Trud zdrowienia

Powrót do zdrowia nie jest wydarzeniem punktowym. Tak samo jak w przypadku poważnej choroby przyjęcie jednej dawki leku nie powoduje natychmiastowego wyzdrowienia, tak też opuszczenie szpitala nie sprawia, że człowiek jest gotów „z marszu” powrócić do wszystkich obowiązków.
psycholożka, psychoterapeutka
Czyta się kilka minut
Ilustracja: Agnieszka Sozańska
Ilustracja: Agnieszka Sozańska

Chory i cierpiący człowiek zazwyczaj pragnie powrotu do zdrowia – często wydaje mu się, że jeśli odzyska siły, to jego wszelkie życiowe problemy znikną, a on będzie mógł cieszyć się wcześniej niedocenianą normalnością. Proces zdrowienia jednak jest bardziej złożony niż powrót do domu po otrzymaniu wypisu ze szpitala.

Kim jest chory

Tak jak choroba nie jest wyłącznie niedomaganiem określonych narządów czy układów w ciele (o czym porywająco pisała Susan Sontag w eseju Choroba i metafora. AIDS i jego metafory), tak też osoba chorująca nie jest wyłącznie „posiadaczem” choroby. Z perspektywy społecznej „chory” to jedna z ról, w jaką może – rzecz jasna, nie z własnego wyboru – „wejść” człowiek, zaś dla szpitala – czy ogólniej – systemu opieki zdrowotnej „chory” to określona pozycja osoby. W większości cywilizacji na świecie i w chrześcijańskim systemie wartości osoby chorujące słusznie otrzymują pewne „przywileje”: chcemy, aby współobywatele, których zdrowie szwankuje, mieli dostęp do leczenia zgodnego z aktualną wiedzą medyczną, a chorych bliskich obdarzamy uwagą, troską i staramy się zdejmować z nich obowiązki, którym nie są w stanie stawić czoła. Przyjmowanie postawy opiekuńczej i wspierającej wobec chorych jest potrzebne pod względem społecznym i szlachetne w ujęciu moralnym. Jednocześnie dla kogoś, kto choruje, uzasadnione czerpanie z zasobów innych osób oraz możliwość „odpuszczenia” wielu spraw, które wcześniej zabierały czas i energię, stanowi rodzaj swobody, który w języku psychologii nazywa się „wtórnymi korzyściami”. Od osoby chorej na nowotwór nie oczekujemy, że będzie aktywna zawodowo; od kogoś, kto zmaga się z poważnym urazem po wypadku, nie wymagamy pełnego zaangażowania w życie rodzinne – bliscy nie pytają wówczas: „Co na obiad?”, lecz raczej: „Jak się dzisiaj czujesz?”. Kiedy zatem osoba chora wraca do zdrowia, czeka ją także powrót do obowiązków, społecznych oczekiwań i rozliczeń z tego, na ile poprawnie wykonuje swoje zobowiązania rodzinne i zawodowe. Powrót do pracy, odwożenie dzieci do placówek i zmniejszone zainteresowanie bliskich naszym aktualnym samopoczuciem to kolejna zmiana, do której zdrowiejący musi się przystosować – i która może powodować silny stres.

Powrót z Mordoru

Okres chorowania zmienia nie tylko nasze ciało, ale także wpływa na sposób przeżywania czasu i organizację całego życia. Trwanie w ciągłym napięciu i niepewności, a także pewna „rytualizacja” leczenia (fizjoterapia w poniedziałek, wizyty kontrolne w każdym parzystym miesiącu) tworzy również specyficzny rytm funkcjonowania. U długo leczonych pacjentów pojawiają się naprzemienne fale obaw i ukojenia, wysiłku i dochodzenia do siebie. Chyba każdy, kto choć raz w życiu korzystał z atrakcji, jaką jest wysoka i kręta kolejka górska, wie, jak trudno jest po doświadczeniu gwałtownych zmian wysokości wykonać pierwsze kroki po płaskim podłożu. Po zejściu z rollercoastera nogi mogą się chwiać, a ziemia jakby „odmawia” noszenia człowieka na swoim grzbiecie. Podczas trwania szalonej przejażdżki ludzki mózg przestawia się na tryb przetrwania jej, a zmiany położenia i prędkości przez parę minut próbuje traktować jako normę – późniejszy kontakt ze stabilnym podłożem wydaje się więc „nienaturalny”. Ten sam mechanizm staje się udziałem osób, które przez długi czas były poddawane zabiegom, operacjom, badaniom czy rehabilitacji – ich umysł przyzwyczaja się do funkcjonowania opartego na  „medycznym rytmie”. Po zakończeniu leczenia u ekspacjentów dość powszechnie występuje więc dezorientacja, zagubienie i poczucie odrealnienia, które mogą utrzymywać się przez kilka miesięcy. Czasu tego nie skróci się poprzez natychmiastowe zaangażowanie się w ogromną liczbę nowych obowiązków ani poprzez czynienie byłemu choremu wyrzutów, że się „rozleniwił”. Pochorobowe trudności adaptacyjne to nie wynik złej woli zdrowiejącej osoby, lecz kwestia specyfiki ludzkiego ciała i umysłu. Bywa, że sam upływ czasu i wsparcie osób bliskich są niewystarczające, aby dana osoba „wylądowała” bezpiecznie w ponownie zmienionej rzeczywistości – niejeden powracający do sił ekschory potrzebuje pomocy psychologa lub psychoterapeuty, aby poukładać nagromadzone emocje. Nie chodzi oczywiście o to, że samo zdrowienie ciała zagraża zdrowiu psychicznemu (byłby to dziwaczny paradoks) – rzecz w tym, że powrót do zwyczajności po okresie walki z zagrażającym życiu przeciwnikiem stanowi kolejną życiową „cichą” rewolucję. Sądzę, że sytuację osoby wracającej do zdrowia można porównać do doświadczeń Froda, protagonisty Władcy Pierścieni: hobbitowi po długiej i pełnej niebezpieczeństw wędrówce udało się zniszczyć Pierścień, stanowiący upostaciowane zło. Powrót do zwykłego życia w zielonym Shire, o którym przecież marzył, staje się dla niego jednak ekstremalnie trudny. Niegdysiejszy powiernik Pierścienia podejmuje zatem decyzję o radykalnej zmianie swojego życia – z Mordoru i stanu ciągłego zagrożenia nie sposób powrócić nieodmienionym.

Lęki i frustracje

Zdrowienie wymaga także zbudowania wiary w to, że… rzeczywiście jest się już zdrowym. Jeśli choroba towarzyszyła człowiekowi przez długi czas, albo też jej początek był nagły i niespodziewany, byłemu pacjentowi przez długi czas może towarzyszyć lęk przed nawrotem choroby albo pojawieniem się innej dolegliwości. Czasami lęk ten może przyjąć postać nadmiernego skupienia na własnym zdrowiu (stan ten czasami wciąż bywa określany mianem hipochondrii) – może też „rozlewać” się na bliskie osoby. Pewien mężczyzna – dziś już w średnim wieku – wspominał, że jako dziecko szczerze nienawidził chorować. Nigdy nie przyszło mu do głowy, aby symulować infekcję, np. celem opuszczenia dnia w szkole – wręcz przeciwnie! Człowiek ten już jako kilkulatek starał się ukrywać objawy chorób, czasami w sposób o tyle nieudolny, ile rozpaczliwy: próbował tłumić kaszel oraz zbijać sobie gorączkę za pomocą wystawiania głowy przez okno (!). Przyczyną jego działania był lęk przed zachowaniami matki, która ilekroć syn był chory, najpierw wpadała w rozpacz, a później we wściekłość. Nie, nie chodziło tutaj o znane wielu osobom słowa w stylu „to przez to, że nie nosisz czapki!”, lecz o trwające godzinami napady płaczu i kompletnej furii. Przyczyna specyficznych (i krzywdzących dla chłopca) zachowań matki tkwiła w jej osobistej historii: otóż kobieta ta, jako młoda dziewczyna, przeszła gruźlicę. U progu dorosłości doświadczyła lęku o własne życie i długiego leczenia – ominęły ją młodzieńcze prywatki i sportowa kariera, która wydawała się jej pisana. Po powrocie do zdrowia niegdysiejszej chorej przez lata towarzyszył lęk przed nawrotem choroby lub pojawieniem się innego schorzenia, który później przeniosła na własne dziecko. W każdym kaszlnięciu czy stanie podgorączkowym syna widziała objaw jeśli nie gruźlicy, to innej choroby, która zniszczy życie jej dziecku, a ją skaże na ponowne wędrówki po lekarskich gabinetach. W tym przypadku gruźlica odcisnęła „ślady” nie tylko na płucach kobiety, ale także na jej psychice i relacjach. Zdrowienie z tak poważnej dolegliwości powinno więc obejmować nie tylko troskę o to, co dzieje się w jej klatce piersiowej, ale też w umyśle i interakcjach.

Więź z opiekunem

Stan choroby zazwyczaj na pewien (czasem bardzo długi) czas oddziela osobę cierpiącą od jej bliskich. W większości szpitali oczywiście możliwe są odwiedziny u chorego, a w przypadku małych dzieci rodzic ma zwykle możliwość pozostania z nimi na oddziale, co zresztą stanowi doniosłe osiągnięcie cywilizacyjne (oddzielenie malucha od opiekuna miało często katastrofalne skutki dla rozwijającej się psychiki). Nie zmienia to jednak faktu, że podczas hospitalizacji czy na przykład intensywnej rehabilitacji, prowadzonej w trybie ambulatoryjnym, w rolę najbliższej pacjentowi osoby wchodzi lekarz, fizjoterapeuta, a najczęściej – pielęgniarka. Ponieważ człowiek całą mocą swojej natury skierowany jest ku tworzeniu relacji, nierzadko właśnie oddana pielęgniarka czy empatyczny fizjoterapeuta staje się dla pacjenta kimś więcej niż tylko sumiennym profesjonalistą. Z uwagi na częsty i intensywny kontakt (również fizyczny), a także wiarę w kompetencje medyka i zależność od niego, chory często zaczyna obdarzać swojego opiekuna ogromnym zaufaniem, zachwytem, a nawet przeżywać zauroczenie nim. Wraz z zakończeniem leczenia relacja z troskliwym medykiem kończy się, a do pacjenta dociera coś, co de facto było jasne od samego początku: „przyjaźń” chorego i jego opiekuna była jednostronna i wpisana w obowiązki zawodowe pracownika szpitala. Nie jest to bynajmniej oskarżenie pod adresem medyków – wręcz przeciwnie! Uprzejmość wobec pacjentów i troska o nich to czynniki ułatwiające im zdrowienie, zaś dłonie, które badają, opróżniają cewniki i zmieniają opatrunki, są cenniejsze od rąk popkulturowych superbohaterów. Z perspektywy pacjenta zakończenie relacji z kimś, kto o niego dbał, a niekiedy nawet wysłuchał historii jego życia (niejeden chory otwiera się przecież przed pielęgniarką lub opiekunem medycznym), może stanowić bolesną stratę, której przepracowanie wymaga czasu i zrozumienia własnych emocji. Powrót do zdrowia nie jest wydarzeniem punktowym. Tak samo jak w przypadku poważnej choroby przyjęcie jednej dawki leku nie powoduje natychmiastowego wyzdrowienia, tak też opuszczenie szpitala nie sprawia, że człowiek jest gotów „z marszu” powrócić do wszystkich swoich obowiązków i kontaktów. Osoba chorująca musi nauczyć się stosować do zaleceń medyków – człowiek zdrowiejący potrzebuje na nowo nauczyć się „normalności”. Okres choroby może zmieniać całą rodzinę: jej przyzwyczajenia, układ obowiązków, status materialny, a także powodować u bliskich chorego lęk o przyszłość. Powrót do zdrowia dla rodziny oznacza kolejne „przetasowanie” i ponowną adaptację. W psychologii mówi się, że każda choroba przewlekła jednego członka rodziny to choroba dotycząca całego systemu – dlatego właśnie czasami w obliczu zarówno choroby, jak i okresu zdrowienia, cała rodzina potrzebuje wsparcia psychologicznego.

Składając naszym bliskim chorym życzenia powrotu do zdrowia, warto dodać jeszcze zapewnienie, że wesprzemy ich w procesie odzyskiwania sił – jeśli tylko jesteśmy w stanie tej obietnicy dotrzymać.
 

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 6/2026