Film "Po Cud" to dokumentalny zapis pielgrzymki osób niepełnosprawnych do Lourdes. Skąd pomysł na taki temat? Jaka była Pana droga do tego filmu?
- Wszystko zaczęło się w 2002 roku. Byłem wtedy na II roku studiów reżyserii w Szkole Filmowej w Łodzi. Moja ukochana córeczka Matylda, która miała cztery lata, nagle ciężko zachorowała. Z dnia na dzień...
Film "Po Cud" to dokumentalny zapis pielgrzymki osób niepełnosprawnych do Lourdes. Skąd pomysł na taki temat? Jaka była Pana droga do tego filmu?
- Wszystko zaczęło się w 2002 roku. Byłem wtedy na II roku studiów reżyserii w Szkole Filmowej w Łodzi. Moja ukochana córeczka Matylda, która miała cztery lata, nagle ciężko zachorowała. Z dnia na dzień tryskające życiem dziecko zapadło na rzadko spotykaną chorobę. W ciągu zaledwie kilkudziesięciu godzin jej stan pogorszył się do tego stopnia, że nikt nie potrafił odpowiedzieć na pytanie, czy przeżyje nadchodzące dni. Lekarze rozkładali ręce. Medycyna nie poznała jeszcze do końca tej choroby i nie zna odpowiedzi na wiele pytań. Jedyne, co można było wówczas zrobić, to czekać, czy organizm córki sam przezwycięży kryzys. Pierwszy raz w życiu poczułem całkowitą bezsilność. Jak każdy rodzic zrobiłbym wszystko, by ratować swoje dziecko. Mogłem jednak tylko siedzieć przy łóżku Matyldy i z niepokojem obserwować, co przyniosą kolejne godziny, dni i tygodnie.
Był to dla mnie niezwykle trudny okres w życiu. Pierwszy raz choroba dotknęła osobę tak bardzo mi bliską, w dodatku całkowicie bezbronną i niewinną istotę. Byłem na to nieprzygotowany i zacząłem szukać odpowiedzi: dlaczego?
Gdy kilka miesięcy później, jadąc samochodem, zupełnie przypadkowo usłyszałem w radiu, że organizowana jest I Narodowa Pielgrzymka Osób Niepełnosprawnych do Lourdes, poczułem, że chcę nakręcić o tym film. Zostałem wychowany w głęboko katolickiej rodzinie. Jednak muszę przyznać, że moje więzy z Kościołem były wtedy nieco poluźnione.
Zawsze, gdy zaczynam kręcić kolejny film, pcha mnie do tego poszukiwanie odpowiedzi na jakieś nurtujące mnie pytanie. Myślę, że takie zagadki tkwią głęboko we wszystkich ludziach. Oczywiście nie zawsze chcemy się nad nimi zastanawiać. Bywa, że pytania te nosimy w sobie przez wiele lat bez odpowiedzi. Przychodzi jednak taki moment, w którym dostajemy szansę odnalezienia odpowiedzi.
Gdy dziś zastanawiam się, dlaczego wsiadłem z kamerą do pociągu jadącego do Lourdes, wydaje mi się, że chciałem zobaczyć, jak inni radzą sobie z chorobą najbliższych. Wiedziałem, że wśród pół tysiąca pielgrzymów obok osób niepełnosprawnych będą również ich opiekunowie, często matki lub ojcowie chorych.
Czy zobaczyłem to, co chciałem dostrzec? Myślę, że udało mi się ujrzeć znacznie więcej.
Czy nie uważa Pan, że wybór takich właśnie bohaterów - nieszczęśliwych z powodu kalectwa, którzy udają się w podróż "po cud" - już samo w sobie niesie duży ładunek emocjonalny, że zrobić z tego film, który "chwyci za serce", jest łatwo?
- Jeżeli myśli pani, że nakręcenie filmu w dwunastu wagonach, jadących kilka dni przez takie zakątki Europy, jak np. Lazurowe Wybrzeże, jest zadaniem łatwym, to muszę panią wyprowadzić z błędu. Proszę nie zapominać, że było to lato, a za oknem rosły palmy. W pociągu panował upał nie do wytrzymania. Wszystkie okna przez całe dni i noce były otwarte. Oczywiście niewiele obniżało to temperaturę powietrza, za to powstawał okropny hałas. Niemal całkowicie uniemożliwiało to nagrywanie dźwięku. Poza tym samo kręcenie kamerą w trzęsącym się i rozpędzonym pociągu wymagało od nas nie lada ekwilibrystyki.
