Logo Przewdonik Katolicki

Jest całym moim światem

Jadwiga Knie-Górna
Fot.

Jacek Olszewski, mąż Agaty Mróz-Olszewskiej, ojciec 2-letniej Lilianny



Ile tygodni miała córeczka, kiedy po raz pierwszy po narodzinach zabrał ją Pan do domu?
- Lilianna była wcześniakiem, dlatego na ten moment musieliśmy poczekać około trzech tygodni. Z tej radosnej okazji na jeden dzień przepustkę do domu dostała też Agata. Ponieważ wiedziałem, że ze względu na jej stan zdrowia będę musiał zajmować się córeczką sam, starałem się do tego dobrze przygotować. Już w szpitalu od pielęgniarek musiałem przejąć wszystkie obowiązki. Zazwyczaj właśnie te pierwsze lekcje pielęgnacji i karmienia niemowląt pobierają młode mamy na oddziale położniczym, w przypadku Lilianny byłem to ja.
Miał Pan z nimi jakieś problemy?
- (Ze śmiechem) Nie, było zupełnie tak, jakbym się z nimi urodził. Pielęgniarka też się śmiała i nie mogła uwierzyć, że to naprawdę moje pierwsze dziecko. Myślę, że tak jakoś intuicyjnie to wszystko robiłem. Ponadto lubię obserwować i słuchać ludzi. Nie chciałem tracić czasu na czytanie lektury, wybrałem sprawdzoną praktykę. Mam znajomych, których córka w tym czasie miała rok i uważnie słuchałem ich rad typu: z dzieckiem nie należy obchodzić się jak z jajkiem, trzeba być pewnym… i robiłem tak jak mówili. Zresztą widziałem na oddziale, jak myje się dzieci. Wszystko trwało chwilę, dlatego stwierdziłem, że chyba to nie jest nic strasznego. Bardziej moja mama się zestresowała przy pierwszej kąpieli Lilianny niż ja. Ze względu na wielkość moich dłoni.
No tak, ale dzięki temu ojcom łatwiej i pewniej trzyma się dziecko…
- Dokładnie tak. Ale stres mamy, która patrzyła na moje ręce i małą, był dość duży. Pamiętam, jak przerażona powiedziała: „Matko, takie wielkie łapy i to maleństwo…”. Fakt, że dużo prawdy w tym było, ale jak widać, wszystko szczęśliwie się skończyło…
Trudno się dziwić przerażeniu mamy, gdy patrzyła na te centymetrowo-wagowe dysproporcje. Mierzy Pan przecież 190 cm. Ile wówczas centymetrów miała Lilianna?
- Mierzyła 47 cm, a ważyła 2,008 kg. Była dość wysoka, ale bardzo lekka.
Wielu mężczyzn wzbrania się przed przewijaniem. Jak to było w Pana przypadku?
- Mnie to śmieszy, bo skoro decydujemy się na dziecko, to musimy się liczyć także z tym faktem, że będzie ono robiło w pieluchy. Ale fakt, znam takie związki, w których mężczyzna pieluchy nie dotknie. Skoro jednak takiej parze ten układ pasuje?! Dla mnie jest to co najmniej dziwne.
Przez półtora roku wychowywał Pan Liliannę zupełnie sam.
- Miałem to szczęście, że mogłem sobie na to pozwolić, by być w domu z dzieckiem na urlopie wychowawczym. Rzeczywiście przez ten czas zupełnie sam wychowywałem córkę. To była doskonała decyzja, której na pewno nigdy nie będę żałował, bowiem dzięki temu, że byłem przy niej, widziałem wszystkie etapy jej rozwoju. To było wspaniałe. Jestem człowiekiem, który uważa, że każdy trud zostanie nam kiedyś zwrócony z nawiązką… Już teraz mogę powiedzieć, że siedzę i spijam najlepszą śmietankę z tego, co w wychowanie Lilianny włożyłem. Może to zabrzmi trochę nieskromnie, ale uważam, że mała jest niesamowita, jest stale uśmiechnięta, dużo mówi, jest niezwykle ruchliwa i ciepła. Lgnie do ludzi i niesamowicie pozytywnie na nich wpływa.
