JESTEM. 12 kroków do dobrostanu

Z Natalią Chromińską, prezeską Fundacji „DOBROstan”, o odkrywaniu własnego potencjału, miłości do samego siebie, która nie jest egoizmem, i ciele, które nie jest za karę.
Czyta się kilka minut
FOT. JORM SANGSORN/GETTY IMAGES
FOT. JORM SANGSORN/GETTY IMAGES

Założyłaś fundację, której celem jest wspieranie integralnego rozwoju człowieka. To nowoczesne, holistyczne podejście, bo w naszej epoce wiedza o człowieku jest podzielona na tyle specjalistycznych dziedzin, że borykamy się z trudnością w zrozumieniu samych siebie… Co się stało, że wpadłaś na pomysł założenia organizacji pozarządowej na rzecz dobrostanu?

– Fundacja wyrosła na zgliszczach mojego kryzysu. Tak często bywa w przypadku dzieł kreatywnych. Po 20 latach pracy w gabinecie rektora poznańskiego uniwersytetu – instytucji prestiżowej, dającej wiele możliwości, a jednocześnie osadzonej w silnie hierarchicznej, dość inercyjnej strukturze – zaczęłam odczuwać klasyczne skutki wypalenia zawodowego. Najpierw ciało mi pokazało, że ma dość. Głowa jeszcze przez dłuższy czas trzymała mnie w pracy, podsuwając różne sposoby racjonalizacji decyzji o pozostaniu. Nękały mnie też pytania: dokąd pójdę? Gdzie będzie mi lepiej niż w tej „złotej klatce” etatu, w miejscu, gdzie wszystko i wszystkich świetnie znam?

Każda zmiana to stres. Utrata poczucia bezpieczeństwa, ryzyko…

– Tak, ale ciało jest mądre. Trzeba go słuchać, nie mniej uważnie niż rozumu! To moje ciało sprawiło, że musiałam się zatrzymać – bo wpadłam w stan depresyjny. Czułam się tak bardzo źle, a gdy zrobiłam badania diagnostyczne, okazało się, że organizm jest całkowicie wyczerpany. Pojawiły się niedobory i choroba tarczycy – objawy były nie tylko psychiczne, ale i somatyczne. Chorowały dusza i ciało.

Wypalenie zawodowe jest poważnym problemem i może mieć realne, dramatyczne skutki. Narażone są na nie zwłaszcza osoby, które bardzo angażują się w pracę, poświęcają się dla niej bez troski o siebie, nie potrafią odpuścić. Choć w zasadzie minęły już czasy, gdy uważano, że w tej sytuacji trzeba się zmusić siłą woli…

– Tak. Ciało w pewnym momencie zaczęło mi sygnalizować, bardzo dojmująco i wyraźnie, że ta dobra pozornie praca to już nie miejsce dla mnie. Jeżeli, pracując od rana, około godziny 13.00 nie dawałam już rady, szłam do łazienki i płakałam, nie można było tego dłużej ignorować. W końcu „padłam”. Musiałam iść na zwolnienie. Ponieważ z natury jestem jednak aktywna, długo nie poleżałam. Zaczęłam powoli szukać dróg wyjścia, próbować wrócić do dobrostanu, co po prostu oznacza zdrowie w integralnym sensie. Nasza psychika i ciało są jednością.

Ten wstęp do naszej rozmowy jest konieczny, aby ludzie mogli zrozumieć, czym fundacja się zajmuje. Być może troska o siebie samego wydaje się niektórym dziwna. Katolicy czasem oczekują bycia dla innych, uczynków miłosierdzia, dawania świadectwa, pomagania cierpiącym itd. Ja musiałam się nauczyć, że aby coś dać innym, muszę wrócić do siebie. Szukałam dobrostanu w różnych miejscach i na wiele sposobów. Pierwszą rzeczą, którą odkryłam, było: zatrzymaj się i zacznij słuchać tego, co wewnątrz. Pojawiły się kluczowe pytania egzystencjalne: jakie są moje wartości? Potrzeby? Gdzie moja tożsamość? Kim jestem? To był czas zmagań, rozmyślań. I ciszy. Wyjścia z gonitwy, która zagłusza spokój, mój autentyczny głos. Zdrowiej jadłam, zaczęłam uprawiać sport. Poszłam na terapię, która bardzo mi pomogła zmienić szereg przekonań, umieć zapanować nad myślami, które – w przeciwieństwie do ciała – mogą nas oszukiwać. Dziś dzielę się swoją historią, żeby inni nie musieli przechodzić tego, co ja. Mogą wcześniej pójść po pomoc, a najlepiej uniknąć doprowadzenia się stanu skrajnego wypalenia.

Mówienie publicznie o swoich problemach wymaga odwagi. Katolicy żyją też czasem mitem, że wystarczy modlitwa – i Bóg uzdrowi. A Bóg przecież działa przez psychologa. Pamiętam, jak pewien biskup zareagował, kiedy pobiło się dwóch księży. Wysłał obu na rekolekcje w odosobnieniu zamiast na terapię. Psycholog uczy panować nad złością, rozwiązywać konflikty.

– Psychologia i duchowość znakomicie się uzupełniają. Nasza fundacja współorganizowała też seminaria „Stań się tym, kim byłeś”, o poczuciu własnej wartości z perspektywy psychologii i wiary. Osiągnięcie dobrostanu wymaga połączenia wszystkich „nitek”, które na co dzień sztucznie rozdzielamy: ciała, psychiki i ducha. Każda z tych sfer oddziałuje na drugą; na tym polega integralność w podejściu do człowieka.  Do tej wiedzy doszłam dzięki osobistemu doświadczeniu. W kryzysie musiałam zawalczyć o cały „wachlarz” dobrostanowych aktywności, stanu moich emocji. To była zmiana przekonań, wdrożenie nowych nawyków, w tym regularnie praktykowanej wdzięczności. Uczyłam się mówić do siebie dobre rzeczy, traktować siebie z miłością i czułością. Wcześniej ostro się krytykowałam, osądzałam, oceniałam. Odchodząc z uniwersytetu, 
nie miałam o sobie wysokiego mniemania. Wątpiłam w to, że coś potrafię. Bałam się: jak odnajdę się w moim wieku na rynku pracy? Nie spodziewałam się, że samodzielnie założę fundację, nie mając pewności, co z tego wyniknie… Dziś każdego zachęcam do zmierzenia się z wyzwaniami, jeśli naprawdę źle się czuje w miejscu pracy. Spędzamy w niej dużo czasu. Po co się męczyć? Są możliwości do odkrycia, każdy ma niepowtarzalny potencjał – da się realizować swoje talenty, pasje; rozwijać się. Żyć w pełni dobrostanu. To jest miłość do siebie samej, w stu procentach chrześcijańska i chciana przez Boga. On mnie kocha. Nie za to, że się poświęcam, cierpię. Dla mnie samej. Bezinteresownie. Podtrzymuje mnie przy życiu. Jestem chciana i potrzebna.

Praca powinna wynikać z potrzeby serca. Wszyscy jako ludzie mamy podobne potrzeby jako ludzie, ale bardzo często nie umiemy ich nazwać ani usłyszeć.

Co prowadzi do tego, że czasem zaspokajamy je czyimś kosztem… Ostatecznie znalazłaś równowagę.

– Podkreślę, że doszłam do tego bez żadnych lekarstw. Wybieram naturalne metody, zatem stało się to po dłuższym czasie, kompleksowo. Proces trwa w czasie. Dobrostan nie polega na łykaniu tabletek, to nieustanna troska o naturalną harmonię organizmu. Zdarza się rzecz jasna, że interwencja lekarza jest konieczna – trzeba leków lub operacji. Dopóki jednak można – najlepiej bazować na naturze.

Gdy stanęłam na nogi, zamarzyłam o tym, żeby stworzyć miejsce dla kobiet (one najłatwiej o sobie zapominają, byłyśmy wychowywane do opiekowania się innymi; do radykalnego wręcz altruizmu), które znalazły się na zakręcie i szukają drogi do dobrostanu. Chodziło mi o to, żeby kobiety znalazły narzędzia do dobrostanu w jednym miejscu. Zdaję sobie sprawę z faktu, że miałam większe możliwości niż większość z nich, znałam odpowiednich ludzi, miałam  dobre kontakty i bezpieczne zaplecze w domu. Wracam do kwestii specjalizacji wiedzy o człowieku – każda sfera ma inne instytucje pomocowe. Oddzielnie pomaga ci psycholog, duszpasterz, lekarz – i to w zależności od rodzaju choroby, różnych specjalności. Dlatego stworzyłam, wraz z Ewą i Anią – kobietami, które spotkały się na swoich rozdrożach – program „JESTEM. 12 kroków do dobrostanu”. Brzmi trochę jak terapia Anonimowych Alkoholików, ale wyszło to przypadkiem. Jest 12 kroków do dobrostanu, ponieważ bazują na moich własnych etapach dochodzenia do pełnego zdrowia. Nieco je tylko zmodyfikowałyśmy.

Zdrowie to inaczej dobrostan – jak mówi Światowa Organizacja Zdrowia? Można je uznać za synonimy?

– Dobrostan jest czymś więcej niż zdrowie, jeżeli rozumiemy je w kategorii „brak kalectwa”, „brak choroby” zobrazowanej na przykład przez wyniki badań. Jest to ogólnie dobry stan całego organizmu, który przejawia się na co dzień poprzez decyzje i zachowania – jesteśmy produktywni, zmotywowani do działania (chce nam się działać), czujemy wobec samych siebie miłość, akceptację. Możemy nimi wtedy obdarzyć najbliższych oraz bliźnich – ludzi wokół nas.

W 2025 roku ruszyła już ósma edycja programu. Dodaliśmy ostatnio program dla mężczyzn „Bądź”. Opracował go i odpowiada za niego mój mąż, wykonuje naprawdę świetną robotę. Oferujemy też krótsze warsztaty oraz szereg wydarzeń karmiących ducha (jak choćby Festiwal Dobrego Słowa).

Większość organizacji tego typu zakładają psychologowie, którzy wolą pracować u siebie, na własnych warunkach. Wtedy fundacja, stowarzyszenie są jak firma. Ty – będąc osobą wierzącą – doświadczyłaś potężnego kryzysu, miałaś więc inne powody. To ważne, buduje wiarygodność. Tym bardziej że wciąż istnieją środowiska katolickie, które zwalczają myślenie o zdrowiu jako dobrostanie, czego byliśmy świadkami przy aferze z wprowadzeniem do szkół przedmiotu „Edukacja zdrowotna”. O ile zrozumiała była krytyka modułu dotyczącego seksualności, to potępianie uczenia dziecka pozytywnej samooceny albo definicji zdrowia jako dobrostanu jest szokujące. Jakby Kościół i nauka się „rozjechały”, a przykazanie miłości brzmiało: sobą pogardzaj. Niektórzy wierzą, że dbanie o swoje potrzeby to egoizm i że mają się jednostronnie poświęcać bez umiaru. Skutki są opłakane.

– Jezus mówi: „Będziesz miłował Pana Boga swego całym swoim sercem (...) a swego bliźniego jak siebie samego” (Mk 12, 30–31). Jeśli nie potrafię pokochać siebie, nie będę kochać drugiej osoby. To jest nierealne.

To są nitki integralne, ściśle ze sobą związane. Miłość do Boga zależy od miłości do siebie i do drugiego.

– Jak najbardziej. Moje rozumienie dobrostanu jest w pełni spójne z chrześcijańską tradycją myślenia o człowieku. Bo ma on wówczas potencjał, aby tworzyć relacje, żyć odpowiedzialnie, rozpoznawać sens swojego życia. Nosić codzienne brzemiona, realizować zobowiązania. Jeśli jesteśmy w złym stanie, czujemy się ofiarami wszystkich wokół, nie spodziewajcie się po nas Dobrej Nowiny i miłości. Promieniowania radością obcowania z Bogiem. Skutek lekceważenia nakazu miłości do siebie jest zatem dokładnie odwrotny od tego, do czego Bóg każdego i każdą z nas powołał. Utkwiło mi zasłyszane u o. Tomasza Grabowskiego OP łacińskie sformułowanie incurvatus in se, czyli „zakrzywiony ku sobie”. Pozornie absolutnie się sobą nie zajmujemy, nie jesteśmy egoistami, a tak naprawdę koncentrujemy się nieustannie na swoim lęku i na tym, jak nam ciężko i co nam dolega. Tracimy wówczas relację z innymi i ze światem, zamykamy się w sobie, przestajemy słyszeć głos serca.

Uwaga – są ludzie, którym tak jest dobrze. Jeśli cierpią, chorują, narzekają, dostają uwagę innych. Ci okazują im współczucie, przejmują się nimi. Tyle że wtedy wcale nie służymy drugiemu! Jak możemy służyć z pozycji osoby, która jest słaba, ma złe samopoczucie i nie umie nawet pobyć sama ze sobą?

Na swój sposób zdrowie jest procesem. Rządzą nim mechanizmy mające przyczyny oraz skutki logiczne. Usuwając kluczowy element, jakim jest miłość do siebie i troska o swoje potrzeby, wylewamy przysłowiowe „dziecko z kąpielą”. Potrzeby mamy identyczne bez względu na płeć. Te stoją za naszymi emocjami.

– Światowa Organizacja Zdrowia od dekad definiuje zdrowie jako stan pełnego fizycznego, psychicznego i społecznego dobrostanu. Wymiar emocjonalny życia, który ma m.in. bezpośredni związek z relacjami, stanowi integralną część człowieka. Niedawno do tamtej definicji dodano produktywne życie społeczne i ekonomiczne, a także – wymiar duchowy! Fakt, że mówimy o produktywności, wynika z potrzeby sprawczości, skuteczności działań, która jest jednym z kluczowych składowych poczucia własnej wartości. Człowiek jest jednostką duchową, ponieważ został stworzony na obraz i podobieństwo Boga (imago Dei), a więc jako byt zdolny do relacji i transcendencji. Nosimy w sobie pragnienie sensu, dobra i prawdy, które przekracza to, co czysto biologiczne. Oczywiście potrzeby duchowe można rozmaicie zaspokajać, niekoniecznie za pośrednictwem instytucji, jakimi są na przykład Kościoły.

Definicja dobrostanu bardzo kojarzy mi się z koncepcją człowieka integralnego, przekazywaną przez papieża Jana Pawła II. Nam „wkładał” ją do głów ojciec Jan Góra OP. Od wielu lat jestem związana z dominikanami. Nauczanie o integralnym człowieku „przesiąknęło mi do krwiobiegu” – i to także miało znaczenie przy wyborze obecnej drogi zawodowej.

A jak Ty sama rozumiesz dobrostan?

– Dobrostan nie jest pojęciem ideologicznym, tylko próbą opisania warunków, w których osoba może dojrzale kochać: Boga, siebie i bliźniego. Takie rozumienie terminu wyrasta z długiej tradycji myślenia o dobrym życiu: od eudajmonii Arystotelesa i stoickiej harmonii wewnętrznej, przez współczesne koncepcje prof. Amartyi Sena i prof. Marthy Nussbaum (na gruncie nauk społecznych i ekonomicznych), aż po psychologię, w tym – psychologię pozytywną Martina Seligmana, opisującą pięć wymiarów dobrego funkcjonowania: emocje, zaangażowanie, relacje, sens i osiągnięcia. To nie jest język „komfortu za wszelką cenę”, lecz opis kondycji człowieka, w której jest on zdolny do wysiłku, wierności, służby – i współtworzenia wspólnoty. Dobrostan absolutnie nie ma konotacji hedonistycznych, jak czasem, całkowicie błędnie, pojmują go katolicy.

Światowa Organizacja Zdrowia definiuje tak zdrowie, by pokazać, że to nie jest jedynie brak choroby. Podkreśla: wymiar emocjonalny i relacyjny nie jest tutaj dodatkiem, lecz integralną częścią życia człowieka! Historia pojęcia nie wskazuje na ideologiczną, ukrytą agendę – przeciwnie. Ujawnia konsekwentny, interdyscyplinarny rozwój terminu, który powstał z potrzeby mierzenia i rozumienia tego, w jakich warunkach człowiek żyje zdrowo, odpowiedzialnie i w relacjach z innymi. Warto dodać, że dobrostan nie jest celem sam w sobie. Stanowi warunek odpowiedzialności za siebie i drugiego. Takie postawienie sprawy idealnie oddaje najważniejsze chrześcijańskie przykazanie, które zakłada troskę o siebie jako warunek zdolności do ofiarności dla Boga i drugiej osoby.

Najwyższy czas przedefiniować chyba pojęcie „miłość”, które nazwano aktem woli, jakby była jednostronnym wyborem. Jezus uczy nas „miłości wzajemnej” – to po niej mają nas rozpoznawać inni. Wcale nie po poświęceniu, miłosierdziu czy pomocy charytatywnej.

– Człowiek zanurzony w Panu Bogu, w wierze chrześcijańskiej, w pozytywny i akceptujący sposób postrzega swoje ciało, emocje, psychikę i umysł. Nie jest tylko duszą. Jezus także po to się wcielił, aby człowiek nie uciekał od ciała. Jeśli chcemy troszczyć się o dobrostan duszy, najlepiej – wyłącznie po śmierci, tj. w życiu wiecznym, możemy zatracić ciało. Ono jest jednak darem. Jest integralnie związane z duszą, a nie „doczepione” za karę po upadku w Edenie.  

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 5/2026