Bez lukru

Przygotowanie do rodzicielstwa obejmuje także oswojenie przyszłych rodziców z myślą, że opieka nad dzieckiem wiąże się z ambiwalentnymi uczuciami. Zalew tych najtrudniejszych emocji nie stanowi jednak rodzicielskiej normy.
Czyta się kilka minut
Ilustracja: Agnieszka Sozańska
Ilustracja: Agnieszka Sozańska

Zdjęcie pierwsze: zgrabna kobieta o regularnych rysach twarzy pozuje do zdjęcia z nowo narodzonym dzieckiem. W jednej ręce trzyma maleństwo, w drugiej – pałeczki do sushi, którego obfity zestaw znajduje się w zasięgu jej ręki na szpitalnym łóżku. Towarzyszy jej elegancko ubrany partner, a kadr wygląda niczym z reklamy szpitala położniczego (zresztą influencerce, która to zdjęcie zamieściła, zarzuca się, że w nieoznaczony sposób reklamuje prywatną placówkę medyczną). Zdjęcie numer dwa: kobieta w szarej koszulce stoi na tle zabałaganionej kuchni, a dziecko leży na kocyku pod deską do prasowania. Blisko kobiety, na której twarzy można dostrzec grymas niezadowolenia lub niesmaku, znajduje się torba ze śmieciami i zwiędłe kwiaty. Nie licząc obecności malucha, kobieta – będąca znaną lekarką-influencerką – jest zupełnie sama.

Antidotum na estetyzację

Te dwa skrajnie odmienne pod względem estetycznym kadry próbują przekazać odbiorcom jakąś „prawdę” na temat rodzicielstwa: pierwszy sugeruje, że poród to wspaniałe przeżycie i droga do absolutnego szczęścia. Drugi obrazek z kolei wpisuje się w trend zwany „macierzyństwem bez lukru” i pokazuje, że bycie matką małego dziecka to często wyczerpanie, bałagan i samotność.

„Bezlukrowe” pokazywanie macierzyństwa miało stanowić swego rodzaju „antidotum” na wspomniane wcześniej przeestetyzowane kadry, narracje akcentujące wyłącznie rozczulające aspekty rodzicielstwa i tabuizację trudnych emocji, które wiążą się z wychowaniem dzieci. Osobom tworzącym w nurcie macierzyństwa bez lukru – bardzo słusznie! – przyświeca myśl, że skoro opieka nad małym człowiekiem nie wygląda tak jak na reklamach pieluch czy jedzenia w słoiczkach, to przyszli i obecni rodzice mają prawo być tego świadomi. Wmawianie kobietom w ciąży czy matkom niemowląt, że na myśl o swojej latorośli i obowiązkach związanych z opieką nad nią powinny odczuwać wyłącznie błogi zachwyt, stanowi bowiem formę emocjonalnego szantażu, a twierdzenie (choćby nie wprost), że przy małym dziecku można zawsze nienagannie wyglądać, mieć posprzątany dom i znajdować jeszcze czas na ambitną lekturę, u wielu kobiet wywoływało poczucie winy z powodu ich własnego „nieogarnięcia”.

Jednak opowiadanie o macierzyństwie jako o ciągłej udręce, bólu i rozczarowaniu także nie pomaga młodym kobietom odnaleźć się w roli matek. Jest również krzywdzące wobec dzieci.

Nadmiar realizmu?

Krytycy „macierzyństwa bez lukru” komentują ów trend z różnych pozycji: czasami chodzi o estetykę (bo w mediach społecznościowych poszukujemy przyjemności wizualnej), kiedy indziej zaś kieruje nimi troska o demografię. Część komentatorów twierdzi, że ukazywanie bardziej przyziemnej i frustrującej strony macierzyństwa może wzmocnić i utrwalić niechęć Polek do rodzenia dzieci. Niektórzy publicyści są nawet zdania, że pokazywanie stosów brudnych ubrań, bólu porodowego czy dolegliwości połogowych to część większego „planu”, mającego obrzydzić Polakom rodzicielstwo. Udokumentowanie związku między ilością przejrzanych zdjęć ukazujących trud rodzicielstwa a chęcią posiadania potomstwa byłoby zadaniem karkołomnym. Z drugiej strony idealizacja rodzicielstwa w imię poprawy wskaźników demograficznych nie byłaby ani etycznym, ani na dłuższą metę skutecznym rozwiązaniem.