Proszę powiedzieć, jak wyglądał Pański zwykły dzień? Zazwyczaj takie dni opisują gospodynie domowe…
- Tak naprawdę to Lilianną opiekowałem się dwadzieścia cztery godziny na dobę. Fakt, że te pierwsze dni i tygodnie nie są zbyt ekscytujące, bo jak się nie karmi, pierze, prasuje czy sprząta, to się po prostu śpi. Bywało ciężko, gdyż córkę musiałem karmić bez względu na porę dnia i nocy co trzy godziny. Gdy są oboje rodzice, to wówczas łatwiej można podzielić się obowiązkami, jest więcej snu. Gdy się jest samemu; śpi się, wstaje, karmi, gdy już człowiek zasypia, to już właściwie znowu musi wstawać i tak w kółko… na szczęście po jakimś czasie ten etap pozostaje wspomnieniem. Na pewno nie narzekam. Poza tym dużo też z Lilianną wyjeżdżałem, co też wciąż czynię, na różne akcje, głównie związane z zachęcaniem do oddawania krwi i rejestracji w bankach dawców szpiku kostnego. Tak więc moje zwykłe dni takimi do końca zwykłymi nie były i nie są. Ale faktycznie wykonywanie wszystkich prac domowych znam od podszewki, bo wszystko sam robię i nie widzę w tym czegoś niezwykłego lub czego musiałbym się wstydzić.
Lilianna sprawia wrażenie dziecka, któremu dużo się czyta i z którym dużo się rozmawia.
- Ona lubi książki, ale przez moment… przyniesie, poogląda, poopowiada, co widzi na stronie. I tyle. Nie zmuszam do więcej, bo nie chce. Jest dzieckiem, które woli ze mną rozmawiać lub słuchać, co jej opowiadam. Szczególnie gdy jesteśmy na spacerze, a dużo spacerujemy, gdyż preferujemy czynne spędzanie czasu na świeżym powietrzu, także jeżdżąc na rowerze. Jeśli pogoda nie sprzyja, to wówczas idziemy do jakiegoś parku zabaw dla dzieci. Jestem przeciwny biernemu spędzania czasu przed telewizorem. Staram się jej wszystko opisywać co widzi, z czym się styka. To samo czynię, gdy jedziemy samochodem, np. do ukochanego dziadka Rysia, taty Agaty, wówczas tłumaczę jej np. słowa piosenek, które słuchamy. Niewątpliwie bardzo dużo ze sobą rozmawiamy, ona umie słuchać, ja cierpliwie tłumaczę i jakoś nam to chyba nieźle wychodzi.
Gdy po raz pierwszy padło słowo „tata”…
- Ludzie bardzo się ekscytują takimi rzeczami. Szczerze, nie pamiętam dokładnie, kiedy to było, bo też trudno było stwierdzić, czy faktycznie było to na pewno słowo „tata”. Dla mnie dopiero teraz jest niesamowite, jak w pełni świadomie, na przykład rano, woła z łóżka: tato, tatusiu, i przytula się. Słowo „tata” przybiera teraz innego znaczenia, widać, że wypowiada je w sposób przemyślany. Obecnie wypowiada takie słowa, które naprawdę chwytają mnie za serce.
W Pana i Lilianny życiu od jakiegoś czasu zaszła duża zmiana.
- To prawda, wróciłem do pracy. Córka w tym czasie jest z moją mamą. Ponieważ moja firma jest bardzo pozytywnie nastawiona do rodziców z dziećmi i faktycznie idzie im na rękę. Na początku mogłem pracować na pół etatu, na dodatek mogłem jeszcze wiele prac wykonywać w domu. (Ze śmiechem) Teraz jestem nie tylko pełnoetatowym tatą, ale też pracownikiem.
Jakie powitania są w domu?
- Wpierw trudne pożegnania. Powiem, że trudno nam było obojgu się ze sobą rozstawać. Na szczęście babcia opanowała jakąś skuteczną metodę na zapobieżenie trudnym rozstaniom z tatą, więc ten trudny etap mamy za sobą. Powitania (śmiech) są niesamowite. Tylko mamy mi żal, bo gdy wracam, Lilianna momentalnie wręcza babci buty i resztę jej rzeczy, po czym mówi – baba papa, możesz iść do domu, teraz jest tata. Najgorsze są dla mnie długie weekendy, zawsze mam po nich problem z powrotem do pracy.
Niemal od urodzenia córka dzielnie towarzyszy Panu w wielu akcjach charytatywnych, w które jest Pan bardzo zaangażowany.
- Słowo „bardzo” wydaje mi się grubo przesadzone. Lubię pomagać ludziom, sprawia mi to satysfakcję. Nie robię nic wielkiego, moja pomoc polega na tym, że kontaktuję osoby, które potrzebują pomocy z tymi, które tej pomocy mogą udzielić i tak naprawdę to wszystko. Poznaję ludzi w odpowiednim czasie, nie wiem, czy mam taki dar, czy ktoś tak tym kieruje. Potem to już jest tak, że wystarczy podać jeden trafny numer telefonu, do konkretnej osoby.
Jest Pan bardzo skromny. Z czego jest Pan najbardziej dumny jako ojciec?
- Z tego, że od najwcześniejszego okresu swojego życia Lila spotyka się z dziećmi i osobami dorosłymi niepełnosprawnymi w dwóch zaprzyjaźnionych ośrodkach, domu dziecka oraz dla osób upośledzonych umysłowo. Cieszy mnie jedno, że ona od najmłodszych lat integruje się z tymi ludźmi. Tak naprawdę tworzy się te ośrodki, wiele mówi się o włączaniu tych ludzi do życia społeczeństwa - a tak naprawdę te osoby żyją w kompletnej izolacji. Zamyka się ich we własnej społeczności, tak nie powinno być. Cieszę się też z tego, że się nie załamałem. Ten krótki czas, jaki mogłem spędzić z Agatą, miał na pewno określony cel. Mam Liliannę, która jest całym moim światem. Znalazłem też siłę do działania. Nie zastanawiam się, co by było, gdyby…
więcej na www.przk.pl
Mówi się, że prawne usankcjonowanie tzw. urlopu tacierzyńskiego w dużym stopniu polscy ojcowie zawdzięczają Panu…
- Bez przesady. Denerwował mnie fakt, że matka, która nie może zajmować się dzieckiem, może być na urlopie wychowawczym, a ojciec, który zajmuje się dzieckiem, na ten urlop iść nie może. Nie chce mi się nawet mówić, ile się nachodziłem i naoglądałem bezsensownych, bezdusznych i nieżyciowych przepisów. Po śmierci Agaty załapałem się na końcówkę urlopu macierzyńskiego, ale w naszym prawie jest to jedyna możliwość przyznania tego urlopu. Fakt, że miałem też szczęście spotykać życzliwych ludzi, którzy chcieli mi wówczas pomóc. Jednak nie każdy ma takie możliwości. Z pomysłem urlopu tacierzyńskiego zacząłem rozmawiać z panią Krystyną Bochenek, spotkaliśmy się z nią w Sejmie. Po rozmowie ze mną przyznała, że obowiązujące przepisy trzeba zmienić. Wkrótce ten problem przybliżyliśmy wiceministrowi pracy i tryby się poruszyły. Z panią Krystyną mieliśmy się teraz spotkać w Pszczynie na pikniku, choć trudno w to uwierzyć, ale niestety już się nie spotkamy… Chciałem poruszyć problem ustawy adopcyjnej, kolejnego chorego przepisu. Najkrócej mówiąc, trzeba ostatecznie rozwiązać problem z pozbawianiem praw rodzicielskich tych rodziców, którzy ich mieć nie powinni. Dzieci nie mogą cierpieć przez głupotę i wyrachowanie osób dorosłych. Myślę, że tego tematu też nie odpuszczę.

Jacek Olszewski, mąż Agaty Mróz-Olszewskiej, ojciec 2-letniej Lilianny

 

Ile tygodni miała córeczka, kiedy po raz pierwszy po narodzinach zabrał ją Pan do domu?

- Lilianna była wcześniakiem, dlatego na ten moment musieliśmy poczekać około trzech tygodni. Z tej radosnej okazji na jeden dzień przepustkę do domu dostała też Agata. Ponieważ wiedziałem, że ze względu na jej stan zdrowia będę musiał zajmować się córeczką sam, starałem się do tego dobrze przygotować. Już w szpitalu od pielęgniarek musiałem przejąć wszystkie obowiązki. Zazwyczaj właśnie te pierwsze lekcje pielęgnacji i karmienia niemowląt pobierają młode mamy na oddziale położniczym, w przypadku Lilianny byłem to ja.

Miał Pan z nimi jakieś problemy?

- (Ze śmiechem) Nie, było zupełnie tak, jakbym się z nimi urodził. Pielęgniarka też się śmiała i nie mogła uwierzyć, że to naprawdę moje pierwsze dziecko. Myślę, że tak jakoś intuicyjnie to wszystko robiłem. Ponadto lubię obserwować i słuchać ludzi. Nie chciałem tracić czasu na czytanie lektury, wybrałem sprawdzoną praktykę. Mam znajomych, których córka w tym czasie miała rok i uważnie słuchałem ich rad typu: z dzieckiem nie należy obchodzić się jak z jajkiem, trzeba być pewnym? i robiłem tak jak mówili. Zresztą widziałem na oddziale, jak myje się dzieci. Wszystko trwało chwilę, dlatego stwierdziłem, że chyba to nie jest nic strasznego. Bardziej moja mama się zestresowała przy pierwszej kąpieli Lilianny niż ja. Ze względu na wielkość moich dłoni.

No tak, ale dzięki temu ojcom łatwiej i pewniej trzyma się dziecko?

- Dokładnie tak. Ale stres mamy, która patrzyła na moje ręce i małą, był dość duży. Pamiętam, jak przerażona powiedziała: ?Matko, takie wielkie łapy i to maleństwo??. Fakt, że dużo prawdy w tym było, ale jak widać, wszystko szczęśliwie się skończyło?

Trudno się dziwić przerażeniu mamy, gdy patrzyła na te centymetrowo-wagowe dysproporcje. Mierzy Pan przecież 190 cm. Ile wówczas centymetrów miała Lilianna?

- Mierzyła 47 cm, a ważyła 2,008 kg. Była dość wysoka, ale bardzo lekka.

Wielu mężczyzn wzbrania się przed przewijaniem. Jak to było w Pana przypadku?

- Mnie to śmieszy, bo skoro decydujemy się na dziecko, to musimy się liczyć także z tym faktem, że będzie ono robiło w pieluchy. Ale fakt, znam takie związki, w których mężczyzna pieluchy nie dotknie. Skoro jednak takiej parze ten układ pasuje?! Dla mnie jest to co najmniej dziwne.

Przez półtora roku wychowywał Pan Liliannę zupełnie sam.

- Miałem to szczęście, że mogłem sobie na to pozwolić, by być w domu z dzieckiem na urlopie wychowawczym. Rzeczywiście przez ten czas zupełnie sam wychowywałem córkę. To była doskonała decyzja, której na pewno nigdy nie będę żałował, bowiem dzięki temu, że byłem przy niej, widziałem wszystkie etapy jej rozwoju. To było wspaniałe. Jestem człowiekiem, który uważa, że każdy trud zostanie nam kiedyś zwrócony z nawiązką? Już teraz mogę powiedzieć, że siedzę i spijam najlepszą śmietankę z tego, co w wychowanie Lilianny włożyłem. Może to zabrzmi trochę nieskromnie, ale uważam, że mała jest niesamowita, jest stale uśmiechnięta, dużo mówi, jest niezwykle ruchliwa i ciepła. Lgnie do ludzi i niesamowicie pozytywnie na nich wpływa.

