Logo Przewdonik Katolicki

I nie dopuść, aby znalazło się w śmietniku

Weronika Frąckiewicz
92 kg żywności w polskich domach ląduje co sekundę w koszu fot. Carolyn Cole/Los Angeles Times-Getty Images

Rocznie w Polsce marnujemy pięć ton żywności. Aż trzy tony trafiają do kosza z naszych domowych gospodarstw.

Zawsze bałam się szczurów. W Afryce żyją tak samo blisko ludzi jak w Polsce. Kamień spadł mi z serca, gdy mój kameruński sąsiad w reakcji na moje krzyki zaproponował, że zajmie się domowym intruzem. Radość z faktu uratowania znacznie we mnie osłabła, gdy dowiedziałam się, że szczur skończył… jako kolacja na stole mężczyzny. Gdyby nie upolowany zwierz, sąsiad być może nie zjadłby nic tamtego dnia. Co jakiś czas z naszej miejscowości i okolicznych wiosek znikały psy. Początkowo dziwił mnie ten niewytłumaczalny fakt, tym bardziej że psy w przeciwieństwie do szczurów uwielbiam. Gdy podzieliłam się wątpliwościami ze znajomą misjonarką, jej wytłumaczenie zmroziło mi krew w żyłach. – Gdy nagle znikają psy, to znak, że zaczął się okres głodu – powiedziała.
Według raportu żywnościowego Food Report 2021 „Eating in 2030” oraz ostatniego raportu „2021 Trends Report” agencji Baum + Whiteman, jednym z ważniejszych trendów żywnościowych na 2021 rok ma być ograniczenie marnowania żywności. Powinniśmy dołożyć wszelkich starań, aby ów trend i u nas się przyjął, gdyż niedawno opublikowane wyniki badań są zatrważające. Zespoły badawcze Instytutu Ochrony Środowiska-Państwowego Instytutu Badawczego i Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego, zaangażowane w realizację projektu PROM, zaprezentowały w listopadzie 2020 r. wyniki pierwszych badań, których celem jest oszacowanie skali marnowania żywności w Polsce. Rocznie marnujemy pięć ton żywności. Niechlubne pierwsze miejsce zajmują konsumenci, którzy mają na swoim sumieniu aż 60 proc. tej sumy, dalsze miejsca to produkcja i przetwórstwo.

Złe skojarzenia
Freeganizm w naszym społeczeństwie wciąż stanowi źródło wielu domysłów. Zazwyczaj nie wiemy o nim nic albo utożsamiamy go z grzebaniem w śmietniku pełnym brudnych odpadów w celu znalezienia czegoś do jedzenia. Od strony prawnej freeganie poruszają się w szarej strefie. Ich działania wpisują się w lukę prawną wiążącą się z niejednoznaczną interpretacją i kwalifikacją przepisów. Wiele zależy od dobrej woli właścicieli śmietników i kontenerów, z których korzystają. Nie zmienia to faktu, że liczba freegan stale rośnie, świadczy o tym chociażby niemała liczba internetowych forów dla ludzi w ten sposób zdobywających żywność.
Agnieszka na początku miała opory. Freeganizm kojarzył jej się z brudnymi resztkami jedzenia, pomieszanymi w przypadkowy sposób, wydzielającymi nieprzyjemną woń. Ciekawość jednak zwyciężyła i postanowiła spróbować. Pierwszy raz pojechała na skip (tak w środowisku freegan nazywa się szukanie i zabieranie jedzenia) z większą ekipą znajomych ze studiów. Później przez około cztery lata zazwyczaj jeździła sama. Podstawą przygotowania do wyprawy były wygodne ciuchy i latarka, ponieważ jedzenia poszukiwała około północy, kiedy wszystkie markety są zamknięte, a obsługa sklepu idzie do domu. Z kontenerów zabierała wszystko, co na pierwszy rzut oka się nadawało, ostateczną selekcję prowadziła w domu. Nigdy nie brała mięsa i serów. – Wszystko tak naprawdę zależy od progu osobistej tolerancji. Dla mnie w zabieraniu produktów mięsnych i nabiału było coś niebezpiecznego, bałam się, że mogę się zatruć. Brałam produkty, które łatwo można przetworzyć lub wyparzyć – opowiada Agnieszka.
Udając się na poszukiwania pożywienia – a był czas, że jeździła codziennie – wybierała markety, przy których kontenery nie miały dodatkowych zabezpieczeń, choć czasem musiała skakać przez płot.

