Zapachy i kolory wiosny zmyliły moją czujność. Dałam się omamić pachnącym kwiatom robinii i czarnego bzu, słodyczy truskawek i delikatności moich ukochanych piwonii. Rozleniwił mnie lazur nieba i bzyczenie pszczół wokół kwiatów głogu. Zajęłam się sianiem łąki kwietnej i rozmyślaniem o zbliżających się wakacjach. Przybliżałam zdjęcia satelitarne śródziemnomorskich plaż, szukając tych piaszczystych, pozbawionych skał. Uwierzyłam w marzenia o letnim świętym spokoju i dobrobycie. Przyzwyczaiłam się do wojny i zapomniałam o granicy z Białorusią, stawianym tam murze i zamkniętych podlaskich wioskach. Obrazy z jesiennej i zimowej puszczy stały się przecież nieaktualne. Teraz puszcza jest zielona i śpiewają w niej ptaki.
Siedziałam z córką w restauracji, takiej vege, gdzie je się pierożki z pieczonym burakiem i kiełkami, podjada kiszonym kalafiorem i popija winem bio. I wtedy zadzwonił do niej telefon. Chwilę rozmawiała po angielsku, a potem pokazała mi maila. I to nie był telefon i mail z Salonik od greckiego znajomego (a ja już myślałam, że pogadamy o wakacjach…). To był telefon z ośrodka strzeżonego, od człowieka, który od pół roku czeka na odpowiedź na prośbę o azyl. W mailu pismo, którego nie rozumie, no bo przecież nie zna polskiego – choć gdyby mógł, nauczyłby się go w czasie tych sześciu miesięcy uwięzienia. Gdyby mógł tam przychodzić ktoś, kto by uczył. Tych ludzi. Którzy zostali zamknięci. Bo uciekali z krajów, gdzie jest wojna. Prześladowania. Terror. Strach. Którzy w obcym lesie odmrażali sobie nogi. Pili wodę z kałuż. Ronili dzieci. Bali się zapalonej latarki. I białoruskiego psa.
Teraz mój kraj, który potrafi, przecież potrafi pomagać, poddaje ich procesowi odczłowieczania, bo jak inaczej nazwać zamknięcie ludzi z traumą za kratami i poddanie ich bezczasowej nudzie i zakazowi włączenia internetu, żeby mogli przetłumaczyć sobie pismo dotyczące ich przyszłości?
Wracam do domu i oglądam film z granicy. Wczoraj kubańscy migranci poddawani byli przemocy przez białoruskich pograniczników, którzy pod osłoną nocy bili ich i przepychali przez białoruski drut. Drut nazywa się żyletkowym nieprzypadkowo: tnie skórę równie łatwo jak ubrania, głęboko i boleśnie. Dlatego używam tej właśnie nazwy, a nie neutralnie brzmiącej międzynarodowej „concertiny”. I słyszę krzyki tych osób, bo uderzenia są bolesne, a rany na twarzy i dłoniach jeszcze bardziej. Mdli mnie od tego – z przerażenia, że to się dzieje naprawdę. To się dzieje! Naprawdę! Boję się, bo wiem, że kiedy przedrą się przez polski drut, mogą zostać schwytani i przerzuceni w ręce tych, co biją, bo losem TYCH migrantów nikt się nie interesuje. Bo, jak myślicie, dlaczego Podlasie wciąż jest przed naszymi oczami zamknięte?
Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.
Wypróbuj za 1 zł przez miesiąc lub od razu zakup subskrypcję na rok i oszczędź pieniądze.









