Logo Przewdonik Katolicki

Energetyka wysoko ponad kreską

Piotr Wójcik
Elektrownia Bełchatów, maj 2018 r. Polska energetyka potrzebuje zysków, żeby przeprowadzić gruntowną modernizację fot. Adam Staskiewicz/East News

Przyczyny podwyżek cen prądu są przeróżne. Nie da się ich opisać jednym zdaniem, jak próbują to robić autorzy rządowej kampanii informacyjnej, mówiącej że za 60 proc. kosztów produkcji energii odpowiada unijna polityka klimatyczna.

W tym roku mamy powtórkę z rozrywki i zimowe miesiące upływają nam pod znakiem podwyżek cen prądu. Dla odbiorców indywidualnych taryfa wzrosła o niemal jedną czwartą, co jednak jest kontrowane obniżką podatku VAT na energię elektryczną. Rządzący ruszyli też w kraj z ofensywą billboardową, w której informują obywateli, że za 60 proc. kosztów produkcji energii odpowiada polityka klimatyczna Unii Europejskiej. A dokładnie rzecz biorąc opłaty za emisję dwutlenku węgla. „Polityka klimatyczna UE = Droga energia, Wysokie ceny” – informują nas plakaty, sfinansowane przez należące do Skarbu Państwa polskie spółki energetyczne. Rząd chce w ten sposób dokonać symbolicznego umycia rąk i zrzucenia win za podwyżki na Brukselę. Sprawa nie jest jednak taka prosta. Owszem, ceny opłat za emisję drastycznie wzrosły pod koniec zeszłego roku, jednak ich wpływ na nasze rachunki jest zdecydowanie mniejszy. Poza tym nawet bez polityki klimatycznej ceny energii i tak by rosły. Chociażby dlatego, że bez naszych pieniędzy polski, przestarzały sektor energetyczny się nie modernizuje.

Na inflacyjnej fali
Na akcję informacyjną polskiego rządu i spółek energetycznych zareagowała Komisja Europejska, która pospieszyła z wyjaśnieniami, według których polityka klimatyczna wpływa na co najwyżej jedną piątą naszych rachunków. To oczywiście też sporo, jednak znacznie mniej niż przekonują nas wszechobecne rządowe plakaty. Skąd się wzięła ta różnica? Przekaz płynący z kampanii informacyjnej może wprowadzać w błąd – na pierwszy rzut oka odbiorca jest przekonany, że te 60 proc. widzi na swoim rachunku. Tymczasem na cenę energii dla gospodarstw domowych składają się trzy główne elementy. Produkcja energii odpowiada za 32 proc. finalnej ceny. Podobny udział mają w niej koszty korzystania z sieci przesyłowej. Natomiast za pozostałe 36 proc. odpowiadają podatki i opłaty krajowe – np. opłata mocowa, którą tradycyjne elektrownie pobierają w zamian za pozostawanie w stanie ciągłej gotowości. A więc skoro produkcja energii to niecała jedna trzecia ceny dla klienta końcowego, to polityka klimatyczna odpowiada tylko za 60 proc. jednej trzeciej ceny finalnej. Czyli niecałą jedną piątą.
Nie zmienia to faktu, że ceny prądu wzrosły. I muszą być jakieś tego powody. A one są przeróżne i nie da się ich opisać jednym zdaniem, jak próbują to robić autorzy rządowej kampanii informacyjnej. Na jeden z tych powodów zwróciła uwagę Fundacja Instrat w swoim lutowym raporcie „4 mld zł w jeden miesiąc”. Te 4 mld zł to zarobek polskich elektrowni w grudniu 2021 r. Okazuje się, że pod koniec roku wytwórcy energii w Polsce drastycznie podnieśli swoje marże. „W grudniu 2021 r. marża typowej elektrowni na węgiel kamienny wzrosła do poziomu 340 zł/MWh, czyli około 41 proc. ceny giełdowej. Opłaty za emisję CO2 wyniosły tyle samo – też ok. 41 proc. ceny” – piszą autorzy publikacji Instratu. Zjawisko podwyższania marż dotyczyło jednak nie tylko elektrowni węglowych, ale też wszystkich innych, z odnawialnymi źródłami energii włącznie. Wysoki popyt na energię pod koniec dosyć zimnego grudnia sprawił, że wytwórcy mieli większe możliwości podwyższania marży, z czego skorzystali. Zresztą to nie dotyczy samej energetyki. Obecnie rekordowe marże notują niemal wszystkie branże, które chcą popłynąć na inflacyjnej fali w kierunku znacznie wyższych zysków.

Chomikowanie uprawnień
Do tego samego wniosku doszedł branżowy portal wysokienapiecie.pl. Przede wszystkim autorzy analizy na wymienionym portalu precyzują wpływ opłat za emisję na rachunki gospodarstw domowych. W 2022 r. cena prądu dla odbiorcy prywatnego wynosi niecałe 90 gr za kilowatogodzinę. Jednak w tym koszt CO2 to jedynie 24 gr – a więc nieco ponad jedna czwarta ceny finalnej. Czyli nieco więcej niż podaje Komisja Europejska, ale wciąż znacznie mniej niż możemy przeczytać na billboardach.
Autorzy analizy dla wysokienapiecie.pl wskazują, że gdyby opłaty za emisje były tak potężnym problemem dla polskiej energetyki, to spółki energetyczne przędłyby cienko. Tymczasem jest zupełnie odwrotnie – ubiegły rok był dla nich fantastyczny. Według szacunków portalu w 2021 r. cała polska energetyka zanotowała 9,5 mld zł zysku. W roku 2017, gdy opłaty za emisje były kilkanaście razy niższe niż pod koniec 2021, zysk polskiej energetyki wyniósł „tylko” 6,4 mld zł. Tak więc polskie spółki energetyczne doskonale radzą sobie pomimo wysokich cen opłat za emisję. Między innymi podnosząc marże – obecnie niemal połowa szczytowej ceny energii to rekordowa marża wytwórców oraz spółek obracających energią.
W przypadku niektórych wytwórców marża może być jeszcze wyższa, gdyż spółki kupują prawa do emisji CO2 z wyprzedzeniem, a nie na ostatni moment. Chwilowe wzrosty cen uprawnień nie przekładają się więc automatycznie na ceny energii. Poza tym polskie spółki energetyczne same aktywnie uczestniczą w handlu prawami do emisji, a więc na ich zwyżkach same zarabiają. Jak informuje „Business Insider”, Orlen zarobił 3,2 mld zł w samym czwartym kwartale ubiegłego roku, z czego aż połowa to zysk z kontraktów terminowych na emisję CO2. Orlen z wyprzedzeniem nabył prawa do emisji, które dwukrotnie przekraczają jego roczne potrzeby.

Bez pieniędzy nie będzie inwestycji
Tak czy inaczej, ceny uprawnień do emisji CO2 wzrosły w ubiegłym roku drastycznie, a ich wpływ na cenę prądu jest przynajmniej zauważalny. To efekt splotu różnych, zwykle niekorzystnych czynników. W drugiej połowie zeszłego roku cała Europa zaczęła się szybko odbudowywać po pandemii, przez co potrzeby na prąd drastycznie wzrosły – wraz za tym w górę poszły też ceny prądu w całej Europie. Co gorsza, akurat wtedy nastąpiło przykręcenie kurka z gazem z Rosji, co drastycznie zwiększyło cenę tego surowca. Jakby tego było mało, nastąpiły przestoje we francuskich elektrowniach atomowych, które musiały przejść przeglądy i remonty. Spadła też ilość energii wytwarzanej przez elektrownie wodne i wiatrowe na północy Europy. To wszystko razem sprawiło, że nastąpił nagły wzrost popytu na energię pochodząca z węgla. A więc też na uprawnienia do emisji CO2.
Warto też wyjaśnić, że wysokie marże producentów energii wcale nie muszą być czymś godnym potępienia. Wręcz przeciwnie, polska energetyka potrzebuje zysków, żeby przeprowadzić gruntowną modernizację, która czekałaby nas nawet wtedy, gdybyśmy w ogóle do polityki klimatycznej UE nie przystąpili. Nasze elektrownie mają po kilkadziesiąt lat, a w ciągu najbliższej dekady będziemy musieli wymienić nawet dwie trzecie instalacji. Te inwestycje mają już zresztą miejsce. Budujemy obecnie duże bloki gazowe, które zapewnią nam prąd z błękitnego paliwa. Powstają chociażby dwa bloki przy elektrowni Dolna Odra. Te wszystkie inwestycje wymagają ogromnych nakładów pieniężnych, których spółki energetyczne by nie miały, gdyby ciągle notowały wyniki blisko kreski.
Polityka klimatyczna narzuca nam więc kierunek modernizacji, ale nie samą konieczność prowadzenia inwestycji. Co więcej, dzięki opłatom za emisje do budżetu trafiają potężne środki finansowe, które można, a nawet należy przeznaczyć na nakłady inwestycyjne w energetykę. W zeszłym roku do budżetu trafiło rekordowe 28 mld zł ze sprzedaży praw do emisji dwutlenku węgla. Łącznie Polska zarobiła na nich już ponad 60 mld zł. Po części sfinansowały one takie programy jak „Mój prąd” czy „Czyste powietrze”. Oby te środki, jak również rekordowe zyski elektrowni, zostały przeznaczone na tanie i czyste źródła energii, których będziemy w najbliższych latach bardzo potrzebować.

Komentarze

Zostaw wiadomość

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki