Co nas pcha ku sharentingowi

Udostępnianie dużej liczby zdjęć własnych dzieci można rozumieć jako realizację potrzeby dzielenia się doświadczeniem rodzicielstwa albo reakcję na wykluczanie dzieci i ich opiekunów z przestrzeni publicznej. Może to być też biznes, w którym dzieci są narzędziem.
Czyta się kilka minut
Il. Agnieszka Sozańska
Il. Agnieszka Sozańska

Powstanie fundacji mającej na celu de facto promocję pokazywania dzieci w internecie nie powinno nas wyłącznie oburzać. Tego typu projekty – choć wyzwalają u wielu ludzi silne emocje – mogą stać się przyczynkiem do refleksji, dlaczego sharenting, czyli nadmierne umieszczanie w internecie zdjęć, filmów i informacji na temat dzieci, jest tak popularny i jakie potrzeby zaspokaja u osób go uprawiających.

Samotność przykryta lajkami
Jedną z uniwersalnych potrzeb psychologicznych człowieka jest dzielenie się z innymi swoimi uczuciami – zarówno tymi trudnymi, jak smutek i tęsknota, jak i przyjemnymi, takimi jak radość czy zachwyt. Kiedy zostajemy rodzicami, potrzeba ta w żadnym razie nie znika – to, że rodzic z założenia i z konieczności skupiony jest na zaspokajaniu potrzeb własnego potomstwa, nie oznacza, że sam staje się istotą pozbawioną pragnień, planów i dążeń. Deprywacja snu związana z częstymi pobudkami na karmienie malucha jest codziennością (czy może raczej „conocnością”) większości młodych matek – ale rezygnacja z części nocnego wypoczynku nie likwiduje potrzeby snu u kobiet zajmujących się niemowlętami. Tak samo zauważanie i „obsługiwanie” emocji u dzieci nie sprawia, że zanikają potrzeby emocjonalne matek i ojców. Współcześni rodzice – mimo przebywania na co dzień ze swoimi dziećmi – są jednak często bardzo samotni. Młodych rodziców nie otacza już na ogół grono babek, ciotek i sąsiadek, które razem z nimi zachwycają się pierwszymi uśmiechami czy krokami ich dziecka. Dzisiejsza młoda matka czy początkujący ojciec zarówno związane z rodzicielstwem frustracje, jak i radości przeżywa w często pojedynkę lub w towarzystwie drugiego rodzica (który na ogół musi również pracować). I wtedy emocjonalnego wentylu zaczyna dostarczać wszechobecny, dostępny na wyciągnięcie kciuka internet. Na grupach dla rodziców można wyżalić się, że dziecko po raz kolejny ulewa, zapytać, jakie słoiczki są teraz dostępne w promocjach, a także dodać zdjęcie swoje z maluchem (lub samego dziecka) i szybko uzyskać kilkadziesiąt lub kilkaset przychylnych reakcji – od zwykłych polubień po komentarze w stylu „Co za słodziak! Bardzo podobny do pięknej mamy!”. Lajki, emotikony i ciepłe słowa od osób „spotykanych” w internecie mogą przykryć rodzicielską samotność – a jeśli rodzic posiada charyzmę, atrakcyjny wygląd i trochę wolnego czasu, całe przedsięwzięcie może przerodzić się w świetnie działające, sharentingowe przedsiębiorstwo. Udostępnianie dużej liczby zdjęć własnych dzieci można także rozumieć jako reakcję na wykluczanie dzieci i ich opiekunów z przestrzeni publicznej. Jeśli w wielu obiektach dzieci nie są mile widziane (niekiedy w przeciwieństwie do np. psów), to osoby zajmujące się nimi w naturalnym odruchu szukają przestrzeni, w których maluchy są chciane, podziwiane i traktowane z zainteresowaniem. Wykluczenie dzieci i młodych rodziców z miejsc, które powinny być otwarte dla wszystkich, zasila alternatywną rzeczywistość, jaką stanowią pozornie prodziecięce zakamarki internetu.

Racjonalizacja i „misja”
Sharenting zaczyna się i rozwija tam, gdzie ludzkie pragnienie bycia zauważonym i docenionym spotyka się z chęcią zysku i przemyślanym działaniem twórców aplikacji. Młody rodzic, który zaczyna dostawać wiele reakcji w odpowiedzi na zdjęcia i filmy z udziałem swoich dzieci, uczy się, że jest to droga, która prowadzi do uznania i szacunku. Progiem wejścia do sharentingowego świata jest, jak można się domyślić, pewna doza autentyczności (chcemy wierzyć, że osoby prowadzące profile poświęcone rodzicielstwu mierzą się z podobnymi wyzwaniami, co my), względnie dobry stan zdrowia dzieci, ale także posiadanie pewnej strategii: dodawane treści muszą być estetyczne i opatrzone motywującymi hasłami. Co więcej, aby stać się influencerem robiącym „zasięgi” dzięki dzieciom, niezbędna jest pewna doza racjonalizacji tego, dlaczego pozbawiamy dzieci prywatności – i tutaj mamy całe spektrum wyjaśnień i samousprawiedliwień: jedni piszą o „normalizacji” życia z dziećmi, inni o misji pokazywania rodzicielstwa „bez lukru”, a jeszcze inni – co jest spotykane w świecie katolickiego internetu – o promowaniu pełnego miłości życia małżeńskiego i rodzinnego, w którym ma rozpoczynać się nasza wieczność. Nikt nie chciałby przecież (chyba że w celu uprawiania hejtu) obserwować konta, którego autorzy powiedzieliby wprost: stosujemy wobec naszych dzieci przemoc polegającą na odzieraniu ich z prywatności w celu zdobycia popularności i pieniędzy. Nie można przecież zapomnieć, że w parze z publikacją treści sharentingowych mogą iść bardzo konkretne pieniądze i inne korzyści materialne: czasami są to przesyłane zabawki i ubrania dla dzieci, które firmy dostarczają twórcom w celu reklamowania ich przez influencerów, a kiedy indziej – w przypadku autorów znanych i mających duże zasięgi – po prostu ogromne pieniądze w zamian za wspomnienie np. o ofercie konkretnego obiektu turystycznego przyjaznego dzieciom. Gdy zaś influencerzy-rodzice zaczynają zarabiać niemałe środki, racjonalizacja zyskuje kolejny wymiar: łatwo jest przecież wytłumaczyć sobie, że zarobione pieniądze przeznaczymy na lepszą przyszłość naszych pociech. Jednocześnie wkrada się tutaj mechanizm wyparcia: „nie widzimy” tego, że w imię rzekomo „lepszej przyszłości” rujnujemy dzieciom teraźniejszość (i być może tak naprawdę komplikujemy przyszłe losy), gdyż nie są one w stanie wyrazić świadomej zgody na swoją obecność w sieci. Nawet dziecko, które lubi pozować do zdjęć i które twierdzi, że chce, aby jego wizerunek oglądały tysiące ludzi, nie jest w stanie zrozumieć, jakie są konsekwencje takich działań (i że nie bez przyczyny konto np. na Facebooku można założyć dopiero po 13. urodzinach, a do zawarcia małżeństwa innego niż „zabawowe” z kolegą potrzebna jest pełnoletność). To wszystko osobom uprawiającym sharenting udaje się „przeoczyć” w imię własnych korzyści – emocjonalnych czy finansowych.

Wyhamować rozpędzony pociąg
W pewnym momencie działalność sharentingowa staje się wręcz kompulsywna, stanowi coś w rodzaju przymusu odczuwanego przez uprawiającego ją rodzica. Udział ma w tym oczywiście polityka i sposób działania cyfrowych gigantów. Twórcy mediów społecznościowych dbają o to, by rezygnacja z ich produktu nie przychodziła użytkownikom łatwo – otrzymywanie kolejnych polubień zdjęcia czy filmu, komentarzy pod nimi czy pytań w ramach Q&A (czyli szybkich pytań i odpowiedzi, dzięki którym publiczność może wchodzić w interakcję z twórcami) zapewnia autorom kont szybkie „strzały” dopaminy, które na nasze mózgi działają wręcz uzależniająco. Jeśli zatem ktoś przywykł do tego, że zdjęcia jego dzieci są źródłem wielu lajków i serduszek, a zatem zapewniają mu uwagę, dobre samopoczucie i „głaski”, jak pisał ojciec analizy transakcyjnej Eric Berne, to próba rezygnacji z tak wzmacniającego ego działania może przypominać próbę wyhamowania rozpędzonego pociągu. Oczywiście, da się to zrobić – wiedzą o tym nie tylko maszyniści, którzy w sytuacji zagrożenia są w stanie odpowiednio zareagować (choć droga hamowania nigdy nie ulegnie skróceniu do zera metrów), ale także osoby, które porzuciły sharenting.

Dziecko jako narzędzie
Odbiorcami treści opartych na sharentingu są nie tylko osoby, które są w internecie „od wczoraj”, ale także ci, którzy doskonale zdają sobie sprawę z tego, jak wielką krzywdę może wyrządzić dzieciom publiczne odsłanianie ich życia. Chcą oni wierzyć, że rodzice „wiedzą, co robią” i że dobro, które wydarza się przy okazji publikacji, przewyższa ciężar potencjalnych negatywnych konsekwencji. Na zdjęcia uśmiechniętych maluchów i wypielęgnowanych rodziców patrzymy często ze szczyptą (albo i garścią) zazdrości, ale także z nadzieją, że nasze własne rodzicielstwo może być piękniejsze, pogodniejsze, bardziej satysfakcjonujące. Choć teoretycznie wiemy, że czyste kadry i magiczne ujęcia z placów zabaw nie są „strzelone” przypadkiem i przeszły solidną obróbkę w programach graficznych, wciąż uważamy influencerów (nie tylko związanych z „branżą” rodzicielską) za osoby bardziej autentyczne, niż te, które „tylko” piszą książki lub pojawiają się wyłącznie w tradycyjnych mediach. Chcemy wierzyć, że jesteśmy częścią życia twórców, że znamy ich samych oraz ich dzieci – możemy zatem towarzyszyć im także w bardzo intymnych chwilach. Sami influencerzy zresztą utwierdzają nas w takim myśleniu: jedna z influencerek, znana z sharentingu na ogromną skalę, swoje obserwatorki nazywała niegdyś „koleżankami z balkonu” – bo przecież tego typu znajomi w naturalny sposób wiedzą, jak wygląda nasze życie rodzinne i widują (czasem bardzo często) nasze dzieci. Prawda jest jednak taka, że mając milion (czy nawet kilka tysięcy) obserwatorów, nie jest się w stanie utrzymywać ze wszystkimi relacji innych niż jednostronne czy handlowe. Przeglądając zdjęcia dzieci influencerów i nagrania z ich wyjazdów z dziećmi, nie uczestniczymy w wertowaniu rodzinnego albumu ani nie tworzymy prawdziwej wspólnoty – ta bowiem opiera się na wzajemności oddziaływań. Jesteśmy jedynie konsumentami „owoców” projektu, który ma uczynić z określonych osób istoty bogatsze, bardziej rozpoznawalne, sławne (w zależności od ich motywacji). Dzieci są w tym układzie jedynie narzędziem – nawet jeśli są przez większość czasu otoczone dobrą opieką i kochane. To nie one pokazują nam swoje życie – to my z własnej zachłanności treści uczestniczymy w ich publicznym „rozbieraniu” (czasem również dosłownym – istnieją twórcy, którzy nagrywają swoje dzieci w kąpieli czy u lekarza, a później zamieszczają te materiały w sieci).

Może być piękniej
Potrzebujemy, rzecz jasna, pisać i rozmawiać o dzieciach. Mamy prawo do przestrzeni, w których podzielimy się emocjami związanymi z rodzicielstwem. Możemy szukać „protipów” na ciekawe posiłki dla dzieci, sposoby organizowania im czasu czy na pielęgnację skóry maluchów. Rodzicielstwo nie wyłącza nikogo z życia i nie powinno nigdy pociągać za sobą dyskryminacji. Kluczowym zadaniem stojącym przed wystarczająco dobrym rodzicem jest wyrażanie siebie w sposób, który nie będzie krzywdzący – teraz lub w przyszłości – dla istoty, na której dobru szczególnie mu zależy.
 

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 32/2025