Jednak największą trudność sprawiało nam zdobycie zaufania bohaterów naszego filmu. Wielu spośród nich w pierwszej chwili traktowało nas jak intruzów, którzy zjawili się, by zarobić na filmowaniu ich kalectwa. To oczywiście naturalna reakcja. Wystarczy popatrzeć, co pokazuje się dziś w telewizji, by traktować ludzi z kamerą z największą nieufnością. Potrzebowaliśmy sporo czasu, by ludzie ci zrozumieli, że staramy się dostrzec w nich coś więcej niż tylko fizyczne kalectwo.
To, co mnie najbardziej interesowało w trakcie realizacji filmu, to uchwycić ludzki wymiar tej podróży. Ludzie ci w bardzo ciężkich warunkach jechali do Lourdes, wioząc w sobie nie tylko trud dotychczasowego życia, ale także nadzieję na cud. Są to bardzo intymne uczucia i ludzie nie chcą opowiadać o tym przed kamerą. Należy to uszanować, ale z drugiej strony wciąż szukałem sposobu na wyrażenie tych emocji. Poza tym, jadąc do Lourdes, wciąż zastanawiałem się, czy wydarzy się cud. A jeżeli tak, to jak on będzie wyglądał i czy uda mi się go sfilmować? Dziś wydaje mi się, że dzięki tej podróży o ludziach i cudach wiem znacznie więcej.
Czym dla Pana była ta podróż?
- Te dziewięć dni, w trakcie których kręciłem film "Po Cud", bardzo zmieniło moje myślenie o wielu sprawach. Pierwszy raz w życiu miałem tak bezpośredni kontakt z osobami niepełnosprawnymi i to w dodatku od razu z pół tysiącem ludzi w różnym wieku, dziećmi i dorosłymi z upośledzeniami fizycznymi, jak również psychicznymi. Wielu spośród nich nie było w stanie poruszać się po pociągu. Wiele dni leżeli w ciasnych i dusznych przedziałach. Zadawałem sobie pytanie, co daje tym ludziom tak ogromną siłę, by ze spokojem, a często i z przysłowiowym uśmiechem na twarzy, znosić trud podróży.
Byłem również pełen podziwu dla opiekunów. Nigdy nie zapomnę Andrzeja z Poznania, ojca kilkuletniej, bardzo ciężko chorej Darii. Miał on tyle miłości do tego dziecka, że właściwie stanowili jedno. Sposób, w jaki radził sobie z kalectwem swojego dziecka, budził mój największy podziw.
Nie sposób nie wspomnieć o roli, jaką odegrał ks. bp dr Stefan Regmunt z diecezji Legnickiej. Dostrzegłem, że jest on nie tylko wspaniałym duszpasterzem, ale także osobą bardzo charyzmatyczną i medialną. Film bez jego udziału z pewnością nie miałby takiej siły. Ksiądz biskup nie tylko dbał o "religijną" stronę pielgrzymki, ale także z wielką pasją i poświęceniem starał się nawiązywać osobisty kontakt z jej uczestnikami. Chodził od przedziału do przedziału, czasem z modlitewnikiem, a innym razem z akordeonem (na którym gra świetnie) i starał się sprawić by ludzie ci otworzyli się na świat i na innych. Proszę nie zapominać, że wielu uczestników pielgrzymki nie tylko nigdy nie było za granicą, ale często nie opuszczało nawet czterech ścian swoich mieszkań. Samo wydostanie ich z więzienia, jakim jest dla nich własny dom, by odbyli podróż do Lourdes na południu Francji, można już nazwać cudem.
O wiele trudniejszym zadaniem było jednak wyrwanie ich z nawyku samotności i sprawienie, by zaczęli tworzyć autentyczną wspólnotę. Ksiądz biskup był w tym zadaniu niestrudzony. Widok, jak gra w pociągu na akordeonie, czy odprawia Mszę świętą w wagonie restauracyjnym Warsu, może w pierwszej chwili dziwić. Jestem jednak przekonany, że właśnie dzięki postawie księdza biskupa i ludzi jemu podobnych pielgrzymka miała tak niezwykle głęboki wymiar. Z pewnością wielu jej uczestników do dziś odczuwa jej owoce - ja zaliczam się do tego grona.
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!