Oczekiwania
Freeganizm nigdy nie był dla niej jednowymiarową ideologią, która była celem samym w sobie. – Dla mnie było to połączenie sportu i przygody z łatwą dostępnością jedzenia i myśleniem o ekologii. Te wszystkie sfery w moim podejściu się przenikały. Od pewnego momentu było to już uzależnienie. Czasami nawet podczas wizyty w markecie po zakupach szłam do kontenera sprawdzić, czy nie ma czegoś do zabrania – opowiada.
Szukanie jedzenia ratowało jej skromny, studencki budżet. – Były okresy, że miałam kiepską sytuację finansową. Głównie żywiłam się jedzeniem znalezionym. Od czasu do czasu musiałam coś dokupić, np. sery. Pamiętam jak kiedyś, przed końcem miesiąca nie miałam za co kupić chleba. Jadąc na poszukiwania, marzyłam, żeby znaleźć jakieś pieczywo. Akurat tego dnia znalazłam kilka zapakowanych, dobrych kanapek – śmieje się Agnieszka. – Innym razem znalazłam tyle bananów, że zajęły mi całą lodówkę, a prawie drugie tyle zaniosłam moim rodzicom.
Od kilku lat nie zagląda do kontenerów. Czasem myśli, że chciałaby do tego wrócić, aby na nowo poczuć dreszcz adrenaliny, który jej wówczas towarzyszył, zniechęca ją jednak ilość czasu, który poświęcała na skipowanie. – Często kładłam się bardzo późno. Po powrocie z objazdówki musiałam zagospodarować wszystkie produkty: umyć, przygotować do przetwarzania, poukładać tak, aby moi współlokatorzy nie czuli się niezręcznie, widząc stertę jedzenia wyciągniętego ze śmietnika. Dziś trudno byłoby mi się na nowo zmobilizować, choć trochę tęsknię, bo naprawdę dobrze wspominam tamten czas – opowiada Agnieszka.
Według Agnieszki freeganizm nigdy nie będzie stanowił powszechnego rozwiązania kwestii marnowania jedzenia. – To oryginalny sposób na pozyskiwanie jedzenia w pewnych środowiskach. Nie wyobrażam sobie, aby robić z tego jakieś kampanie społeczne czy kierować zachęty do szerszego grona. Wydaje mi się, że najważniejsza kwestia, która wynika z freeganizmu, a nad którą muszą zastanowić się wszyscy konsumenci, to pytanie: dlaczego żywność ląduje w śmietnikach. Często są to produkty dobre do  spożycia, ale z estetycznego punktu widzenia ludzie nie chcą ich kupować – twierdzi Agnieszka. – Myślę, że dla dobra nas wszystkich musimy zmienić nasze nawyki konsumenckie. Kupujmy jedzenie w zgiętych puszkach, nie zostawiajmy pojedynczych bananów z czarnymi plamkami, nie bójmy się wyjątkowo dojrzałych jabłek czy poobijanych pomidorów. To od nas zależy, co wyląduje w koszu na śmieci.

