Nie sposób na początku nie odnieść się do krytyki filmu Piotra Domalewskiego, płynącej z pewnych środowisk katolickich. Odnoszę wrażenie, że niektóre z tych ocen wyrosły ze stereotypów, z przekonania, że współczesna sztuka tylko czeka, by móc obsmarować Kościół. Osoba, która pisze, że film przenosi stereotypy o ministrantach czy wręcz o tuszowaniu pedofilii w Kościele, tego obrazu na pewno nie widziała, bo nie ma w nim ani słowa na ten temat. Warto też mieć na uwadze gatunek, jaki wybrał reżyser nagrodzonych Złotymi Lwami na 50. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni Ministrantów. Jest to mianowicie parabola, czyli przypowieść. Jej moralno-dydaktyczny wydźwięk jest więcej niż czytelny.
Urwisy z zakrystii
Używane w gwarze poznańskiej słowo „rojber” lubię dużo bardziej niż łobuz czy urwis, bo ma ono swoją dynamikę, pokazującą młodzieńczą energię. Tym bardziej, że tego słowa nie używa się w kontekście chuligana, kogoś wulgarnego, rozmyślnie czyniącego zło. Rojber to raczej „żywe srebro”, ktoś może trochę nadaktywny, ale na swój sposób w tym lekkim szale uroczy.
Czwórka przyjaciół, z nienazwanej małej miejscowości, ale z kontekstu wnioskujemy, że to gdzieś we wschodniej Polsce, to właśnie takie rojbry. To, że mieszkają raczej daleko po wschodniej stronie Wisły, wnioskujemy po kazaniu księdza, mówiącego o zagrożeniu wojennym z pobliskiego wschodu, nieco uboższej infrastrukturze i zależnościach między proboszczem a parafianami. Relacje plebana z wiernymi są chłodne, administrator parafii ma duży posłuch wśród wiernych i styl duszpasterzowania, który raczej by już nie przeszedł na zachodnich rubieżach kraju. Mimo to chłopcy chętnie służą przy ołtarzu. Mają dzięki temu element sportowej rywalizacji (choć polegającej na rozkładaniu paramentów liturgicznych), wzajemną integrację i po prostu mają co robić po szkole, bo nie widać ofert innych instytucji. Bohaterowie mają też społeczną wrażliwość, chętnie zbierają pieniądze dla ubogich, których w ich parafii nie brakuje. Dobre intencje dzieciaków zostają zdradzone przez dorosłych – ministranci odkrywają pewne oszustwo. Nie zniechęca ich to jednak do czynienia dobra. Wręcz przeciwnie, rozpala ich gorliwość.
Nie wiem, czy jest to doświadczenie wszystkich młodych ludzi, ale na pewno sporo z nich ma duże poczucie sprawiedliwości, czasem dość radykalne, sprowadzające rzeczywistość do czarno-białych opozycji. Poczucie sprawiedliwości młodych ludzi kształtuje się w dynamicznie zmieniającym się świecie, w którym dostęp do informacji jest niemal nieograniczony. Akcja dzieje się jak najbardziej współcześnie i chłopcy często korzystają z internetu, by pozyskać informacje. Młodzież widzi nierówności społeczne i ekonomiczne i coraz częściej domaga się realnych działań, a nie pustych deklaracji. Dla wielu sprawiedliwość oznacza równe szanse, poszanowanie praw człowieka oraz uczciwość w relacjach społecznych. Młodzi angażują się w wolontariat – w tym przypadku w ministranturę – bo wierzą, że każdy może mieć wpływ na rzeczywistość. Jednocześnie są krytyczni wobec instytucji, które ich zdaniem nie spełniają obietnic lub działają zbyt wolno. Poczucie sprawiedliwości u młodych opiera się więc na empatii, potrzebie przejrzystości i pragnieniu autentyczności. Coraz częściej oczekują dialogu i współpracy, a nie autorytarnego narzucania zasad. Dzięki temu ich głos staje się ważnym elementem społecznej debaty i motorem zmian. Spełniają tym definicję „bożych rojbrów”, którzy choć moralnie wątpliwymi metodami, chcą walczyć o sprawiedliwość.
Kultura przemocy
Wiedzę o potrzebach innych parafian bohaterowie czerpią z podsłuchu założonego w konfesjonale. Swoją drogą dziwne, że przy dwóch godzinach katechezy tygodniowo chłopcy nie wiedzą, że taki proceder zagrożony jest karą ekskomuniki, ale możemy założyć, że nie uważali na lekcjach o sakramencie pokuty. Może jednak wiedzą, ale w młodzieńczej nadgorliwości uważają swój cel za słuszniejszy? Tak, jest tu wątpliwość moralna, ale cechą paraboli jest swego rodzaju wyolbrzymienie, są to historie nie z codziennego porządku, ale wymykające się logice (spójrzmy na przypowieści Jezusa: kobieta rzucająca wszystko, by znaleźć pieniążek, ojciec wystawnie przyjmujący błądzącego syna, pasterz szukający jednej owcy, a pozostawiający samym pozostałe). Podsłuchiwani ludzie szukają w konfesjonale oparcia, pomocy, nawet ratunku, ale nie wiemy, czy jest on im udzielony. Słyszymy tylko historie penitentów, a nie odpowiedzi spowiednika. Niemniej czwórka Robin Hoodów w ten sposób weryfikuje, komu przekazać środki z kościelnej kasy.
Działania te przeprowadzają w formie znanej nam z programów Niewidzialna ręka, ale też jakby z gangsterskich filmów, bo pieniądze wręczają w kominiarkach, ale żeby nie było – w niebieskim, maryjnym kolorze. Pewnie ten proceder trwałby dalej, jednak przez to, że obnażył choroby świata dorosłych, ich imposybilizm, a nawet obojętność, stał się przedmiotem śledztwa władz duchownych. Młodzi wszakże powoływali się na autorytet parafii, a koperty wręczali z biblijnymi dewizami na ustach. Co więcej, zasiali w społeczeństwie pewien ferment: osoby samotne miały z kim porozmawiać, chorzy odzyskiwali nadzieję na zdrowie, ubodzy – nieco godności życia. Chłopcy obnażali też wielki poziom przemocy społeczeństwa, piętnującego biedniejszych, wyrzucającego na margines tych, którzy nie pasują, w czym udział, niestety, brał również lokalny Kościół. Ten klimat wystawia na próbę młodzieńcze ideały, nawet nadszarpuje więzy przyjaźni, ale ostatecznie to, co nazwalibyśmy braterską miłością, ocala to, co ludzkie.
Rycerz w komży
Działania bohaterów są bardzo honorowe. Są także niczym trzej muszkieterowie – choć jest ich czterech – wyznający zasadę jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Szczególną rycerskością wykazuje się jednak Filip, który musi toczyć boje ze smokami: chorobą matki w domu, dokuczaniem ze względu na biedę, wreszcie stosującym przemoc ojcem dziewczyny, do której wyraźnie pała sympatią. Wie jednak, że ten smok jest symbolem problemów całej jego społeczności, bezdusznego milczenia wobec zła, dziejącego się za ścianą. Co tu dużo mówić, Filip „oddaje życie za przyjaciół swoich” prawie dosłownie, bo doprowadza do konfrontacji sadystycznego ojca z innymi ludźmi.
Piękne jest to, że ministranci nie żywią się wyklepanymi formułami, ale sami czytają słowo Boże, interpretują je i próbują realizować w swoim życiu. Może błądzą, ale błędu nie popełnia ten, kto nic nie robi. Choć współcześnie ministranci lubią odnosić się do rycerskiej symboliki, to chyba raczej jest tak, że bardziej zwracają uwagę na strój i rytuał, niż na to, co być rycerzem znaczy. A przecież chodzi o to, żeby być trochę rojbrem, by zmieniać świat, by – jak w każdej przypowieści – dobro zwyciężało.
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!















