Nie da się już udawać, że jakoś to będzie

O tym, dlaczego domy pomocy społecznej są symbolem systemowej bezradności, a jednocześnie miejscem heroicznej pracy ludzi z misją – z Jędrzejem Dudkiewiczem rozmawia Dawid Gospodarek.
Czyta się kilka minut
Dom pomocy społecznej w Szklarskiej Porębie, sierpień 2013 r. DPS-y są dramatycznie niedofinansowane. Wyższe pensje i więcej etatów pozwoliłyby na bardziej indywidualne podejście do mieszkańców fot. Bartek Sadowski/Bloomberg/Getty Images
Dom pomocy społecznej w Szklarskiej Porębie, sierpień 2013 r. DPS-y są dramatycznie niedofinansowane. Wyższe pensje i więcej etatów pozwoliłyby na bardziej indywidualne podejście do mieszkańców fot. Bartek Sadowski/Bloomberg/Getty Images

Straszysz, że jako społeczeństwo starzejemy się bardzo szybko i nie jesteśmy gotowi na to, co się dzieje. Czy naprawdę jest aż tak źle?

– Jesteśmy w sytuacji, w której dane GUS są nieubłagane i właśnie ostatnio zaprezentowano jeszcze gorsze prognozy. Według nich w 2060 roku w Polsce będzie 28,4 mln osób, z czego większość w wieku nieprodukcyjnym. To oznacza, że liczba osób starszych dramatycznie wzrośnie. Państwo nadal w dużej mierze zrzuca obowiązek opieki na rodziny, ale to wkrótce może stać się fizycznie niemożliwe. Zwyczajnie nie będzie komu się tą opieką zająć, zwłaszcza jeśli chcemy, by ludzie jednocześnie pracowali i rozwijali gospodarkę.

Jak mówi jedna z moich rozmówczyń w książce, to ostatni dzwonek, by się na te zmiany przygotować. Już teraz widać ich skutki, choć nie zawsze w oczywisty sposób. Wiemy, że mamy niską dzietność, ale rzadziej zauważamy, że dzieci rodzą się coraz później (matki są już często po trzydziestce). To oznacza, że coraz więcej osób będzie między młotem a kowadłem: z jednej strony wychowywanie dzieci, z drugiej – konieczność opieki nad starzejącymi się rodzicami. I znowu – ten obowiązek w większości spada na kobiety.

Kiedyś żyliśmy w rodzinach wielopokoleniowych – dziadkowie pomagali w wychowaniu dzieci, co było korzystne również dla nich samych. Dziś tego coraz częściej brakuje. To złożony problem, który wymaga natychmiastowych działań. Bo trudno sobie wyobrazić przyszłość, w której jedynym wyborem będzie albo DPS, albo całkowite poświęcenie się rodziny. Nie można przecież nikogo do tego zmuszać.

Wspominasz o domach pomocy społecznej. One wciąż kojarzą się z ostatecznością, z jakąś porażką rodziny. Jak Ty je dziś postrzegasz?

– Rzeczywiście, wciąż istnieje społeczna presja, by to rodzina zajmowała się starszymi rodzicami. Wciąż funkcjonuje powiedzenie: „Kto ci poda szklankę wody na starość”. To piękne w teorii, ale nie zawsze możliwe. Nie można do tego nikogo zmuszać. Relacje rodzinne bywają trudne, a nie każdy chce zajmować się na starość na przykład rodzicem, który był wobec niego przemocowy.

DPS-y rzeczywiście bywają postrzegane jako ostateczność, a rodzinie często towarzyszy poczucie winy, że „pozbyła się problemu”. Tymczasem ludzie często nie wiedzą, czym są te placówki i co się w nich dzieje. Media interesują się nimi dopiero wtedy, gdy dochodzi do patologii, a te niestety się zdarzają. Podczas pracy nad książką zobaczyłem jednak, że nie wszędzie jest tak źle. W wielu miejscach pojawia się coraz większa otwartość, zrozumienie, że DPS-y muszą się zmieniać, otwierać na społeczność lokalną, współpracować ze szkołami, organizacjami pozarządowymi.

Spotkałem dyrektorki, które same uczestniczyły w konferencjach o deinstytucjonalizacji czy studiowały kierunki z nią związane. To daje nadzieję. Oczywiście nie wszędzie tak jest. Ale chciałem przyjrzeć się temu systemowo, by zrozumieć, skąd biorą się patologie. To nie „źli ludzie”, tylko systemowe uwarunkowania, które czasem wręcz wymuszają złe praktyki. Są tam ludzie wykonujący heroiczną, fizycznie i psychicznie wyczerpującą pracę, często za bardzo niskie pieniądze. Choć, jak w każdym zawodzie, zdarzają się też tacy, którzy się do tej pracy nie nadają. Z drugiej strony część pracowników wciąż stawia opór przed zmianami, bo „od 20 lat tak robię i jest dobrze”. To bardzo niejednoznaczna rzeczywistość i właśnie tak chciałem ją pokazać: w odcieniach szarości, nie w czerni i bieli.

Po lekturze książki mam wrażenie, że to, co dobre w DPS-ach, wynika raczej z zaangażowania pojedynczych osób niż z systemu. Czy ten system da się naprawić?

– To bardzo trudne pytanie. Zmiana wymagałaby przede wszystkim zmiany myślenia. Trzeba zobaczyć w mieszkańcach DPS-ów ludzi: z ich godnością, indywidualnymi potrzebami, które należy traktować poważnie. Trzeba odejść od paternalizmu typu „my wiemy lepiej”.

Oczywiście konieczne jest też dofinansowanie. DPS-y są dramatycznie niedofinansowane. Wyższe pensje i więcej etatów pozwoliłyby na bardziej indywidualne podejście do mieszkańców. Pracownicy często mówią, że chcieliby robić więcej, rozmawiać z podopiecznymi, a nie tylko zajmować się podstawową pielęgnacją. Ale po prostu nie mają na to czasu.

Placówki powinny być też mniejsze. Wtedy łatwiej o podmiotowe traktowanie mieszkańców. No i DPS-y powinny świadczyć usługi również na zewnątrz – to element szerszej reformy, którą jest deinstytucjonalizacja. Chodzi o stworzenie sieci wsparcia, dzięki której DPS będzie ostatecznością, a większość osób będzie mogła jak najdłużej żyć u siebie: z pomocą asystentów, mieszkań wspomaganych czy lokalnych sieci wsparcia.

Wyjaśnij, czym dokładnie jest deinstytucjonalizacja.

– W najprostszych słowach: to myślenie, w którego centrum jest człowiek. To on powinien decydować, jakiego wsparcia potrzebuje. Chodzi o to, by jak najwięcej osób mogło prowadzić samodzielne, godne życie w swoim miejscu zamieszkania.

Deinstytucjonalizacja zakłada też wzmacnianie wspólnot lokalnych. W niektórych miejscach działają już tzw. kręgi wsparcia – grupy rodzin, sąsiadów, przyjaciół, którzy wspólnie towarzyszą osobie potrzebującej. To nie tylko pomoc, ale też edukacja i przełamywanie lęku wobec osób z niepełnosprawnościami czy chorobami psychicznymi.

To wszystko sprowadza się do pytania, jakie społeczeństwo chcemy budować: indywidualistyczne, oparte na zasadzie „każdy sobie”, czy solidarne i empatyczne. Ja jestem za tym drugim. Miarą rozwoju cywilizacji jest to, jak traktujemy osoby w trudniejszej sytuacji.

Wspomniałeś o heroizmie pracowników DPS-ów. Co można zrobić, by ich bardziej wspierać?

– Przede wszystkim przestańmy myśleć, że praca z powołania nie może być dobrze wynagradzana. To jedno z najbardziej przygnębiających odkryć mojej książki. Pracownicy DPS-ów, pytani o wymarzone zarobki, mówili o tysiącu czy półtora tysiąca złotych więcej. Jakby nie dopuszczali myśli, że ich praca może być warta wynagrodzenia nawet pięciocyfrowego. Trzeba im więc solidnie podnieść pensje. To przyciągnie nowych pracowników, odciąży obecnych, poprawi ich zdrowie i psychikę. Potrzebne są też szkolenia, które pozwolą się rozwijać, i dostęp do pomocy psychologicznej, bo przecież ci ludzie codziennie stykają się z cierpieniem, agresją, śmiercią. Potrzebują jakiejś superwizji.

To również kwestia prestiżu, docenienia zawodów, bez których społeczeństwo nie może funkcjonować: pomocy społecznej, ochrony zdrowia, edukacji czy służb komunalnych. Przecież gdyby oni przestali pracować, choćby na tydzień, kraj by stanął.

Czy widzisz tu miejsce dla Kościoła? Można wykorzystać potencjał parafii?

– Myślę, że tak, choć z pewnymi zastrzeżeniami. Jeśli wrócimy do tego, co mówił Jezus – o wspólnocie, sprawiedliwości i trosce o słabszych – to jest to przecież bardzo bliskie idei solidarnego społeczeństwa.

W książce pokazuję przykład świetnego DPS-u prowadzonego przez siostry zakonne. Tam naprawdę dzieją się dobre rzeczy: więcej personelu, ośrodek rewalidacyjno-wychowawczy, aż sześć form komunikacji alternatywnej. Ale są też inne przypadki, gdzie religijna narracja o „misji” staje się narzędziem tłumienia sprzeciwu wobec złych warunków pracy. Więc to zależy. Jeśli wiara inspiruje do działania z empatią i troską o człowieka, to wspaniale. Ale nigdy nie powinna być usprawiedliwieniem dla biedy i wyzysku, normalizując cierpienie czy wykorzystywanie pracy ludzi pod przykrywką misji.

A co Tobie dała praca nad książką? Boisz się starości?

– Nie, chyba jeszcze nie. Starość wydaje mi się zbyt odległa, zbyt abstrakcyjna. Ale właśnie to jest problem: nie umiemy o niej myśleć. A przecież dotyczy nas wszystkich: będziemy starzy, mamy starszych bliskich, a pełnosprawność to stan przejściowy – może się skończyć w każdej chwili. Praca nad książką dała mi większą uważność. Zrozumiałem, jak trudna i zarazem godna podziwu jest praca ludzi w DPS-ach. Zobaczyłem też, że zmiany są możliwe – punktowo, lokalnie, ale się dzieją. I to daje nadzieję, że systemową zmianę też da się przeprowadzić. 


Jędrzej Dudkiewicz – Dziennikarz zajmujący się sprawami społecznymi, współpracuje głównie z NGO.pl, „Wysokimi Obcasami”, sestry.eu 
i ir2.info

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 50/2025