Jednak omawiany sposób opowiadania o macierzyństwie można krytykować również z perspektywy dbałości o prawa dziecka: otóż z „macierzyństwem bez lukru” dość często wiąże się kreowanie obrazu malucha jako „złodzieja marzeń” i przyczyny samotności rodzicielki. W niektórych opowieściach i kadrach uderza nie tyle dosadność opisu wysiłku, jakiego niejednokrotnie wymaga zajmowanie się niemowlęciem lub kilkulatkiem, ile obwinianie małego człowieka o nieszczęście dorosłej osoby (choć nie jest ono wypowiadane wprost). Niekiedy wyrażanie frustracji związanej z macierzyństwem przybiera postać wręcz dehumanizacji dziecka (gdy opisuje się je np. jako biegające tornado albo istotę popychającą matkę w kierunku… uzależnienia od alkoholu – bo czym innym, jeśli nie uzależnieniem bądź ryzykownym piciem, jest regularne sięganie po wino w celu „odprężenia się” po koszmarnym dniu spędzonym z dzieckiem?).

Ten ostatni trend, oznaczany w mediach społecznościowych jako „#winemum”, miał „odlukrawiać” matki i normalizować fakt, że one również potrzebują chwili dla siebie. W istocie jednak przymus sięgania po procenty po trudnym dniu może stanowić wołanie o pomoc.

Przeładowanie zmęczeniem

Ciekawe jest to, że sposób opowiadania o macierzyństwie przez pryzmat związanych z nim rozczarowań i frustracji wywołuje także sprzeciw części matek, które wcześniej uważały, że „macierzyństwo bez lukru” jest wartościowym trendem. Można więc powiedzieć, że jesteśmy wręcz przeładowani zmęczeniem, które stanowi jedną z części składowych narracji ukazującej głównie cienie macierzyństwa.

Jedna z internetowych twórczyń, Zofia Ożarek-Wodzinowska (znana w sieci jako MigatoMama), w jednym z telewizyjnych programów tak tłumaczyła zmianę swojego nastawienia: „Zauważyłam zmianę w social mediach, jak sama zostałam mamą. Mnie się to podobało. To był kontrast do tego instagramowego obrazka, gdzie dzieci są ubrane z kokardami na głowach i wszyscy są zadowoleni. Jednak mam wrażenie, że troszeczkę to wahadło zaczęło się przechylać w drugą stronę. Wydaje mi się, że zaczęliśmy szukać tych negatywów i przestaliśmy dostrzegać pozytywy. Zaczęliśmy się licytować i ścigać w tym rodzicielstwie, kto ma gorzej. Chcę pokazać, że jest inaczej”.

Wypowiedź influencerki opisuje coś istotnego i niepokojącego jednocześnie: wygląda na to, że współcześnie nie umiemy opowiadać o rodzicielstwie bez popadania w skrajności. Macierzyństwo portretujemy albo jako błogostan, albo – kiedy mamy dość idealizacji – „uruchamiamy” opowieści, w których głównym „bohaterem” rodzicielstwa jest niezadowolenie. Z pewnością w stronę „krawędziowych” narracji popychają nas internetowe algorytmy, które „lubią” wywoływać w nas silne emocje w celu utrzymania naszej uwagi. Idealizowanie i dewaluowanie różnych zjawisk w oczywisty sposób temu właśnie sprzyja.

Co więcej, sposób pisania i mówienia o rodzicielstwie „rozlewa się” także na sposób opisywania rodziców i dzieci przez inne osoby. Jeśli sami rodzice przedstawiają swoje dzieci jako ciągle męczące, głośne i siejące chaos, to trudniej jest później wytłumaczyć specjalistom od marketingu czy zwykłym internautom, dlaczego „usuwanie” małych ludzi z przestrzeni publicznej jest niezgodne nie tylko z interesem społecznym, ale i prawami człowieka.

Trud i zachwyt

Tak, macierzyństwo to trud i niejednokrotnie wiele wyrzeczeń. Dla większości rodziców życie z dzieckiem to nie niekończące się sesje zdjęciowe w stylu boho, ale realna – i momentami bardzo trudna – praca, której specyfikę poznajemy dopiero wówczas, gdy zostajemy „zatrudnieni”. Stawanie się rodzicem i nauka nowego sposobu funkcjonowania nie jest tak łatwa, jak sugerują to filmy familijne. W bólach rodzi się zarówno dziecko, jak i jego matka. Aby przywitać na świecie noworodka i wejść w rolę matki, kobieta zwykle musi zmierzyć się z ciążowymi dolegliwościami, bólem porodowym, a także lękiem, zaskoczeniem, niepewnością i frustracją. Ciąża „przebudowuje” nie tylko ciało, ale także psychikę rodziców, a przebudowa ta – jak niemal każdy remont generalny – wiąże się z chaosem i trudem.

Wystarczająco dobrym matkom także zdarzają momenty, w których mają wszystkiego dość, w których pojawia się głucha bezsilność czy tęsknota za dawnym życiem. Jednak u zdrowej kobiety, w przypadku poprawnie kształtującej się więzi z dzieckiem, złość i zmęczenie nie są jedynym „odcieniem” macierzyństwa. Owszem, rodzicielstwo zawiera w sobie nocne pobudki, konieczność noszenia dziecka na rękach (niektóre niemowlęta domagają się go w takim stopniu, że „nabicie” słynnych dziesięciu tysięcy kroków staje się codziennością – oczywiście z dodatkowym obciążeniem w postaci noszonego malucha) czy częste „wycieczki” do pediatry. Jednocześnie relacja z dzieckiem to także ciepła miękkość małego ciała, które ufnie wtula się w pierś matki, karmelowo-waniliowy zapach główki niemowlęcia i wzruszenie pierwszymi krokami pociechy.

Macierzyństwo to droga zarówno wymagająca, jak i przynosząca spełnienie oraz zachwyt. Jeśli więc kobieta deklaruje, że jest wyłącznie oczarowana rodzicielstwem, to być może wypiera ona trudne emocje, które są wpisane w ten rodzaj zażyłości. Natomiast jeżeli rodzic swoją nową rolę postrzega wyłącznie jako cierpienie, pasmo wyrzeczeń i narastającą frustrację, to z dużym prawdopodobieństwem cierpi on na depresję poporodową lub zmaga się z rodzicielskim wypaleniem.

Kiedy potrzebna jest pomoc

Niepokój, który we mnie i wielu innych terapeutach wywołuje popularność trendu „macierzyństwo bez lukru”, nie dotyczy zatem kategorii estetyki, ale potencjalnego „przyzwolenia” na bagatelizowanie problemów psychicznych młodych matek. Kobieta, która czuje, że macierzyństwo wysysa z niej wszystkie siły życiowe i która postrzega dziecko jako „intruza” uniemożliwiającego jej normalne funkcjonowanie, potrzebuje konsultacji z psychoterapeutą i psychiatrą. Niezależnie od tego, co mówią „bezlukrowe” celebrytki, stan ciągłego wycieńczenia i nieprzerwanej frustracji, a także poczucie, że nasze życie się skończyło, to nie rodzicielski realizm – to prawdopodobnie zaburzenia nastroju, które można skutecznie leczyć.

Młode matki, które czują się przeciążone i ograniczone, zwykle potrzebują także wsparcia i wspólnoty. Układ, w którym młoda kobieta spędza dziesięć godzin dziennie sam na sam z niemowlęciem, na ogół nie jest korzystny dla psychiki. Czas spędzony z maluchem to przecież nie tyle „siedzenie” na macierzyńskim, ile nieustanna czujność i zaspokajanie potrzeb dziecka. Jeśli kobieta otrzyma odpowiednią pomoc, to może się okazać, że „sprawcą” jej cierpienia nie było dziecko, lecz osamotnienie, które ma destrukcyjny wpływ na każdego człowieka – także będącego rodzicem.

W świecie, w którym pierwszym niemowlęciem, z którym kobieta ma dłuższy kontakt, jest często jej własne dziecko, szczególnie potrzebujemy autentycznych, rozsądnych narracji o macierzyństwie. Przygotowanie do rodzicielstwa obejmuje także oswojenie przyszłych rodziców z myślą, że opieka nad dzieckiem wiąże się z ambiwalentnymi uczuciami. Zalew tych najtrudniejszych emocji nie stanowi jednak rodzicielskiej normy.  

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 10/2026