Krzyew-buroki-2-fot-Grzegorz-Micha-owski-PAP.jpg

Na polu Mieczysława Miszczaka wyrosło ponad tysiąc ton zakrzywionych buraków. Z uwagi na nietypowy kształt sieci handlowe nie chciały kupić warzyw. Ostatecznie jedna z nich się na to zdecydowała, fot. GRZEGORZ MICHAŁOWICZ/PAP

Nieidealne
Wokół akcji ratowania krzywych buraków Lidla zrobiło się dość głośno. Podstawową przyczyną jest kampania promocyjna Lidla, która dość mocno zaanektowała przestrzeń reklamową radia, prasy, telewizji i interenetu. Nie mniejszym jednak komponentem przykucia uwagi opinii publicznej jest fakt, że w naszych marketach rzadko możemy zobaczyć owoc lub warzywo, którego właściwości fizyczne odbiegają od ideału. Nie trzeba być wybitnym znawcą uprawy roślin, aby wśród zbioru warzyw i owoców odróżnić te z marketu od tych z przydomowego ogródka. Na  co dzień nasz wzrok – a tym samym i podświadomość konsumencka –przyzwyczajona została do okrąglutkich i świecących jabłek, jędrnych papryk i jednakowych buraków. Niech rzuci kamieniem pierwszy, kto wybierając między dwiema marchewkami, nie weźmie tej prostej i bez dodatkowych ramion i czarnych kropek. Konsumenci będą się zasłaniać faktem, że to markety przyzwyczaiły ich do lepszego wyglądu, sprzedawcy natomiast narzekają, że produkty o brzydkim wyglądzie nie schodzą. – O sytuacji producenta dowiedzieliśmy się z mediów. Od razu zgłosiliśmy się do rolnika z propozycją zakupu warzyw. Kupiliśmy od rolnika tyle nieperfekcyjnych buraków, ile był w stanie nam przygotować – tj. około 180 ton. Niedoskonałe warzywa były dostępne we wszystkich sklepach Lidla w całej Polsce. Podkreślamy, że podstawowym celem tej akcji była pomoc producentowi oraz promocja idei „zero waste”. Jesteśmy bardzo zadowoleni z zainteresowania klientów krzywymi burakami, które przekroczyło nasze oczekiwania – uważa Aleksandra Robaszkiewicz, Head of Corporate Lidl Polska. – Niemarnowanie żywności stanowi jedno z naszych najistotniejszych zadań. Podejmujemy w tym zakresie wiele działań – współpracujemy z Federacją Polskich Banków Żywności, prowadzimy autorski projekt „Kupuję nie marnuję”, w ramach którego przeceniamy nawet do -70 proc. żywność o zbliżającym się terminie przydatności do spożycia, ale w pełni wartościową, oraz prowadzimy działania doraźne.
Lidl nie jest jedyną siecią sklepową, która włącza się w akcje niemarnowania żywności. Pewne kroki podejmują również m.in. Biedronka i Auchan, przeceniając żywność nieidealną. Pozostaje mieć nadzieję, że świadomość zagrożeń ekologicznych nie zostanie zdominowana przez komercję.

Badawczo
Marysia freeganizmem zajmowała się od strony praktycznej i teoretycznej. Nie tylko sama skipowała, ale napisała na ten temat pracę licencjacką i magisterską. Na przestrzeni lat zbierania materiałów do pracy miała kontakt z grupą około 20 osób, których podstawowym sposobem pozyskiwania żywności był freeganizm. Pochodziły one z różnych grup społecznych, a motywacja, która nimi kierowała, była różnorodna.
Dziś sama już nie skipuje, choć w dalszym ciągu zdarza jej się zaglądać do kontenerów w poszukiwaniu ciekawych zdobyczy. Z dużego miasta przeprowadziła się na wieś. Obecnie mieszka pod lasem i wykorzystuje dobrodziejstwa przyrody i otaczających ją terenów, wzbogacając swoją kuchnię o rośliny znalezione w lesie i na łące.
Jej zdaniem z etycznego punktu widzenia problemem nie jest korzystanie z wyrzuconej żywności, ale samo jej marnowanie. – W większości sytuacji byłam przekonana co do zasadności tego, co robiłam, choć zawsze liczyłam się z tym, że ktoś może przyjść i zwrócić mi uwagę – opowiada. – Przy wszystkich zawiłościach prawnych wokół tematyki pozyskiwania jedzenia tą drogą wykorzystanie go w dobrym celu było dla mnie najważniejszą wartością.
Według Marysi freeganizm jest odpowiedzią na błędne koło konsumpcjonizmu. – Gdyby tego jedzenia produkowano mniej, a jego ilość byłaby adekwatna do ilości osób, które potencjalnie to jedzenie mogą zakupić, nie musiałoby ono lądować w śmietniku. Szczerze powiedziawszy, wolałabym nie mieć powodów do pozyskiwania dobrego jedzenia z kontenerów. Najlepiej, by go tam po prostu nie było, bo mogłoby być ono zagospodarowane w inny sposób, np. przekazywane instytucjom pomocowym czy przetwarzane na nowo – podsumowuje. – To był mój cichy sprzeciw wobec wyrzucania żywności. To, jak funkcjonuję na co dzień, idzie w parze z tą postawą. Mam ogromny szacunek do jedzenia i robię co w mojej mocy, by u mnie w domu nic się marnowało. Często też celowo kupuję produkty, które mają mniejszą szansę na sprzedanie się: mocno dojrzałe owoce i warzywa, artykuły spożywcze, których termin ważności się kończy. Uważam też, że jeżeli ktoś decyduje się na skorzystanie z jedzenia ze śmietnika z pobudek ekonomicznych, to jest to jak najbardziej w porządku. Produkcja jedzenia jest tak wysoka, a jego znaczne ilości z góry przeznaczone na straty, że część osób może śmiało żywić się wyrzuconymi produktami za darmo – uważa.
Akcja Lidla, pomimo całej otoczki marketingowej marki, może przyczynić się do zmiany naszych nawyków konsumpcyjnych. – Jasne, że jest to doskonała reklama dla samej sieci, ale uważam, że jest to także wysyłanie ważnego komunikatu do świata, że warzywa i owoce z natury są nieidealne, a ich wygląd nie ma wpływu na walory smakowe czy odżywcze. To nie konkurs piękności – twierdzi Marysia. – Warto, byśmy od najmłodszych lat kształtowali w dzieciach postawę, że nieidealnie wyglądające produkty są równie smaczne i zdrowe, a marnotrawstwo nie jest czymś dobrym. Dzięki temu, istnieje szansa, że jako dorośli ludzie, będą dokonywać bardziej świadomych wyborów konsumenckich – dodaje.
Przywołana przeze mnie na początku Afryka nie ma być wyrzutem sumienia czy łyżką dziegciu w naszym idealnym świecie. Ani my nie żyjemy w idealnym świecie, ani nie wszyscy Afrykańczycy cierpią z powodu głodu. Będąc w stolicy Kamerunu Younde, zauważyłam, że i tam gdzieniegdzie można spotkać resztki niespożytych pokarmów. Żyjemy w świecie drastycznych różnic i możemy je ignorować, nazywać je oczywistością, która była, jest i będzie. Możemy również zmieniać nasze drobne przyzwyczajenia, aby każdego dnia choć trochę niwelować to, co przez lata rozszalałego konsumpcjonizmu zbudowaliśmy. Nasze jednorazowe wybory konsumenckie i zarządzanie gospodarstwem domowym nie mają bezpośredniego związku z tym, że co pięć sekund na świece umiera z głodu dziecko poniżej dziesiątego roku życia. Pojedyncze decyzje wpływu nie mają, ale jak w wielu kwestiach życiowych, także i tu działa metoda małych kroków. Im szybciej podejmiemy odpowiedzialność za nasze wybory, tym więcej skorzystamy my sami i otaczający nas świat.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki