Złamanie tabu

Potrzeba jak najszybszego uzbrojenia Polski była dotychczas traktowana przez polityków niemal jak aksjomat: nikt poważny tego faktu nie negował, a wojsko było wyciągnięte poza bieżący spór polityczny. Spór o unijny program SAFE to zmienił.
Czyta się kilka minut
Ćwiczenia w Centrum Szkolenia Wojsk Lądowych na terenie poligonu w podpoznańskim Biedrusku, kwiecień 2025 r. fot. Jakub Walasek/ REPORTER/East News
Ćwiczenia w Centrum Szkolenia Wojsk Lądowych na terenie poligonu w podpoznańskim Biedrusku, kwiecień 2025 r. fot. Jakub Walasek/ REPORTER/East News

Oczywiście kolejne ekipy rządzące starały się ogrzać w blasku wojskowych, przy okazji obsadzając najwyższe stanowiska w Sztabie Generalnym bliskimi sobie generałami, ale zasadniczo nie wciągano armii ani zbrojeń w partyjne przepychanki. Od momentu dojścia do władzy Karola Nawrockiego powoli stawało się jasne, że ta umiarkowana sielanka się kończy. Zaczęło się już od odmowy awansów oficerskich w służbach, co można było jeszcze uznać za brutalne, ale mieszczące się w cywilizowanych granicach, przeciąganie liny. Niestety spór o unijny program SAFE przekroczył już wszystkie dopuszczalne normy i stał się zwyczajnie niszczący.

Nieoczekiwana wolta

Europejski mechanizm SAFE miał być dla Polski okazją nie tylko do skokowego dozbrojenia polskiego wojska, ale też rozwoju nadwiślańskiego sektora zbrojeniowego. Polska ma otrzymać niespełna 44 mld euro, czyli ok. 190 mld złotych. To kwota niemal równa tegorocznym wydatkom zbrojeniowym, które wydajemy własnym sumptem. I to z wielkim trudem, gdyż większość tej kwoty nie pochodzi z budżetu, lecz z obligacji emitowanych przez utworzony jeszcze przez rząd Zjednoczonej Prawicy Fundusz Wsparcia Sił Zbrojnych (FWSZ). Pieniądze z funduszu pokrywają spłatę zamówień zbrojeniowych w USA i Korei Południowej, dlatego też emitowane przez niego obligacje nominowane są najczęściej w dolarach.

Środki z SAFE również są pożyczkami, lecz nominowanymi w euro. Początkowo wydawało się, że skorzystanie z tych unijnych kredytów będzie powszechnie akceptowane. Jeszcze w 2025 roku były szef MON Mariusz Błaszczak z PiS-u domagał się wręcz od rządu jak najszybszego stworzenia projektów niezbędnych do pełnego wykorzystania funduszy z SAFE. Sytuacja zmieniła się diametralnie w 2026 roku. Gdy rząd przygotował ustawę precyzującą sposób wydatkowania pieniędzy z programu oraz mechanizm audytu, aktualna opozycja rozpoczęła torpedowanie tej sprawy. Cała prawicowa opozycja – włącznie z Konfederacją i Koroną Grzegorza Brauna – uznała SAFE za atak na polską suwerenność, gdyż wiąże się to z zaciągnięciem ogromnego długu w obcej walucie, i to na kilkadziesiąt lat. Dług ten obarczony będzie więc ryzykiem kursowym, gdyż w razie wzrostu kursu euro względem złotego jego wartość realnie wzrośnie. Poza tym projekty finansowane z SAFE były uzgadniane z Komisją Europejską, tymczasem według traktatów wojsko nie leży w gestii UE.

Argumentów opozycji przeciw SAFE było więcej. Wskazywano, że niskie początkowe oprocentowanie, wynoszące nieco ponad 3 proc., w ciągu tych 40 lat może się zmienić. Kluczowym argumentem był jednak tzw. mechanizm warunkowości. Wypłaty z SAFE były opatrzone klauzulą ochrony przed defraudacją, która mogłaby dać KE pretekst, by nie wypłacić pieniędzy w razie zmiany władzy w Polsce na prawicową. Przykładem było blokowanie wypłaty pieniędzy z KPO rządowi Zjednoczonej Prawicy i błyskawiczne ich uruchomienie po przejęciu władzy przez obecną koalicję rządzącą. To zresztą faktycznie było skandaliczne, gdyż koalicja otrzymała je bez spełnienia pierwszego kamienia milowego dotyczącego reformy sądownictwa.

SAFE vs SAFE 0 procent

Oczywiście obecna władza przedstawiła swoje kontrargumenty, które w większości zbijały twierdzenia opozycji. PiS również zaciągało pożyczki w obcej walucie, tylko że w dolarze, więc ryzyko kursowe było takie samo – a właściwie nawet większe, gdyż wahania kursu złotego względem amerykańskiej waluty są większe niż względem europejskiej. Kredyty na zakup broni z USA i Korei Południowej były też znacznie wyżej oprocentowane (w przypadku zakupów w Seulu nawet rzędu 6 proc.). Wszystkie projekty z SAFE były przygotowane przez Wojsko Polskie, a KE jedynie zatwierdziła cały plan.

Unijny program w zdecydowanej większości miał trafić do polskich firm zbrojeniowych, co dałoby przy okazji impuls do rozwoju nadwiślańskiej zbrojeniówki. Tymczasem zakupy w USA przewidywały wyłącznie nabycie sprzętu, nawet bez transferu technologii. Nieco inaczej było w przypadku Korei Południowej, która przynajmniej zbuduje w Polsce – wspólnie z Warszawą – fabrykę pocisków do nabywanych wyrzutni. Poza tym koreańska artyleria będzie poruszać się na podwoziu polskiej produkcji. Natomiast rzekomy mechanizm warunkowości nie miał nic wspólnego z tym zawartym w KPO, gdyż dotyczył jedynie ochrony przed korupcją, a nie spełniania kamieni milowych. Taka sama klauzula zawarta jest we wszystkich funduszach unijnych, których KE rządowi PiS nie blokowała.

Finalnie ustawa przeszła jedynie głosami koalicji – prawicowa opozycja niemal w komplecie zagłosowała przeciw. Pozostał jednak jeszcze podpis prezydenta. PiS domagało się od Karola Nawrockiego zawetowania ustawy. Pałac Prezydencki bardzo długo się wahał, aż wreszcie znalazł salomonowe rozwiązanie. Nawrocki wspólnie z szefem NBP Adamem Glapińskim zaproponowali alternatywny polski SAFE 0 procent. Zamiast korzystać z unijnych pożyczek, bank centralny miałby przekazać rządowi zysk ze zgromadzonego w ostatnich latach złota. Polska ma go obecnie 550 ton, a dzięki rosnącej cenie kruszcu zarobił na nim wedle różnych szacunków 100–150 mld zł na czysto. Powstało jednak pytanie, w jaki sposób miałby to spieniężyć. Początkowe zapowiedzi o jego sprzedaży szybko zdementowano, gdyż celem NBP jest zwiększenie jego zasobów do 700 ton, a nie wyzbywanie się go.

Słabe alibi

Rozwiązaniem miało być urealnienie jego wartości w księgach. NBP zgodnie z ustawą księguje złoto w cenie zakupu, więc jego rosnąca cena nie powoduje powstawania zysku. Gdyby zaksięgował go w aktualnej cenie, mógłby wygenerować zysk rzędu nawet 190 mld zł, licząc ze sztabami nabytymi jeszcze przez poprzedników Glapińskiego. Takie rozwiązanie miałoby jednak liczne wady. Zysk ten mógłby trafić do budżetu najwcześniej w styczniu, gdyż bilans powstaje na koniec roku. Tymczasem unijny SAFE ruszyłby już w maju. Poza tym to piekielnie ryzykowne, gdyż w razie spadku ceny metalu NBP zacząłby notować gigantyczne straty. Tajemnicą poliszynela jest zresztą, że Adam Glapiński wcale się do tego planu nie palił. Został przymuszony przez Nawrockiego, który warunkował tym zgodę na przedłużenie kadencji wiceprezes NBP Marii Kightley, czyli prawej ręki Glapińskiego.

Było więc oczywiste, że polski SAFE 0 procent od początku miał być jedynie alibi dla Nawrockiego do zawetowania unijnego SAFE. Tak też się stało. Prezydent nie podpisał ustawy, wcześniej kierując własny projekt do Sejmu, w którym jednak w ogóle nie sprecyzował sposobu wygenerowania zysku przez NBP. Marszałek Włodzimierz Czarzasty od razu wrzucił ustawę do zamrażarki. W reakcji na weto premier Donald Tusk zapowiedział uruchomienie planu B, czyli przyjęcie mechanizmu wydatkowania unijnego SAFE rządową uchwałą, co opozycja skwitowała jako nielegalne obejście prawa.

Finalnie środki z unijnego SAFE do Polski najprawdopodobniej i tak popłyną. Rząd wykorzysta w tym celu wspominany wyżej Fundusz Wsparcia Sił Zbrojnych. To jednak uniemożliwi wykorzystanie tych pieniędzy na wsparcie służb (Policji, Straży Granicznej itd.) oraz budowę infrastruktury bezpieczeństwa. Pieniędzy z SAFE dostaniemy więc mniej. To jednak nie jest najgorsze w tej sprawie. Znacznie bardziej przygnębiające jest przełamanie ostatniego tabu polskiej wojenki politycznej, czyli niewłączania do niej kwestii obronności. Awantury partyjne dotyczące wojska i zbrojeń w przyszłości wyrządzą Polsce tak duże szkody, że kilkadziesiąt miliardów euro będzie na tym tle wyglądać niczym jakieś drobniaki.  

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 14/2026