Logo Przewdonik Katolicki

Uratowałem siebie, by ratować innych

Jadwiga Knie-Górna
Fot.

Rozmowa z Markiem Stefaniakiem, dyrektorem Wielkopolskiego Centrum Pomocy Bliźniemu "Markot", tegorocznym laureatem nagrody "Wolontariusz Roku" Był Pan przyjacielem Marka Kotańskiego. W którym momencie twórca Monaru stanął na Pańskiej drodze życia? - To jest bardzo długa historia. Kiedyś miałem problemy, ich przyczyną był alkohol. Mieszkałem w Piastowie, podwarszawskiej miejscowości...

Rozmowa z Markiem Stefaniakiem, dyrektorem Wielkopolskiego Centrum Pomocy Bliźniemu "Markot", tegorocznym laureatem nagrody "Wolontariusz Roku"


Był Pan przyjacielem Marka Kotańskiego. W którym momencie twórca Monaru stanął na Pańskiej drodze życia?

- To jest bardzo długa historia. Kiedyś miałem problemy, ich przyczyną był alkohol. Mieszkałem w Piastowie, podwarszawskiej miejscowości zamieszkiwanej przez bardzo zamożnych ludzi. Byłem właścicielem świetnie prosperującej dużej firmy. Jeździłem między Warszawą a Mazurami i żyłem jak dorosły bachor, bawiący się bardzo drogimi zabawkami oraz własnym życiem. Alkohol na tamtym etapie mojego życia płynął szerokim strumieniem, aż w końcu doprowadził do tego, że straciłem wszystko, niestety, także rodzinę. Będąc na dnie, spotkałem Marka. Trzeźwiejąc, omijałem ludzi, chciałem ominąć wszelkie problemy, by nie ponosić konsekwencji. Brakowało mi odwagi do dalszego życia. Bardzo wiele wówczas dyskutowałem, a właściwie kłóciłem się z Panem Bogiem o sens dalszego życia. Modliłem się o trzeźwość. Marek pomógł mi wytrzeźwieć do końca, przede wszystkim nauczył mnie kochać ludzi.

Zajmuje się Pan ludźmi bezdomnymi, których większość społeczeństwa za wszelką cenę stara się unikać.

- Trzeba pamiętać o tym, że bezdomnym może zostać każdy z nas. Wystarczą czasem dwie błędnie podjęte decyzje, utrata pracy lub, niestety, ciężka choroba, a możemy stać się ludźmi bezdomnymi. Po jakimś czasie człowiek, który pozbywa się dachu nad głową, staje się także bezdomnym w sercu. Wielu ludziom przez długi czas duma nie pozwala na szukanie pomocy, przez co z czasem, niestety, nabywają charakterystycznych i bardzo trudnych do zwalczenia cech bezdomności.

Przed chwilą użył Pan sformułowania "bezdomność w sercu", proszę powiedzieć, co ono znaczy?

- Jest to jeden z elementów bezdomności, polegający na tym, że w sercu tych ludzi nie ma domu, ten dom trzeba im pomóc zbudować. Do bezdomności prowadzi kilka dróg. Jedną z nich jest bezdomność z wyboru. Inna prowadzi z domów dziecka. Mamy bardzo wielu podopiecznych, byłych wychowanków tej instytucji, którzy zostają zmuszeni wkraczać w dorosłe życie bez jakiegokolwiek przygotowania i bez żadnego konkretnego zawodu, z wyprawką starczającą na dwie dyskotekowe zabawy. Duży procent naszych podopiecznych stanowili przez dłuższy czas mieszkańcy hoteli robotniczych, którzy z dnia na dzień zostawali pozbawiani dachu nad głową. Niemałe grono w naszych ośrodkach, i to najtrudniejsze, stanowiła grupa zawodowych podoficerów Wojska Polskiego.

Jakiego typu ludzie najczęściej stają się bezdomnymi?

- Tacy, którzy sobie nie radzą z rzeczywistością. Spokojni, chętni, załamani, nie widzący żadnej przyszłości przed sobą. Ludzie, którzy w poszukiwaniu pracy przyjechali do dużych miast, ale po wielokrotnych nieudanych próbach jej podjęcia popadli w alkoholizm, zamieszkali na dworcach, a duma i wstyd nie pozwoliła im wrócić do domu. Jest też duża grupa bezdomnych, którą tworzą byli więźniowie. Oni najczęściej nie mają, po pierwsze, dokąd wrócić, po drugie, są to kolejne pokolenia niegroźnych kryminalistów, które idą drogą wytyczoną przez dziadków i ojców. Oni nie znają innej drogi życia. Ich domem stają się więzienia, w których czują się bezpieczni, a rodziną - koledzy z cel. Ich powrót na wolność trwa przeważnie krótko, do następnego przestępstwa, które popełniają tylko po to, aby powrócić za kraty. Jeśli mają szczęście i na ich drodze pojawi się ktoś, kto wyciągnie do nich pomocną dłoń, to jest szansa, że ich koleje losu się odmienią.

Pańskimi podopiecznymi są nie tylko ludzie bezdomni, ale również samotne matki oraz osoby z rodzin, w których dochodziło do przemocy.

- Przyznam szczerze, że prawie w ogóle nie zajmuję się samotnymi matkami, a czyni to wyspecjalizowana kadra. Samotne matki, które przebywają w naszych ośrodkach, każdy problem chcą załatwić, "niosąc przed sobą dziecko". Ponieważ dla mnie dziecko jest darem najcenniejszym, zdarzyło się już wiele razy, że w wyniku emocji podejmowałem decyzje, których później żałowałem. W tych sprawach jestem po prostu za miękki. Oczywiście, zawsze trzeba mieć duże i otwarte serce dla wszystkich, którym chce się pomóc, ale potrzebna jest także duża stanowczość. Kierując się tylko sercem, można niechcąco skrzywdzić drugiego człowieka. Samotne matki mieszkają w naszym ośrodku w Łodzi koło Stęszewa. Większość kobiet, którym pomagamy, pochodzi z rodzin dysfunkcyjnych. Dla bardzo wielu naszych matek sposobem na życie stało się przemieszczanie z ośrodka do ośrodka, najczęściej z jednym dzieckiem więcej. To jest ogromny problem, szczerze mówiąc, nie umiem sobie z nim poradzić.

Wiele osób uważa, że pomoc bezdomnym to przede wszystkim zorganizowanie ciepłego posiłku oraz noclegu. Pana pomoc sięga daleko głębiej.

- Po pierwsze, wśród naszych podopiecznych prowadzimy stałą terapię, bowiem każdy bezdomny jest człowiekiem uzależnionym albo od alkoholu, albo od narkotyków. Poza tym prowadzimy dwojakiego rodzaju edukację: edukację na temat samej choroby oraz edukację przygotowującą do życia. Posiadamy bardzo dużą grupę terapeutów oraz współpracujących z nami nauczycieli, którzy prowadzą w naszych ośrodkach różne programy edukacyjne. Uważam, że nie można inaczej pomagać. Oczywiście pomagamy także przez prowadzenie noclegowni, czy podając przysłowiowy gorący talerz zupy, ale konkretnie taką pomoc otrzymują tylko te osoby, dla których bezdomność stała się sposobem na życie. Nawet w noclegowniach mamy doskonale wyszkolonych terapeutów, wyławiających ludzi, których jeszcze potrafimy zmotywować do skorzystania z naszej pomocy, by podjęli trud powrotu do społeczeństwa. Wykorzystując nasze programy, dążymy do tego, aby jak największa grupa naszych podopiecznych wróciła do normalnego życia, czyli podjęła pracę i mogła zamieszkać w swoim mieszkaniu, wśród zwykłych ludzi. W tej chwili na terenie Poznania mamy pięć mieszkań rotacyjnych. Muszę przyznać, że wielu wielkopolskich biznesmenów jest bardzo otwartych i z życzliwością podchodzą do naszych starań o pracę. Najczęściej jest tak, że nasi podopieczni wpierw uczą się pracować, a dopiero później przysposabiają się do konkretnego zawodu. Jeśli wytrwają, a tak jest bardzo często, zostają doskonałymi i cenionymi pracownikami. Poza tym nasi podopieczni zaangażowani są w remonty, a także budowę naszych kolejnych ośrodków. I tak w Pile z dwóch tysięcy metrów kwadratowych ruin postawiliśmy budynek na miarę XXI wieku.

Od wielu lat stara się Pan również o stałą opiekę duchową nad swoimi podopiecznymi.

- Uważam, że nie da się wyprowadzić człowieka z problemów, jeżeli nie pomożemy mu uwierzyć, że Pan Bóg naprawdę istnieje, i że nie jest On winien tego, co się stało. Nasz autorytet w takich momentach jest zdecydowanie za słaby. Wprawdzie odwiedzają nas bracia i ojcowie franciszkanie z Wronek, a także proboszczowie z okolicznych parafii, ale to jest wciąż za mało. Bardzo chciałbym, aby to była stała ewangelizacyjna praca.

Mówiliśmy już o pomocy samotnym matkom, ludziom bezdomnym, a teraz porozmawiajmy o pomocy niesionej narkomanom.

Z wielkim przerażeniem obserwuję w naszym ośrodku w Pile, jak z roku na rok obniża się wiek młodzieży sięgającej po narkotyki, a z drugiej strony, jak rośnie liczba młodocianych narkomanów. Narkomania zatacza coraz szersze kręgi, jest nią skażone już każde środowisko. Powodów takiej sytuacji jest bardzo wiele. Jednak najczęstszą przyczyną sięgania po środki odurzające jest notoryczny brak czasu rodziców dla dzieci. Niestety, coraz mniej i rzadziej rozmawiamy ze sobą w naszych rodzinach. Dziecko zaczyna szukać "kogoś", kto go wysłucha, lub czegoś, co mu pozwoli zapomnieć o tym, że nikt go nie chce słuchać.

Posiada Pan doskonałą kadrę pracowników. W jaki sposób jest ona dobierana?

- Większość mojej kadry, podobnie jak ja, "wyszła z problemów", stąd w nich takie zrozumienie specyfiki pracy i ludzi, z którymi pracują. Wszyscy są absolwentami wyższych uczelni, które doskonale przygotowały ich do wykonywanego zawodu. Większość z nich w dalszym ciągu podnosi swoje zawodowe kwalifikacje. Rzeczywiście mam wspaniałych pracowników, którzy w pracy systematycznie z roku na rok coraz wyżej podnoszą sobie poprzeczkę.

W Pańskiej pracy na pewno nie brakuje wielu przykrych momentów. Które z nich są najtrudniejsze?

- Kiedy mojemu podopiecznemu muszę powiedzieć zdecydowane "nie", co oczywiście wiąże się z konkretnymi przykrymi konsekwencjami. Na szczęście o wiele częściej spotykają mnie pozytywne doznania. Nie umiem wyrazić uczucia, jakie za każdym razem przeżywam, kiedy ośrodek opuszcza całkowicie usamodzielniony i przystosowany do życia w społeczeństwie kolejny podopieczny.

Bardzo serdecznie dziękuję za rozmowę.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki