Samsonowicz, Flisowski, Handke, Wiatr, Łybacka, Sawicki, Giertych, Hall, Kluzik-Rostkowska, Zalewska i Czarnek – to nazwiska niektórych tylko ministrów, którzy po 1989 roku dostali od społeczeństwa prerogatywy pozwalające wpływać na kształt sytemu edukacji. Ministerstwo Edukacji Narodowej, Edukacji Narodowej i Sportu, Edukacji i Nauki, Oświaty i Szkolnictwa Wyższego – nazwy resortów odpowiedzialnych za oświatę, podobnie jak nazwiska ministrów, a także partie wpływające na jej kształt i pomysły na zreformowanie systemu, zmieniały się w popeerelowskiej Polsce jak w kalejdoskopie. Wprowadzenie podstawy programowej nauczania ogólnego, wielokrotne zmiany owej podstawy, zmiany w kanonie lektur, nowa matura, gimnazja, a następnie ich likwidacja, edukacja włączająca – to tylko niektóre ze zmian, jakich doświadczyli uczniowie na przestrzeni lat. Trudno nie odnieść wrażenia, że ministrowie edukacji wykazują się większą niż inni członkowie rządu potrzebą przekreślenia decyzji poprzednika i chęcią zapisania się „złotymi zgłoskami” w historii polskiej edukacji. Nie inaczej jest w przypadku obecnej minister Barbary Nowackiej, której półmetek kierowania resortem edukacji przypadł w październiku.
Argumentacja dziecięca
Kiedy podczas wiecu wyborczego Donalda Tuska ósmoklasista Maciek z Włocławka wyjaśniał premierowi, że zadania domowe to łamanie praw dziecka, nikt nie przypuszczał, że właśnie padło ziarno pod flagową decyzję przyszłego ministerstwa edukacji. Pierwszą poważną decyzją, podjętą przez minister Barbarę Nowacką tuż po objęciu resortu, było zniesienie zadań domowych. Nowe zasady dotyczące zadawania prac domowych zostały wprowadzone na mocy nowelizacji rozporządzenia Ministra Edukacji Narodowej z 22 marca 2024 roku. Ich celem była zmiana roli pracy domowej w polskiej szkole, tak aby sprzyjała rozwojowi uczennic i uczniów oraz podnosiła jakość procesu uczenia się.
W klasach I–III szczególny nacisk położono na to, by dzieci nie były przeciążane obowiązkami wykraczającymi poza czas spędzany na lekcjach. Zmiana ta, według uzasadnienia ministerstwa, miała na celu poprawę dobrostanu psychicznego i fizycznego dzieci, zmniejszenie poziomu stresu, a w konsekwencji – zwiększenie koncentracji i otwartości na naukę w szkole. Pomysł rewolucyjny w teorii, w praktyce okazał się fiaskiem, co zresztą potwierdził podległy resortowi Instytut Badań Edukacyjnych, przeprowadzając ewaluację tego, jak w praktyce sprawdziły się nowe przepisy. Wyniki są jednoznaczne: aż 91 proc. nauczycieli uczących w klasach IV–VIII zauważyło, że uczniowie mają trudności z utrwalaniem materiału. 84 proc. wskazało na spadek motywacji do nauki, a 77 proc. dostrzegło zmniejszenie samodzielności uczniów. Łącznie 84,9 proc. nauczycieli klas I–III oraz 89,9 proc. nauczycieli klas IV–VIII szkół publicznych oceniło, że zmiany wprowadzone przez Ministerstwo Edukacji Narodowej nie są korzystne dla uczniów. Nieprzystawalność zmiany do polskiej szkoły potwierdziły również opublikowane na początku listopada wyniki sondażu CBOS Polacy o zmianach w szkolnictwie, z których wynika, że ponad trzy czwarte Polaków (76 proc.) opowiada się za przywróceniem obowiązkowych prac domowych do szkół podstawowych.
Rzeczywista przeszłość
– Z mojej perspektywy w klasach I–III dzieci absolutnie nie były przeciążone zadaniami domowymi. Wręcz przeciwnie, zadania te pomagały im utrwalać materiał omawiany na lekcjach. Poza tym uczyły systematyczności, samodzielności i odpowiedzialności za własną naukę – opowiada Edyta Mazgaj, nauczycielka edukacji wczesnoszkolnej z 25-letnim stażem. – Zawsze miałam zasadę, że dzieci nigdy nie dostawały zadań domowych na weekend. Zadania, które otrzymywały w ciągu tygodnia, były naprawdę krótkie i nie zajmowały im dużo czasu. Ich celem nie było nadrabianie zaległości z lekcji, lecz jedynie utrwalenie tego, co już przerabialiśmy. Dzieci mogły w spokojny sposób poćwiczyć to, czego się nauczyły. Obecnie cała praca ucznia opiera się właściwie wyłącznie na tym, co przerobimy podczas lekcji. Dzieci różnią się poziomem koncentracji i tempem pracy, część z nich potrzebuje dłuższego czasu na utrwalanie przerabianych treści. Dla takich uczniów zadania domowe były cenną okazją do spokojnego przećwiczenia materiału. Brak zadań domowych im w tym nie pomaga i może pogłębiać różnice między uczniami, zwłaszcza między tymi, którzy radzą sobie słabiej, a uczniami zdolnymi – przekonuje nauczycielka.
Rola nauczyciela
Politykom trudno jest oprzeć się pokusie wykorzystania szkoły jako narzędzia do swoich celów i pola walki politycznej. – Każda ze stron podziału widzi w drugiej tę, która próbuje wpływać na szkołę i indoktrynować młodzież. A jednocześnie widzą edukację wyłącznie w kategoriach kosztów. Byle było „jakoś”, nie generowało zbyt dużych wydatków i dobrze wyglądało w oczach wyborców – uważa Anna Schmidt-Fic, nauczycielka matematyki, aktywistka zaangażowana w działania na rzecz dobrej edukacji, liderka i współtwórczyni nauczycielskiej inicjatywy Protest z Wykrzyknikiem. – Decyzja dotycząca zniesienia zadań domowych jest tego najlepszym przykładem: jest populistyczna i podjęta z myślą o szybkim zdobyciu punktów wyborczych. Wydawała się łatwa i atrakcyjna, bo rząd uznał, że rodzice przyjmą ją z entuzjazmem. Rzeczywiście, wielu rodziców poczuło chwilową ulgę, że ich dzieci i oni sami nie będą już „obciążani” pracą domową. Zawsze uważałam, że rodzic nie powinien odrabiać zadań domowych za dziecko. Jeśli uczeń nie potrafi samodzielnie wykonać pracy, to właśnie z tą informacją powinien wrócić do szkoły i powiedzieć: „nie potrafiłem tego zrobić”. To sygnał dla nauczyciela, który może ocenić, gdzie pojawia się trudność i jak ją wspólnie rozwiązać – dodaje.
Powodów, dla których uczeń nie radzi sobie samodzielnie z zadaniem, może być wiele: od braku zrozumienia materiału po zwykłą niechęć do wysiłku. – Rola nauczyciela jako specjalisty jest tu kluczowa. To on, znając uwarunkowania i potrzeby swoich uczniów, wykorzystując zdobycze neurodydaktyki, sam decyduje, jak reagować. Nauczyciel może też zauważyć szerszy problem, np. „dzieje się coś niepokojącego, dzieci coraz częściej nie potrafią samodzielnie pracować”. Takie sygnały to pole do badań dla pedagogów. Dlatego uważam, że kwestia pracy domowej musi pozostać w sferze autonomii nauczyciela – wyjaśnia Anna Schmidt-Fic. – Dobór metod pracy, w tym zalecanie samodzielnej pracy ucznia, jest jednym z podstawowych elementów warsztatu pedagogicznego. Odbierając tę możliwość, pozbawia się nauczycieli autonomii zawodowej i działania zgodnie z ich kompetencjami – podsumowuje.
Majstrowanie przy karcie
Nie tylko decyzja o braku zadań domowych wydaje się kontrowersyjnym, nieprzystającym do rzeczywistości pomysłem MEN. W lipcu uchwalono nowelizację Karty Nauczyciela. Celem było uporządkowanie zasad dotyczących wynagradzania nauczycieli. Zgodnie z przepisami ich tydzień pracy obejmuje 40 godzin – w tym 18 godzin zajęć dydaktycznych oraz czas przeznaczony na obowiązki takie jak przygotowanie do lekcji, sprawdzanie prac czy spotkania z rodzicami. Wszystko, co wykracza poza ten wymiar, stanowi nadgodziny, natomiast godziny ponadwymiarowe dotyczą zajęć przekraczających 18-godzinny wymiar lekcyjny. Dotychczas za takie dodatkowe godziny nauczycielom przysługiwało wynagrodzenie. Jednak od 1 września, po wejściu w życie nowych przepisów, zmieniły się zasady – jeśli zajęcia się nie odbyły, np. z powodu nieobecności uczniów, nauczyciel nie otrzymuje już zapłaty, nawet jeśli nie ponosi za to winy. W środowiskach związanych z edukacją zawrzało. Szkoły masowo zaczęły ograniczać wycieczki i zajęcia pozalekcyjne, a także wielu nauczycieli zrezygnowało z wyjść do muzeów i teatrów z uczniami. W rezultacie część z nauczycieli straciła nawet kilkaset złotych miesięcznie. Ostatecznie przepisy zostaną zmienione, jednak nauczyciele nie odzyskają utraconych wynagrodzeń. 4 listopada grupa posłów Koalicji Obywatelskiej wniosła do Sejmu projekt ustawy nowelizującej Kartę Nauczyciela. Projekt zakłada rozszerzenie zakresu przypadków, w których nauczyciele zachowują prawo do wynagrodzenia za niezrealizowane godziny ponadwymiarowe. Trudno dziś wyrokować realne zmiany, które czekają nauczycieli w obszarze zatrudnienia w najbliższej przyszłości.
Warunki pracy
Ostatnio wiele mówi się o przywracaniu prestiżu zawodu nauczyciela. Słyszymy o „wzmacnianiu nauczycieli”, o tym, że „nauczyciele są najważniejszym zawodem świata”, ale za tymi słowami nie idą realne działania. Budowana przez lata antynauczycielska narracja spowodowała, że społeczeństwo ma dużą niechęć wobec nauczycieli. Aby to zmienić, potrzebne jest przemyślane, wielowektorowe działanie rugujące utrwalone stereotypy. Nauczyciel powinien zostać dostrzeżony jako ważna, pozytywna figura w edukacji – twierdzi Anna Schmidt-Fic. – Chciałabym, aby nauczyciele mieli dobre warunki pracy. Dzięki temu będą mogli jak najlepiej zająć się swoimi uczniami. Dobre warunki to nie tylko odpowiednie wynagrodzenie, ale także mniejsza liczba uczniów w klasie, zrównoważony czas pracy, przyjazne warunki socjalne, np. miejsce, gdzie można po prostu wypić kawę, złapać oddech. I zlikwidowanie przemocy ekonomicznej – nauczyciele doznają jej ze strony państwa, które ich wynagradza w sposób uwłaczający, a czasem i ze strony dyrektorów, którzy sami jej zresztą doświadczają. Ta forma przemocy w mojej opinii leży właśnie u źródła większości problemów w oświacie – dodaje.
Komunikacja
Pozytywnym przykładem zmian w ostatnich dwóch latach była wymiana kuratorów, która przyniosła zauważalną zmianę atmosfery w relacjach między kuratoriami a szkołami i dyrektorami. – W wielu miejscach pojawiło się wreszcie zrozumienie i wsparcie zamiast presji i strachu. Za tym jednak powinny pójść kolejne, mniejsze, ale konsekwentne działania. Przede wszystkim: lepsza komunikacja między ministerstwem a szkołami. Nauczyciele i dyrektorzy uważnie słuchają ministerstwa – znacznie uważniej, niż samo ministerstwo często przypuszcza. Dlatego komunikacja powinna być bardziej empatyczna, precyzyjna i wspierająca – wyjaśnia Anna Schmidt-Fic. – Szkole potrzebne jest też dobre zarządzanie systemem oświaty. Trzeba unikać sytuacji takich jak ta, z którą ostatnio zmagają się szkoły niepubliczne, gdy z powodu błędów rozliczeniowych w ministerstwie stanęły one przed dramatem zwrotu środków. Takie rzeczy nie powinny się zdarzać. Wprowadzając jakiekolwiek zmiany, należy robić to w sposób zabezpieczający autonomię szkół i nauczycieli. Nie powinno być tak, że systemowe korekty, np. w podstawie programowej, stają się okazją do nowych form kontroli szkół i nauczycieli, checklist i biurokratycznych wymagań. To zawsze wystawia system na niebezpieczeństwo zewnętrznego sterowania. Nauczyciele potrzebują więcej zaufania do ich kompetencji, a w interesie rodziców jest dostrzeżenie w nauczycielach sojuszników wspólnej sprawy – wspierania rozwoju dzieci i młodzieży.
System edukacji w Polsce toczy wiele wewnętrznych chorób. Zbyt liczne klasy, archaiczne podejście m.in. do trybu lekcyjnego, edukacja włączająca, która nie tylko nie sprzyja integracji, ale sprawia, że edukacyjnie tracą nie tylko uczniowie o specjalnych potrzebach edukacyjnych, masowe odchodzenia nauczycieli z zawodu – to tylko niektóre z palących problemów polskiej szkoły. Spór o edukację zdrowotną, kontrowersje wokół zmian w Karcie Nauczyciela, zadawanie czy niezadawanie zadań domowych, zmiany w spisie lektur, wszystkie większe i mniejsze decyzje tego czy poprzednich ministerstw edukacji odwracają uwagę od głębokich zmian, których potrzebuje nasz system edukacji.
– Żałuję, że kolejni politycy nie zdobyli się na odwagę, by uznać edukację za obszar strategiczny dla państwa – strategiczny w tym sensie, że wymagający tworzenia długofalowych, odpornych na przetasowania polityczne polityk edukacyjnych, wpływających na nasze społeczeństwo. Edukacja powinna stać się prawdziwie społeczną platformą, przestrzenią namysłu i dialogu między różnymi środowiskami, swoistą umową społeczną, na którą jako społeczeństwo obywatelskie się godzimy – uważa Anna Schmidt Fic. – Jesteśmy w momencie, w którym powinniśmy redefiniować rolę szkoły ze względu na dynamiczne zmiany rzeczywistości, która nas otacza. Reformy systemu oświaty nie powinny być pospieszne, ale wynikać ze starcia różnych argumentów i perspektyw, by ostateczne zmiany były przemyślane i dobrze uzasadnione – podsumowuje.
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!















