Na wieczną pamiątkę

W momencie publikacji w internecie każda fotografia zaczyna żyć własnym życiem. Niemal połowa zdjęć wykorzystywanych przez pedofilów pochodzi z rodzicielskich kont w mediach społecznościowych.
Czyta się kilka minut
Il. Agnieszka Sozańska
Il. Agnieszka Sozańska

Album ze zdjęciami dawał władzę. Właściciel mógł samodzielnie decydować komu, kiedy i w jakich okolicznościach pokaże zapisane w nim wspomnienia. Internet pozbawił nas tej formy kontroli. Zdjęcie umieszczone w sieci przestaje być wyłącznie nasze. Raz opublikowane, jeszcze tego samego dnia może zostać skopiowane, rozpowszechnione i wykorzystane na wiele różnych sposobów. W momencie kliknięcia przycisku „udostępnij” tracimy nad fotografią wszelką kontrolę, której już nigdy nie odzyskamy. Wiara w to, że coś, co zostało raz zamieszczone w internecie, może przestać istnieć, nijak ma się do rzeczywistości.

Odrobina
Utrata wpływu to tylko jedna z wielu konsekwencji bezrefleksyjnego wrzucania zdjęć do internetu. Wśród innych warto pamiętać m.in. o naruszeniu prywatności osoby ze zdjęcia, kształtowaniu negatywnego wizerunku, ryzyku wykorzystania danych osobowych, które z łatwością można dziś wyczytać na podstawie jednej zamieszczonej fotografii, czy będącym dziś trendem przerabianiu zdjęć za pomocą programów opartych na sztucznej inteligencji. O ile sytuacja nie wydaje się aż tak poważną w przypadku przedstawianych na zdjęciach wspomnień niemających charakteru personalnego, o tyle realny problem zaczyna się, gdy przedmiotem dzielenia się ze społecznością internetową staje się podmiotowość dzieci. Według danych National Center for Missing & Exploited Children (NCMEC) niemal połowa zdjęć wykorzystywanych przez sprawców molestowania dzieci pochodzi z materiałów wcześniej opublikowanych przez samych rodziców w mediach społecznościowych. Z kolei brytyjski bank Barclays prognozuje, że do 2030 roku to właśnie zjawisko sharentingu będzie odpowiadać za aż dwie trzecie przypadków kradzieży tożsamości osób małoletnich. Straty wynikające z oszustw finansowych mogą w związku z tym sięgnąć nawet 670 mln funtów. Eksperci banku zwracają uwagę, że do skutecznej kradzieży tożsamości wystarczą zaledwie trzy informacje: imię i nazwisko, data urodzenia oraz adres – dane, które rodzice nierzadko umieszczają w sieci, często nie zdając sobie sprawy z potencjalnych konsekwencji. Polski internet w lipcu zawrzał po ogłoszeniu powstania nowej fundacji założonej przez popularną influencerkę oraz jej męża. Wśród głównych celów organizacji znalazło się przeciwdziałanie działaniom środowisk, które – zdaniem fundatorów – prowadzą nagonkę i szerzą hejt w celu wyeliminowania wizerunku dzieci z przestrzeni internetowej. Fundacja deklaruje również wsparcie dla rodziców decydujących się na sharenting, a także dąży do „normalizacji wizerunku dzieci w przestrzeni publicznej”.

Najaktywniejsi
Sharenting to złożone zjawisko społeczne, którego źródłosłów oparty jest na dwóch angielskich wyrazach: „share” (udostępniać) oraz „parenting” – rodzicielstwo. Termin ten po raz pierwszy odnotowano w 2012 roku na łamach „The Wall Street Journal”, gdzie dziennikarz Steven Leckart opisał zjawisko coraz częstszego dzielenia się przez rodziców prywatnymi aspektami życia rodzinnego w mediach społecznościowych. 40 proc. polskich rodziców dzieli się w internecie zdjęciami i filmami dokumentującymi dzieciństwo ich dzieci, a rocznie każdy z tych rodziców wrzuca średnio 72 zdjęcia i 24 filmy z własnymi dziećmi w rolach głównych – wynika z raportu „Sharenting po polsku, czyli ile dzieci wpadło do sieci?” powstałego w marcu 2019 roku na zlecenie Clue PR. Analiza danych pokazuje, że skala sharentingu rośnie w dość szybkim tempie. Według badań z 2023 roku przeprowadzonych przez Państwowy Instytut Badawczy NASK ponad 60 proc. polskich rodziców regularnie publikuje w internecie treści dotyczące swoich dzieci. Ten odsetek jest jeszcze wyższy wśród rodziców z pokolenia milenialsów, gdzie sięga nawet 75 proc. Rodzic regularnie aktywny w wirtualnym świecie udostępnia informacje o swoim dziecku średnio 3–4 razy w tygodniu, co przekłada się na około 180–200 postów rocznie. W przypadku rodziców prowadzących blogi parentingowe lub konta rodzinne w mediach społecznościowych liczba ta może wzrosnąć nawet do 500–600 postów rocznie.

Bez przesady
Mimo że udostępnianie wizerunku dziecka nie jest jednoznacznie uregulowane w prawie polskim, mieści się ono w zakresie pewnych zasad i przepisów. Konstytucja RP zapewnia ochronę prywatności i życia prywatnego każdego obywatela, nie wyłączając z zapisu dzieci. Kodeks cywilny chroni wizerunek, a publikacja zdjęć dziecka wymaga zgody rodziców, ale z uwzględnieniem dobra dziecka. Kodeks rodzinny i opiekuńczy reguluje władzę rodzicielską i obowiązek działania w interesie dziecka, co ma wpływ na decyzje dotyczące publikacji wizerunku. RODO nakłada dodatkowe wymogi dotyczące przetwarzania danych osobowych dzieci w kontekście sharentingu. – Mylne jest przekonanie, że rodzic w imieniu dziecka może podejmować decyzje bez jakichkolwiek ograniczeń. Jego obowiązkiem jest wychowanie dziecka z poszanowaniem jego godności, dbanie o dobro i kierowanie się zawsze jego jak najlepszym interesem. Kodeks rodzinno-opiekuńczy czy nawet konwencja o prawach dziecka mówią, że opiekun powinien wysłuchać dziecka i brać pod uwagę jego zdanie przed podjęciem ważnych decyzji w jego sprawie. Oczywiście w podjęciu decyzji uwzględnia się poziom dojrzałości i świadomości dziecka, ale zdanie dziecka jest istotne – wyjaśnia Antonina Bojanowska, przedstawicielka Fundacji Orange. – W kontekście sharentingu istotną kwestią jest też świadomość emocjonalnej zależności dziecka od rodzica. Nawet jeśli matka czy ojciec zapyta dziecko o zgodę na publikację, a ono wyczuje, że bardzo im na tym zależy, może się zgodzić, nie chcąc sprawić przykrości odmową – dodaje.

Nie czarno-białe
Olbrzymią przestrzenią, w której nie obowiązują prawa ani wytyczne odnośnie do publikacji wizerunku dziecka, są zbiórki na cele związane np. z chorobą lub niepełnosprawnością dziecka. – W tych sytuacjach zawsze pojawia się pytanie, czy publikacja wizerunku dziecka jest naprawdę konieczna i czy nie istnieją inne sposoby na przeprowadzenie takiej zbiórki. Z drugiej strony żyjemy w rzeczywistości, w której czasem dla uwiarygodnienia akcji pomocowej może się to okazać potrzebne – przekonuje Antonina Bojanowska. – Niekiedy publikacja wizerunku może być spontaniczna, bo skoro „wszyscy tak robią”, to my również podążamy tą drogą, nie dostrzegając alternatyw. Jednak publikowanie materiałów z udziałem dziecka w przypadku zbiórek na cele związane z ratowaniem jego zdrowia lub życia to zdecydowanie indywidualne decyzje rodziców lub bliskich. Trudno nam wyobrazić sobie, z czym naprawdę mierzą się te osoby. Kiedy walczą o coś fundamentalnego, być może gotowi są przyjąć na siebie ryzyko związane z upublicznieniem wizerunku dziecka, bo cel nadrzędny ma dla nich o wiele większe znaczenie. W tym kontekście warto również pamiętać o zagrożeniu, jakim jest kradzież cyfrowej tożsamości dziecka i wykorzystywanie pozyskanych z internetu zdjęć dzieci do zakładania fałszywych zbiórek. Ważne, aby osoby gotowe do wspierania danej zbiórki potrafiły weryfikować i upewniać się, czy stoją za nią prawdziwe osoby i historie. Bo to zjawisko ma też swój drugi, mniej widoczny wymiar – przypomina Antonina Bojanowska.

Pierwsi
– Uważam, że kluczowe znaczenie ma edukacja w zakresie ochrony wizerunku dziecka w przestrzeni internetowej. Wierzę, że gdyby rodzice oraz inni dorośli decydujący o publikacji wizerunku dziecka – na przykład w placówkach oświatowych – byli świadomi rzeczywistych zagrożeń i możliwych konsekwencji z tym związanych, z większym prawdopodobieństwem powstrzymaliby się od takich działań – przekonuje przedstawicielka Fundacji Orange. – Jesteśmy pierwszym pokoleniem, które realnie mierzy się z tym problemem. Dawniej istniały rodzinne albumy – pokazywaliśmy zdjęcia bliskim czy sąsiadom. Dziś sytuacja wygląda zupełnie inaczej w kontekście internetu i jego zasięgu. Jako pokolenie zmagamy się z czymś zupełnie nowym i nieoswojonym. Rodzic, który publikuje zdjęcie dziecka z dyplomem czy świadectwem, często z widocznym imieniem, nazwiskiem, a nawet adresem, zapewne robi to w dobrej intencji, z dumy i radości z sukcesu swojego dziecka. Jednak nieświadomie ujawnia w ten sposób wiele informacji, w tym na przykład nazwę czy lokalizację szkoły. Taka sytuacja może narazić dziecko na kontakt z osobami dorosłymi o nieznanych, czasem niebezpiecznych intencjach – podsumowuje Antonina Bojanowska.

Bezrefleksyjnie
Choć sharentingowi często towarzyszą dobre intencje, takie jak chęć podzielenia się ze światem swoim szczęściem, trudno doszukiwać się ich w specyficznej formie udostępniania wizerunku dziecka, jaką jest tzw. troll parenting. Zjawisko to pojawia się wszędzie tam, gdzie rodzic nie okazuje szacunku dla godności dziecka, publikując jego zdjęcia lub nagrania ukazujące je w upokarzających lub zawstydzających sytuacjach – na przykład w chwili upadku, płaczu, strachu, bycia brudnym czy zawstydzonym. Przeglądając treści na wielu profilach w mediach społecznościowych, można odnieść wrażenie, że granice wrażliwości u części dorosłych uległy zatarciu. W efekcie dopuszczają się oni cyberprzemocy wobec własnych dzieci, a właśnie do tej kategorii zalicza się troll parenting.
Istnieje jeszcze jedna forma publikowania zdjęć dzieci, do której przywykliśmy i przestaliśmy ją poddawać jakiejkolwiek refleksji i krytyce. Co prawda większość rodziców publikowanych na zdjęciach dzieci nie ma pojęcia, że pojawiają się one w przestrzeni internetowej, nie zmienia to jednak faktu, że za udostępnieniem każdego zdjęcia stoją konkretni ludzie i organizacje. Skala publikowanych zdjęć dzieci z Afryki, krajów Bliskiego Wschodu, Ameryki Południowej czy innych miejsc, do których docierają misjonarze lub organizacje pomocowe, poraża. Większość z nich trafia do internetu spontanicznie jako ilustracja nierzadko trudnej sytuacji mieszkańców danego regionu. Tymczasem każde zdjęcie zamieszczone przez zgromadzenie misyjne, fundację humanitarną czy indywidualnych misjonarzy to konkretne dziecko ze swoją historią i brakiem świadomości na temat swojej obecności w internecie. Choć podobnie jak w przypadku zbiórek na dzieci chore, być może części publikacji nie można uniknąć, warto poddawać refleksji, przepuszczonej przez filtr moralności i wrażliwości, konieczność zamieszczania każdego zdjęcia.

---

Warto edukować i zwracać uwagę na przejawy niebezpiecznego sharetingu, pamiętając jednak, że krytyka czy atak bywa narzędziem najmniej skutecznym. – Kiedy podchodzimy do tego tematu z wyrozumiałością i zakładamy dobre intencje drugiej strony, a jednocześnie delikatnie zwracamy uwagę, wówczas tworzy się przestrzeń do refleksji, zrozumienia i realnego zainteresowania tematem. Wydaje mi się, że w takiej atmosferze łatwiej o zmianę postawy – uważa Antonina Bojanowska. – Natomiast gdy zaczynamy kogoś krytykować, to naturalną reakcją jest obrona. Nikt nie chce być oceniany negatywnie jako rodzic, tym bardziej jeśli działał z przekonania, że robi coś dobrego. Dlatego nie szłabym w stronę osądzania, a raczej zadawania pytań: „Dlaczego zdecydowałeś się to opublikować?” albo „Czy wiesz, jakie mogą być tego konsekwencje?”. Wszystko jednak dobrze robić w sposób łagodny, empatyczny i z pełen zrozumienia. Jednoznacznie alarmujące natomiast są sytuacje naruszenia godności czy intymności dziecka – dodaje.
 

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł
Weronika Frąckiewicz
frackiewicz@swietywojciech.pl

Artykuł pochodzi z numeru 32/2025