Proszę powiedzieć, jak wyglądał Pański zwykły dzień? Zazwyczaj takie dni opisują gospodynie domowe?

- Tak naprawdę to Lilianną opiekowałem się dwadzieścia cztery godziny na dobę. Fakt, że te pierwsze dni i tygodnie nie są zbyt ekscytujące, bo jak się nie karmi, pierze, prasuje czy sprząta, to się po prostu śpi. Bywało ciężko, gdyż córkę musiałem karmić bez względu na porę dnia i nocy co trzy godziny. Gdy są oboje rodzice, to wówczas łatwiej można podzielić się obowiązkami, jest więcej snu. Gdy się jest samemu; śpi się, wstaje, karmi, gdy już człowiek zasypia, to już właściwie znowu musi wstawać i tak w kółko? na szczęście po jakimś czasie ten etap pozostaje wspomnieniem. Na pewno nie narzekam. Poza tym dużo też z Lilianną wyjeżdżałem, co też wciąż czynię, na różne akcje, głównie związane z zachęcaniem do oddawania krwi i rejestracji w bankach dawców szpiku kostnego. Tak więc moje zwykłe dni takimi do końca zwykłymi nie były i nie są. Ale faktycznie wykonywanie wszystkich prac domowych znam od podszewki, bo wszystko sam robię i nie widzę w tym czegoś niezwykłego lub czego musiałbym się wstydzić.

Lilianna sprawia wrażenie dziecka, któremu dużo się czyta i z którym dużo się rozmawia.

- Ona lubi książki, ale przez moment? przyniesie, poogląda, poopowiada, co widzi na stronie. I tyle. Nie zmuszam do więcej, bo nie chce. Jest dzieckiem, które woli ze mną rozmawiać lub słuchać, co jej opowiadam. Szczególnie gdy jesteśmy na spacerze, a dużo spacerujemy, gdyż preferujemy czynne spędzanie czasu na świeżym powietrzu, także jeżdżąc na rowerze. Jeśli pogoda nie sprzyja, to wówczas idziemy do jakiegoś parku zabaw dla dzieci. Jestem przeciwny biernemu spędzania czasu przed telewizorem. Staram się jej wszystko opisywać co widzi, z czym się styka. To samo czynię, gdy jedziemy samochodem, np. do ukochanego dziadka Rysia, taty Agaty, wówczas tłumaczę jej np. słowa piosenek, które słuchamy. Niewątpliwie bardzo dużo ze sobą rozmawiamy, ona umie słuchać, ja cierpliwie tłumaczę i jakoś nam to chyba nieźle wychodzi.

Gdy po raz pierwszy padło słowo ?tata??

- Ludzie bardzo się ekscytują takimi rzeczami. Szczerze, nie pamiętam dokładnie, kiedy to było, bo też trudno było stwierdzić, czy faktycznie było to na pewno słowo ?tata?. Dla mnie dopiero teraz jest niesamowite, jak w pełni świadomie, na przykład rano, woła z łóżka: tato, tatusiu, i przytula się. Słowo ?tata? przybiera teraz innego znaczenia, widać, że wypowiada je w sposób przemyślany. Obecnie wypowiada takie słowa, które naprawdę chwytają mnie za serce.  

W Pana i Lilianny życiu od jakiegoś czasu zaszła duża zmiana.

- To prawda, wróciłem do pracy. Córka w tym czasie jest z moją mamą. Ponieważ moja firma jest bardzo pozytywnie nastawiona do rodziców z dziećmi i faktycznie idzie im na rękę. Na początku mogłem pracować na pół etatu, na dodatek mogłem jeszcze wiele prac wykonywać w domu. (Ze śmiechem) Teraz jestem nie tylko pełnoetatowym tatą, ale też pracownikiem.

Jakie powitania są w domu?

- Wpierw trudne pożegnania. Powiem, że trudno nam było obojgu się ze sobą rozstawać. Na szczęście babcia opanowała jakąś skuteczną metodę na zapobieżenie trudnym rozstaniom z tatą, więc ten trudny etap mamy za sobą. Powitania (śmiech) są niesamowite. Tylko mamy mi żal, bo gdy wracam, Lilianna momentalnie wręcza babci buty i resztę jej rzeczy, po czym mówi ? baba papa, możesz iść do domu, teraz jest tata. Najgorsze są dla mnie długie weekendy, zawsze mam po nich problem z powrotem do pracy.

Niemal od urodzenia córka dzielnie towarzyszy Panu w wielu akcjach charytatywnych, w które jest Pan bardzo zaangażowany.

- Słowo ?bardzo? wydaje mi się grubo przesadzone. Lubię pomagać ludziom, sprawia mi to satysfakcję. Nie robię nic wielkiego, moja pomoc polega na tym, że kontaktuję osoby, które potrzebują pomocy z tymi, które tej pomocy mogą udzielić i tak naprawdę to wszystko. Poznaję ludzi w odpowiednim czasie, nie wiem, czy mam taki dar, czy ktoś tak tym kieruje. Potem to już jest tak, że wystarczy podać jeden trafny numer telefonu, do konkretnej osoby.

Jest Pan bardzo skromny. Z czego jest Pan najbardziej dumny jako ojciec?

- Z tego, że od najwcześniejszego okresu swojego życia Lila spotyka się z dziećmi i osobami dorosłymi niepełnosprawnymi w dwóch zaprzyjaźnionych ośrodkach, domu dziecka oraz dla osób upośledzonych umysłowo. Cieszy mnie jedno, że ona od najmłodszych lat integruje się z tymi ludźmi. Tak naprawdę tworzy się te ośrodki, wiele mówi się o włączaniu tych ludzi do życia społeczeństwa - a tak naprawdę te osoby żyją w kompletnej izolacji. Zamyka się ich we własnej społeczności, tak nie powinno być. Cieszę się też z tego, że się nie załamałem. Ten krótki czas, jaki mogłem spędzić z Agatą, miał na pewno określony cel. Mam Liliannę, która jest całym moim światem. Znalazłem też siłę do działania. Nie zastanawiam się, co by było, gdyby?

więcej na www.przk.pl

Mówi się, że prawne usankcjonowanie tzw. urlopu tacierzyńskiego w dużym stopniu polscy ojcowie zawdzięczają Panu?

- Bez przesady. Denerwował mnie fakt, że matka, która nie może zajmować się dzieckiem, może być na urlopie wychowawczym, a ojciec, który zajmuje się dzieckiem, na ten urlop iść nie może. Nie chce mi się nawet mówić, ile się nachodziłem i naoglądałem bezsensownych, bezdusznych i nieżyciowych przepisów. Po śmierci Agaty załapałem się na końcówkę urlopu macierzyńskiego, ale w naszym prawie jest to jedyna możliwość przyznania tego urlopu. Fakt, że miałem też szczęście spotykać życzliwych ludzi, którzy chcieli mi wówczas pomóc. Jednak nie każdy ma takie możliwości. Z pomysłem urlopu tacierzyńskiego zacząłem rozmawiać z panią Krystyną Bochenek, spotkaliśmy się z nią w Sejmie. Po rozmowie ze mną przyznała, że obowiązujące przepisy trzeba zmienić. Wkrótce ten problem przybliżyliśmy wiceministrowi pracy i tryby się poruszyły. Z panią Krystyną mieliśmy się teraz spotkać w Pszczynie na pikniku, choć trudno w to uwierzyć, ale niestety już się nie spotkamy? Chciałem poruszyć problem ustawy adopcyjnej, kolejnego chorego przepisu. Najkrócej mówiąc, trzeba ostatecznie rozwiązać problem z pozbawianiem praw rodzicielskich tych rodziców, którzy ich mieć nie powinni. Dzieci nie mogą cierpieć przez głupotę i wyrachowanie osób dorosłych. Myślę, że tego tematu też nie odpuszczę.

 

 

 

 

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki