Rzym w czerwcu jest upalny i tłumny. Jest też drogi, bo wszyscy, którzy zarabiają na turystyce, wyczuli koniunkturę – Rok Jubileuszowy. Cały świat chce się przedostać na plac św. Piotra, a potem we wszystkie inne miejsca, z których trzeba mieć zdjęcie, skoro już się tu przyjechało. Metro pęka w szwach, pociągi jeżdżą co dwie minuty, a i tak są pełne, i to niezależnie od pory dnia. W Rzymie są obecnie jedne wielkie Krupówki. Z wielkim współczuciem patrzę na starsze osoby smażące się w słońcu na patelni placów w oczekiwaniu na wejście przez „Porta Sancta” jednej z czterech bazylik. Wiadomo, do której są największe kolejki. Wybieramy więc inną, św. Pawła za Murami, ulubioną rzymską świątynię mojego męża. Na taką pustkę i spokój zupełnie nie byliśmy przygotowani. Kilka razy wrzucamy monety, żeby rozbłysło światło oświetlające przepiękną mozaikę nad ołtarzem. Kiedy wychodzimy stamtąd w letni skwar i oślepiający blask słońca, wydaje mi się, że budzę się z jakiegoś snu, z którego trzeba wyjść, choć wcale się nie chce. Jeszcze trochę, jeszcze usiąść na murku, spojrzeć w górę na palmy przysłaniające portyk, posłuchać sennej ciszy.
Jesteśmy przebodźcowani – światłem, hałasem, ludźmi, zapachami. Wybieramy miejsca zaciszne. Siedzimy na ławce w Termach Karakalli, przypatruję się grupce dziewcząt siedzących na ziemi ze szkicownikami na kolanach. Krzyczą mewy przylatujące znad Tybru. Powietrze jest zupełnie nieruchome. Gdzieś zupełnie blisko szumi miasto, od spalin drży powietrze, ale tutaj dociera tylko jakiś powidok tego nieustannego ruchu. Innego dnia jedziemy do Eur, dzielnicy – marzenia Mussoliniego, zaprojektowanej w latach 30. XX wieku. Ponieważ jest to obecnie dzielnica banków i instytucji, a jest popołudnie, więc wydaje się wymarła. Mijamy tylko niewielką grupkę turystów z Azji z przewodnikiem. Mieszkał tu w latach 70. reżyser Pier Paolo Pasolini. Dzisiaj w najbardziej charakterystycznym budynku zwanym Colosseo Quadrato mieści się dom mody Fendi. Podziwiamy architekturę i proste minimalistyczne założenia urbanistyczne, popołudniowe słońce oświetla marmurowe ściany, monumentalizm spotyka się z modernizmem, długie cienie kładą się na kamieniu zupełnie jak na obrazach Giorgio de Chirico.
Żeby je zobaczyć, wędrujemy przez park Villa Borghese, który wcale nie daje wytchnienia od upału. Nie wtedy, gdy słońce stoi w zenicie. W dawnej oranżerii kryje się Museo Carlo Bilotti. Niewiele osób o nim wie, bo choć w kawiarni naprzeciwko niemal wszystkie stoliki zajęte, to wewnątrz jesteśmy tylko my. A tam cała sala poświęcona Giorgio de Chirico, kilka obrazów z różnych okresów, w tym ten najsłynniejszy z cyklu metafizycznych placów, zatytułowany Tajemnica i melancholia ulicy. Zaczarowani przez Chirico znajdujemy salę z nieco surrealistycznym malarstwem współczesnej włoskiej artystki Paoli Gandolfi. To moje odkrycie tego krótkiego wypadu do Rzymu. Jej kobiecy świat wydaje mi się tajemniczy, a jednocześnie tak bardzo realny. Uwielbiam Rzym.
Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.
Wypróbuj za 1 zł przez miesiąc lub od razu zakup subskrypcję na rok i oszczędź pieniądze.









