Henryk Szeląg

 

Każdy w swoim życiu na coś czeka. Z nadzieją spełnienia liczy miesiące, dni i godziny… Oprócz wielu innych oczekiwań, doświadczyłem także oczekiwania na przeszczep nerki.

Utrzymujące się przez lata wysokie ciśnienie tętnicze – mimo leczenia – miało negatywny wpływ na moje nerki. Nie zdawałem sobie z tego sprawy. Pewnego dnia po silnym krwotoku z nosa znalazłem się w szpitalu. Tam rozpoznano kłębuszkowe zapalenie nerek. Choroba się pogłębiała. Postępowało zatrucie organizmu. Wreszcie zapadł wyrok – dializa. Trzy razy w tygodniu przez kilka godzin podłączony byłem do aparatury oczyszczającej krew. I ta świadomość, że skończyło się normalne życie… Nie można nigdzie wyjechać na dłużej niż dwa dni. Trzeba ograniczyć ilość płynów wypijanych w ciągu doby. Do tego osłabienie, niekiedy omdlenia, także w czasie trwania dializy. Organizm powoli się wyniszczał. Ta bolesna prawda, że do końca życia będę uzależniony od maszyny podtrzymującej życie, powoli odbierała ochotę do pracy, wszelką radość i perspektywę na przyszłość.

Nagle zaświeciła iskierka nadziei. Padło pytanie: „Czy wyraża pan zgodę na przeszczep nerki?”. Nie mogłem ochłonąć z wrażenia… Słyszałem o przeszczepach serca, których dokonywał prof. Zbigniew Religa i o możliwości przeszczepiania innych narządów. To była cała moja wiedza na ten temat. Do tego doszły wątpliwości natury etycznej i religijnej. Przez miesiąc nie mogłem się zdecydować. Zdawałem sobie sprawę, że ktoś musi umrzeć, bym ja mógł wrócić do zdrowia i cieszyć się normalnym życiem… Takie myśli nie ułatwiały podjęcia decyzji. Zacząłem szukać konkretnych informacji. Szczególnie interesowała mnie nauka Kościoła na ten temat. Trafiłem na słowa Jana Pawła II, który w encyklice Evangelium vitae zalicza dawstwo organów do gestów bezinteresowności, które umacniają autentyczną kulturę życia. Papież dodaje, że jeżeli oddawanie organów dokonuje się zgodnie z wymogami etyki, w celu ratowania zdrowia, a nawet życia chorym pozbawionym niekiedy wszelkiej nadziei, zasługuje na szczególne uznanie. Po przemyśleniach i głębokiej modlitwie odpowiedziałem – „tak”.

Badania odbyły się w Warszawie. Zostałem wpisany do centralnego rejestru osób oczekujących na nerkę od zmarłego dawcy. Nikt w tym momencie nie wie, czy zostanie wezwany za tydzień, za miesiąc, za kilka lat. Wezwanym można być o każdej porze dnia i nocy do jednego ze szpitali na terenie całego kraju, w których dokonuje się takich przeszczepów. Moje życie stało się zupełnie inne. Każda chwila pęczniała nadzieją… Każdy dzwonek telefonu powodował wewnętrzny niepokój.

W tym czasie dużo rozmawiałem. Zwłaszcza wtedy, gdy podłączony do aparatury oczyszczającej krew, spotykałem tych, którzy podobnie jak ja zmagają się ze swoją chorobą. Grupa osób, które razem się dializują, to mała wspólnota współodczuwająca swoje troski i radości, przeżywająca tragedie innych, świętująca dzień, w którym ktoś z naszego grona otrzymuje nowy narząd. Słyszałem, że ktoś czekał na przeszczep kilka lat. Ktoś inny ze względu na stan zdrowia nie mógł otrzymać nowego narządu i musiał żyć z perspektywą dializ do końca swoich dni. Byli i tacy, którzy nie doczekali przeszczepu…

Pewnego dnia, kiedy przyszedłem do szpitala na kolejną dializę, łóżko jednej z koleżanek z sali dializ było puste. Okazało się, że od kilku godzin jest już po przeszczepie. Kiedy się o tym dowiedziałem, gdzieś w głębi serca poczułem zazdrość. Wyobrażałem sobie, jaka musi być szczęśliwa. Po kilku dniach okazało się, że są jakieś komplikacje i przeszczep jest zagrożony. Wtedy pojawił się lęk przed tym, co mnie czeka i pytania, które nie dawały spokoju… Kiedy zadzwoni mój telefon? Dokąd będę musiał pojechać? Czy wszystko się uda? Czy nie będzie komplikacji?

Wreszcie 14 października 2003 r., w Dniu Nauczyciela, (od wielu lat jestem katechetą w jednej z bydgoskich szkół ponadgimnazjalnych) spokojny głos lekarki w słuchawce telefonu oznajmił, że jest dla mnie nerka. Miałem zgłosić się do szpitala na ostatnie badania. Byłem szczęściarzem również dlatego, że na przeszczep zostałem wezwany do Szpitala Uniwersyteckiego im. dr. A. Jurasza w Bydgoszczy. W momencie, kiedy zadzwonił mój telefon, kończyłem artykuł do parafialnego tygodnika. Spokojnie, bez wielkich emocji (do dziś się dziwię!) poprosiłem żonę o przesłanie artykułu do druku i bez obiadu poszedłem do szpitala.

Tam znów ogromny strach… Czy jestem na tyle zdrowy, by badania przed zabiegiem wypadły pozytywnie? Czy nie znajdzie się coś, co zgasi moją nadzieję? I prawie tak się stało. Po niedawno przebytym przeziębieniu, na ustach goiła się jeszcze opryszczka. Po długich konsultacjach lekarze podjęli pozytywną decyzję. Mogłem dostać nową nerkę. Zgodnie z przepisami, musiałem wyrazić zgodę na przyjęcie narządu. To był najważniejszy podpis w moim życiu. Złożyłem go w obecności lekarzy, którzy do końca nie byli ze sobą zgodni, czy w tej sytuacji mogę być biorcą. Potem wszystko potoczyło się bardzo szybko. Po kilku godzinach, za sprawą całego zespołu operacyjnego i tych, którzy uczestniczyli w procesie pobrania narządu, otrzymałem najpiękniejszy dar – nowe życie. Po przebudzeniu zobaczyłem nad sobą zatroskaną, ale uśmiechniętą twarz żony. Od tej chwili zaczęła żyć we mnie część innego człowieka – anonimowego dawcy.

Już po trzech miesiącach wróciłem do normalnego życia, do pracy zawodowej i działalności społecznej. W szkole musiałem długo tłumaczyć uczniom, jak wygląda procedura prowadząca do przeszczepu, jak się czuję z nowym narządem. W takim przypadku najlepiej przemawia świadectwo życia. Był to początek propagowania przeze mnie idei transplantacji. Spełniło się to, na co z taką tęsknotą oczekiwałem – mogłem rozpocząć nowe życie…

 

 

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki